Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
Sortowanie wg:
Widok:

Tag: orientacja

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2018/04/49-20180407_172929-960x540_c.jpg

Liszkor!


Grupa Rowerowy Wieluń podzieliła się ostatnio dość, dość. Mianowicie, jest nas około 40 osób i spośród tych mamy już kilku szosowców, większość jednak MTB, ale to też się dzieli na fulla i HT ostatnio 🙂 Za chwilę będzie komenda: idziesz na rower? A na jaki? Sraki! MTB, szosa, Trail, Enduro… no można się zesrać z wyboru 😉 Ale jest jeszcze jedna rzecz: jazda rowerem na orientację. Brzmi znajomo? 🙂 No to mamy kolejny rowerowy orienteering za sobą. Liszkor. Baza w Tenczynku. Tam jest jakiś browar. Wygramy go! 🙂 Na jazdę decydujemy się w dwie osoby: Daruś i Prezes. Zajeżdżamy na miejsce. Miejsca do parkowania brak, bo trzeba było wystartować jednak na 150 km, to wcześniej by się przyjechało i byłoby gdzie stanąć 😉 A tymczasem dzięki dogadaniu tematu z proboszczem z pobliskiego kościoła mamy spokojnie ogarnięty parking. Szykujemy fatałaszki i ciśniemy na bazę. Tam spotykamy naszych przyjaciół: Grzesia i Arka, z nowo wciągniętym kolegą w temat 🙂 Oni już nas nienawidzą 😉

Ogarniamy pakiety startowe, i czekamy na odprawę. Monika pokazuje, jak każda panna powinna mieć wymalowane pazury na orientację. Można się zakochać! 🙂

Trochę się nas TRoli zebrało 🙂 My to ci w kaskach 🙂

Czas ogarnąć pierwszy punkt! Mapa trochę rozjechana, jeśli chodzi o wypółnocnienie jej. Znaczy się skrzywiona lekko. Pod kątem północy. Ale szczerze sobie odpowiedzmy: kto nie jest skrzywiony, startując w tego typu imprezie? I lekko? He! 🙂 Atak na  PK10. W opisie: szczyt. Dwa słowa: duży plus za numery PK na nich samych i kolejny za linijkę na kartach do perforacji.

Jednak teraz trzeba „zminusować” imprezę 😉 Naprawdę fajnie jeździ się szutrami. Naprawdę! Szutry to ta czarna ciągła na mapie. Ta przerywana to w naszych głowach jednak jest dobrym, leśnym duktem. Jak widać, zaczyna się robić kupa. I to rzadka. Nie będziemy przeklinać na ten kawałek trasy, bo nieregularny las też nadaje się do jazdy 😀 Ale szczerze powiedziawszy mimo sprzętów i umiejętności to nie, ale nie nadawało się to podłoże do jazdy 😛 No chyba, że popieprzyliśmy teren 🙂

Jednak nie popieprzyliśmy terenu. PK7, czyli nasz drugi na trasie do ogarnięcia jest do ogarnięcia. Czasem spotkani na trasie kompani tej orienteeringowej niedoli coś tam wniosą do naszej rowerowej rozkminy. Szkoda, że nie wniosą nam rowerów na podejście, które mają do ogarnięcia. 

Idziemy/jedziemy za piechurami na kolejnego PeKa. PeKa9. Bagno na bagnie, koleina wodą stoi. Daruś ma już gnój w butach, u mnie nie lepiej. Ale ja mam trampki bez podeszw 😀 Ogarniamy wysoko postawiony PK, opisany jako szczyt. No to lecimy na Rudno.Tam jest PK61 i wolnostojąca sosna. A lekko NNW stoi piękne zamczysko. Albo Lidl. Nie wiadomo co.

