Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
Sortowanie wg:
Widok:

Tag: ostańce

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/10/16-20171014_154824-960x540_c.jpg

Oramy Jurę!


 

Kolejna wyprawa za nami. Szybka decyzja, szybki wyjazd, szybki przejazd, szybko minęło… ale co zostało zobaczone, to wiadomo 🙂 Możemy się z Wami częścią tego podzielić 🙂 Nie jesteśmy aż takie chamy, więc to czynimy 🙂 Maciek wcześniej proponuje wypad na Szklarską, ale z racji małej ilości czasu do wykorzystania temat pada na Jurę. Prezes tydzień temu zrobił tam niezłą Jatkę. Do Złotego Potoku jest 100 km, więc ogarniemy trasę w półtorej godziny i pojeździmy około czterech. Brzmi optymistycznie.

Rozpakowujemy się na parkingu najstarszej w Europie pstrągarni, bo na powrocie zjemy tutaj pysznego pstrąga. Ruszamy teraz na objazd około 50 kilometrowej trasy. Na początek czerwony szlak, który prowadzi wzdłuż asfaltu na Żarki. Boska, wąska ścieżka, gdzie można nawet spotkać zgarbionego turystę z księżycem w pełni 😉

W sumie na dziś ze względu na jedyną kobietę w grupie nie orzemy aż tak ostro jeśli chodzi o podjazdy, ale momentami było co deptać. W każdym razie dzisiaj trasa była zaplanowana tak, żeby pokazać całą przekrojowość Jury.

Leśne ścieżki wyglądające podobnie jak u nas, ale klimat pojawiających się gdzieniegdzie wystających kamieni jurajskich w kolorach jesieni robiły tę diametralną różnicę. No i nie uwłaczając naszym terenom – w końcu jakaś odmiana 🙂

Były już leśne, jurajskie drogi. Czas na sztuczną perełkę Jury – Zalew Poraj. Przed chwilą wyszło słońce, które towarzyszyło nam przez dobrą godzinę, podkreślając barwy pięknej, złotej jesieni.

Nawet Daruś był tak podniecony krajobrazem, że postanowił zrobić sobie samojebkę ze swojego 25 calowego Garmina. Najnowszy model, tylko ręce trzeba szeroko trzymać 😉
Ruszamy wałem wzdłuż zbiornika, w stronę miejscowości, od której nazwy pochodzi zbiornik. Jesteśmy jedynymi rowerzystami na wale, reszta, która nas mija, jedzie dołem, dziurawą i pomalowaną w pińć światów asfaltową drogą, nie widząc zbiornika 🙂 Zero przyjemności 🙂
Wszyscy zgodnie skręcamy na punkt widokowy, gdzie będziemy mogli sobie zrobić groupie. Ach te młodzieżowe nazwy tego okresu 🙂 Selfie, groupie, matkobosko! Dobrze, że jest net, to jeszcze człowiek próbuje być na bieżąco 🙂
Jak widać po falach, coś tam wieje delikatnie, ale nie ma odczucia wiatru podczas kręcenia. A może dlatego, że wszyscy jadą z tyłu? To kto w takim razie jedzie z przodu? 😉

Lubimy jednak nasz polski język, więc czas na grupowego samojeba 🙂 Tylko Sowa jakiś taki apatyczny i przytulać się nie chciał 🙂 Prąd nad nami wysokich napięć, a on żadnej fazy nie złapał 😉 A taki niby wysoki, jak się zawsze chwali 😉
Wracając jednak do jesieni. Słońce póki świeciło, podkreślało jej walory. Pięknie jest. Ciepło, jak na tę porę roku, bo dwa lata temu już śmigaliśmy po śniegu w kominiarkach, a tu proszę: 15 stopni! 🙂 Zasługa toć podobno jakiegoś huraganu, co szaleje nad Wielką Brytanią. Ale my jesteśmy w Unii, to jesteśmy bezpieczni i pogoda w gratisie 🙂
No to chwila milczenia i parę jesiennych rowerowo-leśnych widoków:

