Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
Sortowanie wg:
Widok:

Tag: mtb

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/11/06-20171105_105559-960x540_c.jpg

Srebrna Góra Enduro Trails, czyli Polak potrafi


Po kilkukrotnym odwiedzeniu Rychlebskich Ścieżek i Lipowskich na samym początku istnienia grupy, czas na coś innego, po naszej stronie granicy. Rośnie spory fejm na temat Srebrnej Góry, która podobno kończy właśnie dopiero drugi sezon. W sumie w ośmiu na dwa, a ostatecznie w dziewięciu na trzy auta jedziemy zobaczyć, co się tam kryje. Znaczy się Irek i Alex byli tam już parę razy, a ostatnio zabrali Macieja, więc mamy tutaj ogarniętych przewodników. Na początku Irki i Alexy proponują nam wjazd na oślą łączkę i poćwiczenie na rozgrzewkę i zrozumienie pewnych kwestii, czyli stałych fragmentów gry, spotkanych na zjazdach. Alex doskonale tłumaczył przy pomocy taty, jak należy się zachowywać i jakie pozycje przyjmować na zjazdach, Maciej pokazał, jak nie należy pokonywać hopki 😉

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/11/07-20171104_105807-960x540_c.jpg

Pieczyska i Zalew Kurowski


Dzisiaj w planach objazd trasy maratonu niepodległościowego MTB Wieruszów, w którym nie weźmiemy udziału ze względu na zbyt wysokie wpisowe w połączeniu z dezorientacją z tamtego roku… zachęceni po zawodach dwa lata temu na kolejne, szybko się zniechęciliśmy po zeszłorocznych, więc wolimy się tam pobawić sami 🙂 Pogoda dzisiaj marzenie jak na listopad: 13 stopni, słońce, ciepły wiatr, tylko nie wiadomo, czemu większość poubierała zimowe kurtki 🙂 Na początek trasy zbadamy tworzoną ścieżkę szlakiem wąskotorówki. Chodzą słuchy, że już na krótkim odcinku wylano pas asfaltu. Jedziemy obczaić. Hmmm… mamy nadzieję, że ten asfalcik to podbudowa głównej nawierzchni, bo na góralach tam trzęsie, a po środku jakiś niefart w postaci placka łatającego fragment… jak miałaby tak wyglądać nawierzchnia, to byłaby to jakaś masakra, a wysokość nawierzchni względem krawężnika trochę nas przeraża 🙁

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/10/16-20171014_154824-960x540_c.jpg

Oramy Jurę!


 

Kolejna wyprawa za nami. Szybka decyzja, szybki wyjazd, szybki przejazd, szybko minęło… ale co zostało zobaczone, to wiadomo 🙂 Możemy się z Wami częścią tego podzielić 🙂 Nie jesteśmy aż takie chamy, więc to czynimy 🙂 Maciek wcześniej proponuje wypad na Szklarską, ale z racji małej ilości czasu do wykorzystania temat pada na Jurę. Prezes tydzień temu zrobił tam niezłą Jatkę. Do Złotego Potoku jest 100 km, więc ogarniemy trasę w półtorej godziny i pojeździmy około czterech. Brzmi optymistycznie.

Rozpakowujemy się na parkingu najstarszej w Europie pstrągarni, bo na powrocie zjemy tutaj pysznego pstrąga. Ruszamy teraz na objazd około 50 kilometrowej trasy. Na początek czerwony szlak, który prowadzi wzdłuż asfaltu na Żarki. Boska, wąska ścieżka, gdzie można nawet spotkać zgarbionego turystę z księżycem w pełni 😉

W sumie na dziś ze względu na jedyną kobietę w grupie nie orzemy aż tak ostro jeśli chodzi o podjazdy, ale momentami było co deptać. W każdym razie dzisiaj trasa była zaplanowana tak, żeby pokazać całą przekrojowość Jury.

Leśne ścieżki wyglądające podobnie jak u nas, ale klimat pojawiających się gdzieniegdzie wystających kamieni jurajskich w kolorach jesieni robiły tę diametralną różnicę. No i nie uwłaczając naszym terenom – w końcu jakaś odmiana 🙂

Były już leśne, jurajskie drogi. Czas na sztuczną perełkę Jury – Zalew Poraj. Przed chwilą wyszło słońce, które towarzyszyło nam przez dobrą godzinę, podkreślając barwy pięknej, złotej jesieni.

Nawet Daruś był tak podniecony krajobrazem, że postanowił zrobić sobie samojebkę ze swojego 25 calowego Garmina. Najnowszy model, tylko ręce trzeba szeroko trzymać 😉
Ruszamy wałem wzdłuż zbiornika, w stronę miejscowości, od której nazwy pochodzi zbiornik. Jesteśmy jedynymi rowerzystami na wale, reszta, która nas mija, jedzie dołem, dziurawą i pomalowaną w pińć światów asfaltową drogą, nie widząc zbiornika 🙂 Zero przyjemności 🙂
Wszyscy zgodnie skręcamy na punkt widokowy, gdzie będziemy mogli sobie zrobić groupie. Ach te młodzieżowe nazwy tego okresu 🙂 Selfie, groupie, matkobosko! Dobrze, że jest net, to jeszcze człowiek próbuje być na bieżąco 🙂
Jak widać po falach, coś tam wieje delikatnie, ale nie ma odczucia wiatru podczas kręcenia. A może dlatego, że wszyscy jadą z tyłu? To kto w takim razie jedzie z przodu? 😉