My ogarniamy punkt czwarty, PK61, Wolnostojąca Sosna. Mamy kolegę biegacza, który naprawdę zapieprzał tak, że nie wiadomo, czy to nie on zostawił tu swojej karty i okularów, bo te gadżety tu znaleźliśmy 😀

Kolejnym PK jest 11, który ma opis lizawka. Znajduje się za autostradą, ale nią jedzie się spoko. Albo raczej zapierdala. Czego nie można powiedzieć o naszej dzisiejszej jeździe. Tempo mamy matki z dzieckiem w wózyku wprowadzającej ów wózyk po schódkach, byleby ten kiosek z gazetami był otwarty. Ta lizawka też mieliśmy nadzieję będzie tym słupem złamanym w środku łąk. Jednak linijka i warstwice szybko dały nam na ryje wiadro zimnej wody, którego dno krzyczało: wyżej! Wyżej!

Jak w jeździe na orientację nie ma desperacji, to nie ma orientacji. Poszukujemy jednak w dalszym ciągu PK11 – lizawki. Jest! Odlizaliśmy się i ruszyliśmy na Grojec.

Tam! Tam byliśmy jakieś 21 minut temu. Gdzie ten zamek. Pokonaliśmy właśnie cudny podjazd. Po tym tylko na wprost.  No ale niekoniecznie, bo wszyscy mieszkańcy w liczbie 2 i pół odwracali nas od tego pomysłu, żeby się komuś przez podwórko przebijać. No fakt. Podwórko pełne piesów można byłoby ogarnąć, ale nie wszyscy kochają psy 🙂

Jedziemy asfaltem zatem. Mamy dobry podjazd, prawie szczytujemy, ale słychać złowrogo wyprzedzającego nas pod górkę busa, w którym siedzi spasiony i nieskalany myśleniem pseudo-kierowca. Z naprzeciwka pod ten podjazd cisną szosowcy. Gdyby nie dojechanie prawie do osi jezdni, pewnie troll-ej-bus zmiótłby drużynę liszkora albo szosora z drogi. Ale idiotów nie sieją, sami się rodzą 🙂 Szukamy PK25. Już na starcie słyszeliśmy, że wcześniejsi, co wystartowali, mieli temat, że ktoś go zajumał. No my wbijamy w drogę mapy i faktycznie: kradzieje! Albo i nie. Dzwonek do orga i info, że PK stoi i ma się dobrze, a my mamy nie kłamać kobietom, że 10 cm to 20 cm 😀 Faktycznie. Linijka i licznik poszły w ruch, ale poszły też jebać się 22 minuty 🙂 Ale! Kolega sympatyczny z Krośnic też ogarniał tę trasę, więc stary, ale nie wymigasz się od profilowego 😉 

Razem gdzieś tam ogarniamy kolejny punkt. PK53. Początek jaru. No jest jakiś wąwóz. Ale że od razu jar? Whisky on the jar, to tak leciało 🙂 

Naszym przeznaczeniem dziś jest dwójka kolegów, którzy już będą nas prześladować do samej mety. Ale to plus, bo mamy dodatkową motywację, jak ktoś nam siedzi na ogonach 🙂 Przecież lepiej, jak ktoś siedzi z tyłu 😀 Lecimy na PK21: wykrot. Staramy się czytać mapę zgodnie z jej topografią, więc oni wracają do asfaltu dziurami, a my do tego asfaltu dojedziemy… hmmm asfaltem! 

Niby szybciej, ale jednak jak się później okazuje, chłopaki już wbijali przed nami w teren w stronę PK72 – Ruinę. Na chwilę pojechaliśmy z nimi. Ale tylko na chwilę

Okazuje się, że dołożyliśmy jakieś 500-700 m i i tak byliśmy parę sekund szybciej od nich 🙂 Magazynowanie sił na takich trasach to podstawa.

Kolejny punkt przestrzeliliśmy. Ale to wina tego. No tego no! No i nie ma na kogo zwalić 😛 Spotykamy biegaczy, orientujemy się na ich mapach, bo nasze przy rowerach za siedmioma górami, siedmioma lasami żyła sobie księż… wróć! No i oni jacyś zdezorienterenni, to im ogarnąłem ten punkt, bo samemu już nie chciało mi się kopać 🙂 Jednak liniał jest tu konieczny!