Jakąś chwilę wcześniej słońce na dobre już dziś skończyło swoją pracę, więc znowu przemierzaliśmy tereny Jury w pochmurnych klimatach, na szczęście tylko na niebie, bo u nas pełne słońce na sercu 🙂 Tak jak wcześniej zostało wspomniane: dziś liźniemy sobie przekrojowość Jury, zatem były leśne drogi z wapieniami, był zbiornik na Warcie, czas na rezerwat. Na naszej drodze jest objazd granicami Rezerwatu Sokole Góry, by podjechać pod Olsztyn. Nie wbijamy celowo w środek Rezerwatu, bo dzisiaj tylko objazdówka, ale tu się trzeba będzie przyszykować specjalnie z kolegami z Częstochowy 🙂 Maciek, Rafał! Ogarnijcie trasę i jesteśmy za jakiś miesiąc 🙂
Przy górze Pielgrzym spotkaliśmy rowerzystę z Częstochowy. Naszej grupy nie kojarzył, ale wspomniany wyżej Rafał, nasz rowerowy, zakręcony właściciel sklepu, to również jego sprzedawca 🙂 Wspólna fota i za chwilę lecimy dalej, na Olsztyn. Za nami ze dwie, trzy jaskinie, ale zostawiamy sobie to na następny raz, gdzie wyjazd będzie typowo ukierunkowany na ten rezerwat 🙂

Tu w rezerwacie dzieją się dziwne rzeczy. Dzisiaj spotkaliśmy na przykład dwa nagie… miecze 🙂 W akcji 🙂
Pięknymi, leśnymi klimatami kierujemy się na Górę Biakło. Czemu nie Białko, nie wiadomo, bo byłaby łatwiejsza do zapamiętania, ale nazwy własne rządzą się własnymi prawami, w końcu są własne 😉 Maciek tak główkował ten temat, że nie zauważył drzewa i złamał kaskiem. Ale wszystkim udało się przejechać 😉
Góra Białkłkłło. Od dupy strony. Wjazd niebieskim szlakiem pieszym, więc nie wolno jechać, tylko prowadzić 😉 Tylko Maciek wsiadł do zdjęcia udając, że jedzie. Wszyscy Cię znają Maciek 😉 Terenu nie oszukasz 😉
Daruś zażyczył sobie zdjęcie na skale, bo stwierdził, że jeszcze może sobie poskakać. Czwarte zdjęcie z wciągniętym brzuchem było jedynym godnym do zamieszczenia 😉

A tu już wszyscy trzej z naszej piątki, którzy podjechali od drugiej strony cieszą się podjazdem 80% nachylenia machając z zadowoleniem do fotoamatora Sowy. No prawie wszyscy, bo Daruś jeżdżąc na mapach Wehrmachtu chyba inny gest pokazał z przyzwyczajenia 😉 Jeszcze krzyczał po niemiecku: Wunderbar! 😉

Na górze Bajkał, czy jakoś tak każdy szukał chwili odpoczynku. Monia sobie usiadła łapiąc wilka, a Sowa gonił Maćka, łapiąc go w obiektyw.
Taki Olsztyński Giewont. Piękny ostaniec, których tutaj jest parę w okolicy Olsztyna i warto sobie tutaj dla samych podjazdów, widoków i zjazdów tylko dla nich przyjechać.

Zjeżdżamy z Biakła i lecimy już na Zrębice, gdzie znajduje się ciekawostka historyczna.

Biakło zostawiamy w tle, a przed nami kawałek zamku w Olsztynie.