No dobra. Koniec pieprzenia. Lecimy na PK22. Ruina w opisie. Dwie takie mamy. To uczucie, kiedy pytasz tubylca: ej cześć, dzieńdo, szukamy kościoła. No to tam. Omatko. Wjazd jest gruby.Ale cały czas wznosimy się powyżej kościoła, a tam faktycznie ruiny. Nowoczesne. I są zamieszkałe! Nie wiadomo, co to za gatunek, ale bardzo symapatyczny i zaproszony na 6 maja na RJnO do Załęcza Małego 🙂

Zjechawszy pod kościół spotkaliwszy jeszcze ze trzech 🙂 Tu się nie prowadzi! Tu się wjeżdża! 🙂 A szczerze powiedziawszy, to pytanie za 100 punktów: dlaczego ci ludzie tak grzeszą, że muszą ogarniać takie przewyższenia? 😉

Kolejny na naszej trasie to PK46. Dużo ludzi. Chcieliby nam skłamać, ale wszyscy wiemy, że jest fajnie 🙂 Jeden kolega nawet podpowiada, gdzie się przebić przez A4. Bo on stamtąd właśnie atakuje punkt, na którym się zjechaliśmy.

My jednak nie jesteśmy normalni i nie słuchamy do końca, za to postanowione, że dziś łapiemy wszystkich na fotoradar 🙂 Jakby ktoś się tu odnalazł, to prosimy o przelew za za szybkie zdobywanie punktów 😛

Chcieliśmy przechytrzyć system, ale sami zostaliśmy zamknięci jak szczur w du..żą klatkę 🙂 Przepust pod autostradą zawiódł, trzeba wycofać wojska i ogarnąć się w końcu, bo zaczynamy kombinować 🙂

A4, siatka, droga. Ta… jasne! A4 droga! Bardzo! Na szczęście jeszcze żaden ciul nie wpadł na to, żeby zza siatki ogarniać taksę, więc jedziemy za darmoszkę. Kawałek poza mapę. Co prawda wiemy, że za mapą jest diabeł, ale znamy gościa, albo on zna nas 🙂 

Przepuściliśmy się przez autostradę i ciśniemy na jaskinię. Mijamy piechurów, którzy jaskinię zaliczyli. No oni mogli, my z Darusiem niekoniecznie, bo źle by to mogłoby być zrozumiane. My się tylko odhaczyliśmy 😉

Daruś wysłał swojego psa w poszukiwaniu jaskini, a sam udawał, że ogarnia. Stąd lepiej widać! No i wypatrzone. Na przestrzał przez Darusia i mamy to!

Po punkcie 82 czas na punkt 19. Ambona. Idź pan w chuj z taką drogą. Albo jej marną imitacją. Poharatane nogi przez wcześniej ogarniane jeżyny były już tak bardzo wrażliwe na jakikolwiek dotyk, wiatru, czy kupy małej muszki, że przeprawa przez ściernisko była okrutną katorgą. Ale szczerze: nogi ryczały, ryj się śmiał. 

Ambona. No, raczej, jest punkt 🙂 Bolesny, podjechany w bardzo trudnych warunkach, dlatego cieszy strasznie! Ale szkity parzą 🙁

I tu zaczyna się jazda od tego PK. Są dwie alternatywne trasy na PK17: Dół, drzewo na SW. Dół, dół. No krzyczą, gdzie ten dół niektórzy! Ale czasem dół jest na górce!  😛 Znalezione! Lecimy, albo chcemy na PK52 – problematyczny punkt w opisach niektórych spotkanych ludzi na trasie. Chwila przeprogramowania i już zmiana: najpierw jednak 6 i 4.
Spikamy się na wcześniejszym punkcie z drużyną pierścienia w liczbie dwóch i lecimy ogarnąć PK6: Skałka. Jeden z drużyny zaczyna sprowadzać, drugi zaczyna zjeżdżać, ale zaczyna też sprowadzać… się na drzewo. Mówi, że prywatnie górnik, widać, że w czasie wolnym też lubi czasem pokopać 😉  I to bez użycia rąk 😉 Pozdro Artur! 🙂

Kiedy Artura zatrzymaliśmy na pozowaniu do fotek po tym, jak jednak drzewo było wcześniej i zatrzymało go, to jego kompan ogarnął ten zjazd jako zejście 🙂 Wiemy, że po skosie szybciej, biegniem! 🙂

Znaczy nie wszyscy. Daruś pilnuje smoków. Nie wie jeszcze, że nie wracamy do drogi na kopalnię, tylko zjeżdżamy/sprowadzamy tam, gdzie kolega Artur przytulał przed chwilą – liche, bo liche – drzewko 🙂

Jak już poszła 6. czas na 4. Koniec nasypu. Jakkolwiek to brzmi. 

O i jest! Koniec nasypu! A był to dwa razy większy pagór, niż nasz jeden dobrze oznaczony z dwóch kurhanów na Przywozie 🙂

No i dalej uświadomiliśmy sobie, że PK15 będzie lepszym kąskiem na narożniku ogrodzenia, po drodze na ten nieszczęsny 52, który zdążyli nam obrzydzić koledzy górnicy 😉  Znaczy ten jeden ryjący, drugi jako sztygar 😉

Ale poszło dość łatwo, bo oprócz w miarę dobrej orientacji zjawiła się wataha, z którą ogarnęliśmy temat w parę minut. +100 od nas za  grę zespołową! 🙂

Mamy prawie komplet. Brakuje jednego punktu. Żeby było śmieszniej, ma nr PK1. Wbijamy. Jest dwóch gości, lecim za nimi. Ale nie można być lemingiem, jak nie jest się czegoś pewnym. Korekta mapy i wiadomo, że ogarniamy to indywidualnie. Aczkolwiek zielonym kaskiem dużo pomagamy dziś 🙂 Nie tylko owadom 🙂 Pamiątkowy słitsamojeb i lecimy na bazę!

O i jeszcze ta sadzawka. Tam gdzieś z tyłu jest punkcik. Oj jest, ostatni 🙂

Wbijamy na metę, za chwilę nasi przyjaciele. Aż dotąd. Po ogłoszeniu wyników już się z nami nie kumplują
😀 😀 😀

Czekając na ogłoszenie wyników zapraszamy bardzo na 5 (bieg na orientację) i 6 maja (rowerowa jazda na orientację) do Załęcza Małego! Ale 19 maja jeszcze wybieramy się na Spaloną, czyli Liczyrzepę! 🙂

Wręczone nam 3. miejsce jest dla nas ogromnym zaszczytem, bo szczerze, to liczyliśmy głośno na pierszą 20. a cicho na pierwszą 10. Daliśmy parę razy dupy, ale szczerze powiedziawszy ci za nami też chyba jakoś nie grzeszą w tym temacie 🙂

Uwielbiamy! I na Załęcze Małe na 5/6 maja zapraszamy!
Dziękujemy za fantastyczne spotkania na trasie!

Mariusz – gratki dla Ciebie i Młodzieńca!
Wojtek i Arek – za wciągnięcie tego młodzieniasa w temat!
Monika – za ogarnięcie imprezy na najwyższym poziomie
Pana na kuchni – za znowu cudną gorchówkę |

🙂

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/12/23-20171216_134001-960x540_c.jpg

Zimowe KORNO w Zendku, czyli jazda na orientację


Ostatnia w tym roku impreza w rowerowej jeździe na orientację za nami! Jest parę osób u nas w grupie, które naprawdę wkręciły się w ten temat na maksa 🙂 Między innymi ja, czyli prezes i Jogi, którzy dziś postanowiliśmy uderzyć na zimowe KORNO w Zendku. Jest jeszcze Sowa, Daruś i Renklod, ale oni niestety nie mogli, to niech sobie chociaż poczytają 🙂 Zapakowaliśmy się z Jogim i skoro świt, bo o 8 ruszyliśmy na tereny niedaleko lotniska w Pyrzowicach. Nawigacja google jest prześwietna, już kolejny raz uważa leśną pożarówkę jako dobrą asfaltówkę 🙂 Jakieś 5 km jazdy po krajobrazie księżycowym. Coś nam się zdaje, że tutaj się będziemy za chwilę orientować i wcale się nie mylimy 😉