Do zamku dzisiaj nie dotrzemy, bo czas mamy tak wyliczony, żeby w miarę o widoku zajechać na metę.
Cały czas jedziemy granicą Rezerwatu Sokole Góry. No aż kusi zapuścić się w ten rejon, ale czas, czas, czas… 🙁 Następnym razem! 🙂
Jeśli ktoś ma ochotę się zatrzymać, to niech zrobi to teraz, bo za chwilę całkowity zakaz 🙂 Jak się można domyślać zakaz jest tu tylko po to, jakby w razie czego zerwały się przewody wysokiego, to żeby nikt nie złapał fazy 🙂 Bo prąd drogi 🙂 A co do drogi właśnie, to dojeżdżamy do Zrębic, gdzie jest zabytkowy kościół św. Idziego.
Ale przed samym kościołem jest jeszcze kapliczka św. Idziego. Między wsią Zrębice a rezerwatem przyrody Sokole Góry stoi w polach kaplica zbudowana z kamienia wapiennego. Ta solidna budowla w kształcie rotundy powstała w miejscu dawnej drewnianej kaplicy wystawionej w połowie XVII w. przez ks. Bartłomieja Madalińskiego w podzięce św. Idziemu. Miejscowa legenda głosi, że bardzo dawno temu w okolicy panowało morowe powietrze. Ludzie umierali masowo, a żyjący opuszczali domostwa i szli koczować do lasu. Gdy tam błagali o Boskie Zmiłowanie, to na pobliskiej skale objawił się im św. Idzi i udzielił porad, jak żyć, aby zaraza ustąpiła. Wskazał też leśne źródełko i zalecił picie z niego wody oraz odprawianie pokuty. Po ustąpieniu zarazy na pamiątkę św. Idziemu wzniesiono kaplicę – piszą na portalu Polska Niezwykła. Morowe powietrze 😀 Morowo, chyżo, ogacać 😉 Przypomina się skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju z Bożydarem, jak szedł na lachony 😉
Faktycznie kapliczka już z drogi robiła wrażenie i warto było podjechać. Mamy dość dobry czas, więc mogliśmy odbić od drogi. Okazało się jednak, że dalej, za kapliczką jest również to źródełko, więc postanowiliśmy spróbować leczniczej wody.

Oprócz studni nie było tam źródełka, a jak się okazało, to studnia była źródełkiem. Pierwszy leczyć się zaczął Maciej. Pije piąte wiadro i nic. Prezes w międzyczasie też się napił i zniknęła mu himorojda. Maciek dopadł zatem wiadro ponownie.

Za chwilę już wszyscy chcieli skosztować wody ze źródła. Po wypiciu też poznikały różne rzeczy w reszcie grupy: Doktorkowi zniknął portfel, a Maćkowi okulary 😉

Wracając jednak na ziemię mamy do zahaczenia zabytkowy kościół w Zrębicach, który polecił nam kolega Maciek z Częstochowy, jako punkt do zdobycia na dziś. Okazuje się, że kościół ten podobno był zbudowany bez użycia żadnego gwoździa. Jednak Sowa wyciągając cztery ze ściany frontowej zdementował te pogłoski 😉
Myślicie, że palimy jakieś zioło podczas jazdy, albo przy pisaniu relacji? Nam też się tak wydaje, ale chyba wszyscy coś palimy, razem z wami, bo wszyscy widzimy wigwamy, prawda? 😀 Szukaliśmy, czy trafi się jakaś squaw, pytamy miejscowych, ale mówią, że wsysko skło oddali do skupu 😉
Jeden z wielu dzisiaj dylematów. W prawo? Czy w lewo? Bo giepees czasami po prostu miał dzisiaj wolne 🙂

Wybierając wariant w lewo takiego widoku nie zobaczylibyśmy, jedynie krowy na górce obok indiańskiej wioski, marnie udające bizony. No ale jaka wioska, takie bizony 😉 A tu proszę: kolejny widok, na widok którego (he he ten polski język) musimy się zatrzymać i uwiecznić widok 😉
A tu już wcięli się w kadr i zepsuli ujęcie. Ale krzyczeli: rób rób! Będzie dynamiczne! 😉
W nogach mamy lajtowe ponad 40 kilometrów, końcówka trasy prowadzi do Złotego Potoku Klonową Aleją, która została posadzona w XIX w. z inicjatywy generała hrabiego Wincentego Krasińskiego. Była to główna droga prowadząca z pałacu Krasińskich/ Raczyńskich do Częstochowy. Do tego pałacu właśnie zmierzamy.
I jest. Piękny, choć podniszczony, ale oddany renowacji pałac w pięknym, malowniczym otoczeniu starego parku, stawu i nas 🙂

Zrobiliśmy zdjęcie pałacowi, to on sam postanowił zrobić zdjęcie nam 🙂 Słaby jest w fotografowaniu, ale w sumie to tylko pałac 😉

To jeszcze przejazd przez stary park, który wspomniany był wcześniej. Prezes będąc tutaj kiedyś ze dwa razy pamiętał, że od strony południowej jest jakaś brama. Loteria tylko, czy otwarta.