Zajeżdżamy na miejsce przed 10, do startu ponad godzina, więc ogarniamy pakiety startowe i takie tam. Kręcimy się przed szkołą, w której ma miejsce baza, bo w środku za gorąco. Za chwilę przychodzi sympatyczne dziewczę i pyta o śrubokręt, bo chciała odkręcić dzwonek 😉 No wyskoczyłem ze śrubokręta, a przy oddawaniu zamieniliśmy parę zdań. Okazało się, że znamy się już z Anią przynajmniej z dwóch orientów, ale razem byliśmy w sumie na trzech 🙂 Dziś co prawda bez drugiej połówki, z powodu kontuzji. Ale pozdrawiamy w tym miejscu serdecznie i widzimy się w przyszłym roku na wielu orienteeringach mam nadzieję 🙂 W każdym razie Ania spytała, czy może do nas dołączyć z racji niechęci do jazdy w samotności. Rzut okiem na mapę, albo raczej trzema parami oczu i ustalamy, jak ogarniamy punkty. Z rajdu na rajd przybywa nam skilla, więc wytyczanie najkrótszej i optymalnej trasy idzie naprawdę nieźle. Zatem z bazy zaliczamy 17, który mieści się gdzieś w polach, przy schronie. Dalej 15, 28, 27, 4, 12, 23, 6, 24, 5, 7, 16, 8, 19 i tajemniczą jedynkę, którą trzeba wytyczyć wg wskazówki w prawym górnym rogu mapy. Będzie ciekawie! 🙂 Ruszamy! 🙂
Pierwszy punkt idzie jak po maśle. Dziś nie nastawiamy się na ostrą walkę, jedziemy sobie rekreacyjnie, bawimy się. Ania mówi, że jakby nas spowalniała, to mamy ją zostawić i się nie przejmować 🙂 No way! Prędzej Jogiego 😉 Nie nie… Jogiemu obiecałem, że będę go dziś pilnował. Lecimy na kolejny punkt.

Jogiego prosiłem o ładną fotę z Anią, ale on zestresowany, ręce się trzęsły, uciął nam stopy, a ja wciągnąłem brzuch, ale za to pomarszczyły mi się spodnie na kolanach 😉 Tylko Ania jakaś taka niewzruszona 🙂

Zagęszczenie punktów na tym fragmencie mapy jest bardzo duże, więc nie ukręcamy się zbytnio i mamy kolejny punkt. Przewijają się co chwila po trasie piechurzy, biegacze i rowerzyści. Pozdrawiamy się za każdym razem, bo to tworzy naprawdę świetną atmosferę.

Każdy punkt na mapie ma swój mały opis-podpowiedź, w jakim miejscu znajduje się dany punkt. Tu na przykład mamy dotrzeć do drzewa na skraju lasu. A ścieżka jest tak klimatyczna, pośród pięknych, strzelistych i dzikich świerków, że robi się naprawdę nastrój jak w Bieszczadach.

Jest i drzewo na skraju lasu. Mapa jest w skali 1:50000, więc 1 cm na mapie odpowiada 500 metrom w rzeczywistości. Tutaj wielki ukłon w stronę organizatorów za karteczkę do perforowania punktów, na której umieścili podziałkę w centymetrach. Bardzo ułatwiało to życie 🙂 Ania oprócz trzeciego, a raczej drugiego nawigatora miała jeszcze funkcję odległościowca, bo przeliczałem odległości, a ona podawała nam z licznika, że to już chyba tutaj, bo dobijamy do końca odcinka 🙂

Śniegu nie było, ale też było zajebiście 🙂 Żeby się dostać do niektórych punktów, trzeba było na przykład przeskakiwać strumyki 🙂 Ania robiła to z wielką gracją, Jogi z trochę mniejszą, ale ksywa zobowiązuje, żeby nie skakał jak sarenka 😉

No dobra. Mamy już 6 punktów, to połowa dzisiejszej zabawy. Przy siódmym spotykamy kolejnych wariatów orienteeringowych 🙂 A raczej wariatki 🙂 Lecimy dalej, na punkt, gdzie w opisie stoi, że znajduje się on przy zwyżce 🙂 Cokolwiek to znaczy 🙂

Ja już pewne doświadczenie w orienteeringach mam i wiem, że organizatorzy potrafią zaskakiwać, więc tym razem nie zawiedli 🙂 Tak by się mogło wydawać 🙂 Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że ta ambona myśliwska to taka zwyżka dla zmyły i faktycznie! Jest punkt za tą lada chwila chcącą przewrócić się już konstrukcją. Okazuje się, że faktycznie to coś nosi nazwę zwyżki myśliwskiej 🙂

Śniegu nie ma, ale też jest wiadomo jak 🙂 Co chwila jakieś przeszkody 🙂 Aż miło patrzeć, jak się zmagamy z naturalnymi pułapkami 🙂

W międzyczasie pokonywania odległości od zwyżki do granicy kultur natrafiamy na sympatyczną parkę. Koledze pękła guma 😀 Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że oni już są wprawieni w łapaniu gum, więc stwierdzam, że raczej nie przyjechali się tu orientować, tylko pękać gumy 🙂

Jest granica kultur. Jest i punkt. Nawet dla mnie z racji braku słusznego wzrostu było za nisko i musiałem go ogarniać na  klęczkach 🙂 Sznurek perforatora się skurczył z zimna chyba 🙂

W punkcie na granicy kultur spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy też udawali się na ten sam, kolejny punkt. Zaprosiliśmy do wspólnego kręcenia i jedziemy już w większym składzie. Okazuje się, że przejechaliśmy drogę, w którą powinniśmy skręcić, ale faktycznie nie było tej drogi. Była jednak, ale tak niewidoczna, że najpierw trzeba było przeprowadzić sprzęty przez rów. No to teraz byle do asfaltu i potem polecimy na miejscowość, której organizatorzy zmienili nazwę na Pękniętą Szprychę 🙂

Okazuje się jednak, że nasi nowi kompani szybko zrezygnowali z jazdy, a raczej prowadzenia rowerów z nami, bo droga, która na mapie była zakreślona długimi, przerywanymi liniami okazała się nie do końca być drogą do jazdy 🙂 Ale my daliśmy radę.

Niestety nie dotarliśmy w linii prostej do asfaltu tylko musieliśmy odbić na razie równoległą do niego drogą, po której już się jechać dało, ale cały czas byliśmy w grze, bo wiedziałem, że nie tracimy absolutnie nic. Oprócz czasu 🙂 Ale dziś ma być zabawa! I tak nie nadkładamy drogi, tylko jedziemy po prostu alternatywą. A widzieć po raz drugi przeskakującą Anię przez strumyk jest bezcenne, więc tym bardziej cieszyłem się, że taka droga nam się trafiła 🙂

Już widać po naszej prawej gdzieś za łąką zabudowania, co utwierdza mnie w przekonaniu, że to był słuszny wybór, bo czasem dołożenie 2 kilometrów utwardzoną drogą wcale nie musi być szybszym dotarciem do celu, o czym przekonałem się na tabeli wyników 🙂

Kończymy tę nierówną walkę z bezdrożami na chwilę, by zaskoczyć jakąś przypadkowo spotkaną gospodynię z Pękniętej Szprychy, która na nasz widok krzyknęła:  „olaboga! Skąd wy się tu po takich bezdrożach znaleźliście?” No jak bezdroża, jak na mapie ślad jest i ten mostek nawet 😀