Jedziemy. Faktycznie jest, obok jest ciasne przejście, niczym furta klasztorna. Ale przejechać się da i szybko wracamy na ulicę.

Na ulicę… hmmm… droga do pstrągarni chyba wywieziona gdzieś, bo przejazdu zero. Znaczy dla aut, bo my sobie poradzimy 🙂
Przed samą pstrągarnią skręcamy jeszcze w lasy, żeby zaliczyć kolejny punkt zaproponowany przez częstochowskiego Pułkownika, którym jest Brama Twardowskiego. Dziś takie widoki nie robiły na nas wrażenia, zmiana przełożenia i ogarniamy temat 🙂
Takie widoki już nie były dzisiaj częste, ale przełożenie nawet się kiedyś kończy, jak się rower po opony zakopuje w piasku. Dziwne, bo to szlak rowerowy. Chyba dla fatbajków 😀

Świetny, złoto-zielony podział na lewo i prawo od drogi. Zjeżdżając z mocnej górki często nie widzi się takich niuansów, ale dopiero przy oglądaniu poczynionych chwil, zatrzymanych w kadrze można takie perełki dostrzec 🙂 Niby często zdjęcia nie oddają klimatu, ale tu było na odwrót 🙂 Nikt nie zdążył zanotować obrazu po bokach, tylko każdy patrzył, żeby nie wydymić 🙂

No może nie każdy. Taki Maciej na przykład. Chciał dorównać prezesowi na mocnym podjeździe i nie wiadomo, co się stało, bo różne są relacje: że niby prezes się chamsko zatrzymał zaraz za zwalonym drzewem blokując kolegę, że Sowie zadzwonił telefon rozpraszając Maćka, że to Sowa swoimi długimi łapskami rzucał kłody pod koła 😉 W każdym razie Jura Maćka położyła 😉
A za parę chwil ostatni nasz punkt w dzisiejszym harmonogramie imprezy: Brama Twardowskiego.

Faktycznie punkt godny odwiedzenia, na tablicy informacyjnej zobaczyliśmy fotki i możemy przyznać, że warto tu przyjechać o każdej porze roku. Miejsce to, jest  charakterystycznym i potężnym ostańcem z otworem przypominającym bramę. Ostaniec ten, a raczej jego tajemniczy otwór związany jest wg legendy ze słynnym czarodziejem krakowskim – Panem Twardowskim, który niegdyś uciekał tędy na kogucie przed diabłem. Na kogucie 😀 Kiedyś to były koguty… 😉 Się cała rodzina mogła wyżywić przez miesiąc z takiego 😉
A co do żarcia właśnie, to za chwilę dojechaliśmy do punktu startu i skierowaliśmy się od razu do smażalni. Nie pytajcie, ile kosztuje porcja takiego pstrąga, ale jest tak pyszny, że musieliśmy zjeść wszystko! 🙂 Warto było! Aha, płatność tylko gotówką. Dużą ilością! Na paliwo brakło… 😉

Wyjazdy tego typu będziemy teraz ogarniać częściej, dlatego wszystkich chętnych i czujących się na siłach prosimy o zgłaszanie się, raz w miesiącu gdzieś sobie skoczymy! 🙂

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2016/11/20-20161120_132808-960x540_c.jpg

Ęduro Jurą


Od jakiegoś czasu łaziła nam pod kaskami myśl, żeby znowu zaliczyć sobie jurę. W współpracy z Rafałem z bikepark24.pl, naszym częstochowskim przyjacielem i wpychaczem w naszą grupę jak największą ilość rowerów marki Cube ogarnęliśmy dzisiaj temat na gładko. Pogoda zamówiona, idealna. Towarzystwo też… ale na początku… no dobra. To od początku 🙂

Ogarnęliśmy wyjazd w ośmiu na dwa auta. 5 rowerów na jedno, 3 na drugie. Jesteśmy w Czewie. Szybka paróweczka na stacji u sympatycznej żeńskiej obsługi i lecimy dalej. Panowie jak widać w bojowych nastrojach.01-20161120_090222

Jasna. Parking dla pielgrzymów do świątyni, my trochę obok, ale w sumie też pielgrzymka, więc zaliczone 🙂 Rozpakowujemy i jedziemy z drugiej strony świętej wieży.02-20161120_093628

Druga strona świętej wieży i zaczynają się zbierać bezbożnicy, bo zamiast na mszę, to na rowery.03-20161120_095210

Zebrało się już wystarczająco dużo typa, żeby zrobić popłoch wśród pieszych na alejach. Wszyscy uciekali. Ale to nie masa krytyczna. To tylko Rowerowy Wieluń z połączeniem częstochowskich chłopaków, głównie ęduro.04-20161120_101348

Ścieżka pieszo-rowerowa. Jedni jadą, drudzy spacerują, wszystko zgodnie z prawem. Faktycznie ędurowcy to takie ślimaki. Straszne. Ale co potrafią na skałkach, no to już kozica mogłaby poroże oddać w geście hołdu.05-20161120_102335

Zaczynamy się taplać. Z racji tego, że wczoraj lało cały dzień, większość grupy sceptycznie nastawiona do tego, że będzie bagno. Faktycznie, gdzieniegdzie było, ale tak sympatyczne, że każdy po koleżeńsku przejeżdżając przez kałużę ochlapał kolegę obok. W końcu maseczki błotne podobno zdrowe są. Prawda dziewczyny? 🙂06-20161120_103630

Pierwsze skałki i pierwsze zjazdy ędurowców. Tylko jeden na hard-tajlu odważył się zjechać. I zjechał. Przerwa na fajkę, zresztą kolejna. Stoimy. No i rośnie trochę lekkie zdenerwowanie w grupie, że stoimy kolejny raz. Więc krótka reprymenda: Panowie! Albo stoimy, albo jeździmy! 🙂 No i pomogło. Jedziemy 🙂07-20161120_104248

Tutaj już bardziej ambicjonalnie ęduraki podeszli do tematu, oni mają wyłączony chyba pakiet strachu, bo chcieli po tym progu przejeżdżać 😉08-20161120_105238

Jest i zjeździk, Częstochowa nie ma hamulców, Wieluń wszystko ogarniał zachowawczo w większości. Buri nawet sprawdzał, czy miękko, jak się położy w połowie. Miękko.09-20161120_112507

Renklod w geście triumfu i myśli, że zajął pierwsze miejsce w nie wiadomo czym, podniósł swój rower do góry. Jak się okazało, po prostu przenosił przez gałęzie ściętych drzew na trasie. A potem złapał gumę w przednim kole. Częstochowska grupa wyprzedziła nas i popędziła na miejsce piknikowe, gdzie czekaliśmy razem na wszystkich, aż się połatają. Jak się dowiedzieliśmy, zeszło Renklodowi tak długo, bo nie było problemem wymienić dętkę, tylko znaleźć zacisk wśród liści. A wystarczyło w zębach trzymać.10-20161120_113632

Dojechaliśmy do kościoła, który znamy doskonale, bo to trasa maratonu mtb, w którym braliśmy w tym roku udział. Od kościoła dość fajny zjeździk, dla fulla, ędura i innych dupereli to nawet nie do poczucia, że z górki po kamieniach, ale hardtajl musi szanować każdy pagórek i hopkę.11-20161120_120328