Podbijamy się przy następnym punkcie, który znajduje się na drzewie przy skarpie. Wszystkie punkty dziś wg zapewnień organizatora muszą znajdować się na drzewach i faktycznie tak jest 🙂

No i zaczyna się prawdziwa orientacja 🙂 Żeby dotrzeć z oznakowanego punktu nr 5 na punkt nr 7, musimy pokonać ciek o nazwie Trzonia. Na mapie jest mostek. Ania się upiera, żeby nadłożyć kilometrów i objechać ten możliwe że trudny teren dość dobrymi szutrówkami. Aniu! Zaufaj! 🙂 Dołożymy 2,5 km i to jest dużo. Tniemy przez strumyk. Jest tam mostek. W sumie to trafiliśmy na dwa strumyki, z czego jeden przeskoczyliśmy. Drugi strumyk natomiast nie trafił w mostek, pod którym miał przepłynąć 🙂 A to dlatego, że koledzy bob-ry budowniczy postanowiły pokrzyżować plany nam i reszcie i zbudowały zajebistą tamę, która spowodowała wylanie się strumyka na łąkę. W pewnym momencie zgłupiałem, czy jesteśmy na dobrym śladzie, ale znalazłem dreny, po których przeprawiliśmy się przez strumyk, który płynął wszędzie, tylko nie w tych drenach 🙂 Czeka nas teraz niezły taniec 🙂

Ja jako poczuwający się do odpowiedzialności za Anię i Jogiego musiałem jakoś temat ogarnąć, więc nie patrzyłem na to, że łąka sobie wodą stoi, tylko w większości normalnie, a gdzie głębiej to na wahadełko i jakoś dojechałem do miejsca, gdzie było sucho. Szukałem alternatywy objazdu tego najmokrzejszego odcinka i w sumie znalazłem. Okazało się, że ziemia jest na tyle zmarznięta, iż można skakać po twardych kępach trawy 🙂 Czuliśmy się trochę jak w grze Super Mario, bo stając chwilę na kępie, ona zapadała się w wodę i trzeba było w miarę refleksu, żeby nie zmoczyć butów, co jednak nie dokońca się udało 🙂 Jogi szedł pierwszy i chciał pomóc Ani wyznaczając ślad, ale większość kępek pozatapiał 😀

Ja znalazłem dalszą część drogi, która zaczynała się rozlewiskiem, ale dalej już się dało jechać. Poczułem się trochę nie w porządku wobec lekko zatopionych mych towarzyszy orienteeringowej niedoli, że też wpadłem trochę specjalnie po kostki, bo szedłem na żywioł próbując przejechać przez mały rów, który okazał się jednak większym rowem 🙂 Powiem Wam jedno: chodzenie po bagnach wciąga! 🙂

Jesteśmy cały czas na wyznaczonej przez siebie trajektorii. Teraz szukamy punktu przy mogile. Żeby się zorientować, czy w lewo, czy w prawo na drodze, która była właściwą, musiałem odbić ze 200 metrów w jedną stronę, by okazało się za chwilę, że to jednak w drugą 🙂 Jest mogiła, odhaczamy się na kolejnym punkcie. Zostają nam jeszcze 4, z czego ostatni na deser wg azymutu wyliczonego ze wskazówki.

Jest i kolejny, a następny ma wskazówkę: „małe rozlewisko”. Mając już do czynienia z jakimś bobrzańskim bagnem Anię przeszły ciary czytając opis do punktu 🙂

Faktycznie. Małe rozlewisko. Malutkie. Taki pikuś, to nawet nie jest rozlewisko w porównaniu z tamtym. To jakaś wysychająca leśna kałuża 😀

Kolejny punkt to strata jakichś 10-15 minut na szukanie, kluczenie po lesie i jazda między drzewami. Spotykamy grupę pieszą, która dołącza do nas na chwilę licząc, że jesteśmy bardziej mobilini. Proszę o kompas, nie mają, jedna z pań chciałaby zapalić, ale też nie ma fajek. No co za grupa niezorganizowana! Zero fajek, zero kompasu, ale kabanosy mieli 🙂 No i dobry humor 😉 Włóczymy się z nimi chwilę po lesie.