No ale Renklod przebił wcześniej tylko przednie koło, więc czas na drugie. Tylne. Janek patrzy, czy tę dętkę jeszcze sklei i opchnie u siebie w promocji. Tu się rozkleiliśmy. Znaczy, grupa, która jechała przodem pojechała do przodu, a ta, która jechała tyłem, została.12-20161120_120535

W międzyczasie niektórzy robili sobie zdjęcia z pięknymi paniami, gdzie Janek musiał nieźle prężyć poślady przy wymianie dętki Renkloda. Mistrz drugiego planu. A poza tym, jak ędurowcy przeczytali ten znak ostrzegawczy, to buchnęli śmiechem. Ekstremalny. To fakt. Jak byście zobaczyli, jak oni tam zjeżdżali i dodali do tego amatora wprowadzającego rower pod tę górkę, to faktycznie ekstremum można byłoby u amatora osiągnąć w oddaniu dobrego stolca na widok takiego ędurowca 🙂13-20161120_120942

Tyle z nas zostało, reszta poszła do przodu. Jest nas mniej więcej. Znaczy chyba więcej niż mniej.14-20161120_121740

Chłopaki tak się rozgadali o rowerach, że ten ma skok 120, ten 180, ten blokadę w kierze, a ten ma podnoszoną sztycę zdalnie i w ogóle, że zgubili jedną w grupie kobietę. Ilona biedna po telefonie jakoś się odnalazła, ale niesmak pozostał 🙂15-20161120_123549

W porozumieniu z grupą z przodu, która też miała awarię w postaci złapania gumy, lecimy na Zieloną. Cokolwiek to znaczy.16-20161120_125221

Jest Zielona. Cokolwiek to znaczy. To znaczy, że to rezerwat Zielona Góra, któy mieliśmy okazję zwiedzać już i teren znamy doskonale. Legenda głosi, że jakiś nienormalny podobno tutaj rowerem podjechał.17-20161120_125506

A ten całkiem normalny na skałce obliczał, jak z tego sobie skoczyć. My byliśmy w szoku, odciągnęliśmy go od tego zamiaru, ale znalazł się jeden, który cały czas nakręcał. W ostateczności kolega odpuścił, ale w sumie po tym, co zobaczyliśmy potem stwierdziliśmy, że nie słusznie 🙂18-20161120_130909

Na Zieloną mieliśmy wszyscy dojechać skrótem, ale że tamci, którzy pojechali pierwsi a przyjechali drudzy, dali nam trochę czasu, więc eksplorowaliśmy jaskinię. 19-20161120_131956

Cała ekipa w pełnej krasie. Rewelacyjne miejsce, rewelacyjna ekipa, rewelacyjna pogoda. 20-20161120_132808

Z Zielonej udaliśmy się na Olsztyn. Niektórym znana trasa podjazdowa pod skałki okazała się zasypana gałęziami, konarami i innymi duperelami, ale chyba tylko i wyłącznie po to, żeby się tam nie szwędać. To już kolejne takie miejsce, gdzie nie da się ogarnąć na pedałach.21-20161120_134531

Objechaliśmy i wprowadzamy. To znaczy ci, którym udało się podjechać do tego miejsca są szczęśliwi, a reszta musi wprowadzać 🙂22-20161120_135356

Szczytujemy, widoki cudne.23-20161120_135837

W międzyczasie i przerwie na fajkę, pogadankę i inne pierdoły niektórzy z nas nominowani przez Cegłę mamy do wykonania zadanie. 22 pompki dla weteranów. Sceneria do tego typu akcji prześwietna. Pompujemy.

Powiedzcie sami: można chcieć więcej? No wszystko zależy od tego, jak się patrzy na rower.24-20161120_140321

Ędurowcy patrzą trochę inaczej. Kiedy my podziwiamy ostańce i piękne widoki, ędurowcy patrzą, czy z tego da się zjechać, zeskoczyć, czy damper da radę, czy to drzewko na dole nie będzie zawadzać, a czy nie wpieprzy się na ten mały, wystający kamień.

No to zjeżdżamy. Jak widać flow nas dopada. Jest prześwietnie.25-20161120_140820

No prawie, bo Cegła próbuje po podpatrzeniu ędurowców wskoczyć sobie na chodnik. A tu jeb. Idealnie rajfka rozcina mu dętkę. Kolejna guma. Ędurowcy krzyczą: ej albo jeździmy, albo stoimy! 😛26-20161120_141225

Wbiliśmy na zamek w Olsztynie, ale zrobiliśmy go bokiem, bo lecimy na Sokole.27-20161120_142717

Jest w miarę mocny podjazd i widać, że ędurowcy tylko skakać potrafią, bo podjazdy się dla nich nie liczą. A my szanujemy każdą górkę 😀28-20161120_143506

Jako, że podjazd był naprawdę wymagający i Koniu z Sidim skleili się na końcówce (a reszta zaczęła nucić marsz Mendelsona), wszyscy mieli wystarczająco na tyle zmęczone organizmy, że na szczycie skały zobaczyliśmy niesamowity widok. Już liczyliśmy na objawienie, a się okazało, że siostra jest prawdziwa. Nawet obok niej rosła pietruszka. Pietruszka na ostańcach? Kurdę! Ale jak się okazało, wcale nie rosła, bo siostra przyniosła ją ze sobą. Poczęstowała prezesa Rowerowego, który przeżuwał ją przez pół drogi i był szczęśliwy. Przypomniał się wtedy taki dowcip: Siedzą; dwa konie na wierzbie i dyskutują. Nagle na wierzbę ładuję się krowa.- Gdzie leziesz, krowo! – mówią; konie.- Chcę zjeść sobie gruszki na wierzbie – odpowiada krowa. –  krowo nie wiesz, że na wierzbie nie rosną gruszki?! – mówią konie. – Wiem, mam gruszki w plecaku.29-20161120_143622

Z Olsztyna zjechaliśmy do Leśnego Baru, gdzie mieliśmy rezerwację na stolik, ale na godzinę 16, a była 14:46 z sekundami. Ędurowcy zostali na skałkach i chyba dobrze się bawili, chociaż w drodze powrotnej mijaliśmy dwie karetki na sygnale. Spotkaliśmy na miejscu dwie dziewczyny, z których jedną znaliśmy jeszcze z Rychleb z tamtego roku i dzięki której wystartowaliśmy w maratonie częstochowskim mtb, więc trzeba było uwiecznić nasze spotkanie. W barze pani zachęcająco powiedziała, że na jedzonko to minimum pół godziny trzeba będzie zaczekać, więc stwierdziliśmy, że lepiej zajechać do Czewy za widoku. Pułkownik Maciek nas poprowadził bokami, bo asfalty to wiadomo.30-20161120_150013

Jest las, jest przygoda. Każdej chwili szkoda.31-20161120_151114

Tu żegnamy się z Pułkownikiem, w tle spuszczają się jacyś panowie. Jedne tory.32-20161120_153405

Drugie tory, bo już bez przewodnika i na swojej nawigacji. Radzimy sobie jakoś.33-20161120_154156

Dzisiaj ścigaliśmy się z nowoczesnym tramwajem i co się okazuje? Rower jest szybszym i zdrowszym środkiem transportu. Ale mebli z Ikei nie przewiezie 😉34-20161120_155903

Wracamy na Aleje, na oświetleniu. Wódz na czele jedzie z włączoną spawarką. Ludzie się oglądają, przystają, robią zdjęcia. Aż jeden bardzo wierzący, schodzący prosto z Jasnej Góry krzyknął: „opuść ten jupiter chłopie!” Wypaliło mu oczy, do domu wracał po omacku.35-20161120_160518

Jeszcze tylko jedno pamiątkowe zdjęcie na tle Świętej Wieży, pakujemy się i lecimy na Wieluń. Dzięki Częstochowo za dzisiaj! Dziękujemy wspaniałej ekipie ędurowców, emtebeków, dałnhilowców i innych wariatów za prześwietne towarzystwo, uwalnianie endorfin podczas wspólnego kręcenia! Niech flow będzie z Wami! 🙂36-20161120_160916

Menu

Facebook