Puszczam się pierwszy już na nos, bo zrobiłem mały błąd rysując ślad na mapie, mianowicie przykryłem sobie markerem dom, którego nie zauważyłem na mapie. Dopiero Jogi pokazał u siebie na nierozdziewiczonej niczym mapie, że ten dom faktycznie istnieje na kartograficznej naszej przewodniczce 🙂 No to cyk linijka i mówię, że w tamtą stronę na południe 150 metrów 🙂 I faktycznie. Punkt przy zakręconym drzewie znaleziony. Z radości gwiżdżę i drę się na resztę, przybiegają i przyjeżdżają, jakby się paliło 🙂 Tu spotykamy też dobrych znajomych z orientacji Grześka, Kamila i Arka 🙂 Ale zapomniałem wspólnej foty, nadrobimy następnym razem 🙂

No dobra. Teraz niby najtrudniejsza część zabawy ze znalezieniem wyliczonego wcześniej punktu. Pasuje miejsce na mapie, że jakiś kamieniołom, więc lecimy. Ania cieszy się, że samymi asfaltami teraz już tylko 🙂 Dojeżdżamy do zjazdu z asfaltu, żeby faktycznie poprawnie znaleźć ostatni punkt, znajdujący się przy bunkrze. Mamy komplet! Wracamy na metę!

Ja chcę jechać przy ogrodzeniu lotniska, jednak Ania prosi, żebyśmy dołożyli trasy i jechali pewnymi asfaltami. No nie będę się upierał 🙂 Wysłuchałem prośby i spełniłem 🙂 W międzyczasie mijamy kolegów z teamu Sąsiedzi, którzy cisną na ostatni punkt przy bunkrze 🙂

Ania miała rację… dalibyśmy ciała próbując przejechać przy ogrodzeniu lotniska, bo na mapie akurat nie było dokładnie widać, czy ta droga jest za, czy przed siatką 🙂 Tu akurat mogliśmy lizać drogę przez siatkę 😀

Dobijamy do bazy. Jako dżentelmen otwieram drzwi i wpuszczam Anię przodem. Ania zajmuje 8, ja 9, a Jogi 10 miejsce w kategorii open. Nie jest źle, jak na takie opierdalactwo po drodze 🙂 Okazuje się dodatkowo, że Ania w kategorii kobiet na trasie 40km jest pierwsza! No i pięknie! 🙂 Czasem warto być dżentelmenem 😀
Impreza świetna, tereny również, aż się boję, co by było, jakby leżał śnieg 😀 Wracając już autem po ciemku widzieliśmy jeszcze dwóch śmiałków dążących na punkt wyznaczony ręcznie, którzy oświetlali sobie mapniki latarkami 🙂 Nie jesteśmy tacy słabi, jak sami o sobie twierdzimy! Dzięki i do następnego już w styczniu rajdu na orientację! 🙂

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/10/01-20170929_222915-960x540_c.jpg

Rajd Waligóry


Kolejna impreza pod szyldem rowerowej na orientację za nami! Oj jest o czym pisać! Zapraszamy do lektury 🙂

Jako, że impreza ma miejsce w Ochotnicy Dolnej, samym sercu Gorców, a start jest o 7 rano, decydujemy, że jedziemy w piątek i wracamy w niedzielę. Idealna, jak się potem okaże, decyzja. Zajeżdżamy bardzo późno wieczorem na bazę rajdu, bo co chwila jakieś korki, parę wypadków i prawie dwie godziny poza planem. W bazie odbieramy pakiety i kierujemy się na „Pokoje Gościnne u Anki”. Nocleg znaleźliśmy przez Booking, bardzo wysoko oceniany. Ostatnio mieliśmy okazję nocować w paru różnych lokalizacjach, zobaczymy, czy faktycznie ocena 9,1 to rzetelna ocena. Ale o tym pod koniec. Na razie skupiamy się na jutrze 🙂

Menu

Facebook