Lubimy jednak nasz polski język, więc czas na grupowego samojeba 🙂 Tylko Sowa jakiś taki apatyczny i przytulać się nie chciał 🙂 Prąd nad nami wysokich napięć, a on żadnej fazy nie złapał 😉 A taki niby wysoki, jak się zawsze chwali 😉
Wracając jednak do jesieni. Słońce póki świeciło, podkreślało jej walory. Pięknie jest. Ciepło, jak na tę porę roku, bo dwa lata temu już śmigaliśmy po śniegu w kominiarkach, a tu proszę: 15 stopni! 🙂 Zasługa toć podobno jakiegoś huraganu, co szaleje nad Wielką Brytanią. Ale my jesteśmy w Unii, to jesteśmy bezpieczni i pogoda w gratisie 🙂
No to chwila milczenia i parę jesiennych rowerowo-leśnych widoków:

Jakąś chwilę wcześniej słońce na dobre już dziś skończyło swoją pracę, więc znowu przemierzaliśmy tereny Jury w pochmurnych klimatach, na szczęście tylko na niebie, bo u nas pełne słońce na sercu 🙂 Tak jak wcześniej zostało wspomniane: dziś liźniemy sobie przekrojowość Jury, zatem były leśne drogi z wapieniami, był zbiornik na Warcie, czas na rezerwat. Na naszej drodze jest objazd granicami Rezerwatu Sokole Góry, by podjechać pod Olsztyn. Nie wbijamy celowo w środek Rezerwatu, bo dzisiaj tylko objazdówka, ale tu się trzeba będzie przyszykować specjalnie z kolegami z Częstochowy 🙂 Maciek, Rafał! Ogarnijcie trasę i jesteśmy za jakiś miesiąc 🙂
Przy górze Pielgrzym spotkaliśmy rowerzystę z Częstochowy. Naszej grupy nie kojarzył, ale wspomniany wyżej Rafał, nasz rowerowy, zakręcony właściciel sklepu, to również jego sprzedawca 🙂 Wspólna fota i za chwilę lecimy dalej, na Olsztyn. Za nami ze dwie, trzy jaskinie, ale zostawiamy sobie to na następny raz, gdzie wyjazd będzie typowo ukierunkowany na ten rezerwat 🙂

Tu w rezerwacie dzieją się dziwne rzeczy. Dzisiaj spotkaliśmy na przykład dwa nagie… miecze 🙂 W akcji 🙂
Pięknymi, leśnymi klimatami kierujemy się na Górę Biakło. Czemu nie Białko, nie wiadomo, bo byłaby łatwiejsza do zapamiętania, ale nazwy własne rządzą się własnymi prawami, w końcu są własne 😉 Maciek tak główkował ten temat, że nie zauważył drzewa i złamał kaskiem. Ale wszystkim udało się przejechać 😉
Góra Białkłkłło. Od dupy strony. Wjazd niebieskim szlakiem pieszym, więc nie wolno jechać, tylko prowadzić 😉 Tylko Maciek wsiadł do zdjęcia udając, że jedzie. Wszyscy Cię znają Maciek 😉 Terenu nie oszukasz 😉
Daruś zażyczył sobie zdjęcie na skale, bo stwierdził, że jeszcze może sobie poskakać. Czwarte zdjęcie z wciągniętym brzuchem było jedynym godnym do zamieszczenia 😉

A tu już wszyscy trzej z naszej piątki, którzy podjechali od drugiej strony cieszą się podjazdem 80% nachylenia machając z zadowoleniem do fotoamatora Sowy. No prawie wszyscy, bo Daruś jeżdżąc na mapach Wehrmachtu chyba inny gest pokazał z przyzwyczajenia 😉 Jeszcze krzyczał po niemiecku: Wunderbar! 😉

Na górze Bajkał, czy jakoś tak każdy szukał chwili odpoczynku. Monia sobie usiadła łapiąc wilka, a Sowa gonił Maćka, łapiąc go w obiektyw.
Taki Olsztyński Giewont. Piękny ostaniec, których tutaj jest parę w okolicy Olsztyna i warto sobie tutaj dla samych podjazdów, widoków i zjazdów tylko dla nich przyjechać.

Zjeżdżamy z Biakła i lecimy już na Zrębice, gdzie znajduje się ciekawostka historyczna.

Biakło zostawiamy w tle, a przed nami kawałek zamku w Olsztynie.

Do zamku dzisiaj nie dotrzemy, bo czas mamy tak wyliczony, żeby w miarę o widoku zajechać na metę.
Cały czas jedziemy granicą Rezerwatu Sokole Góry. No aż kusi zapuścić się w ten rejon, ale czas, czas, czas… 🙁 Następnym razem! 🙂
Jeśli ktoś ma ochotę się zatrzymać, to niech zrobi to teraz, bo za chwilę całkowity zakaz 🙂 Jak się można domyślać zakaz jest tu tylko po to, jakby w razie czego zerwały się przewody wysokiego, to żeby nikt nie złapał fazy 🙂 Bo prąd drogi 🙂 A co do drogi właśnie, to dojeżdżamy do Zrębic, gdzie jest zabytkowy kościół św. Idziego.
Ale przed samym kościołem jest jeszcze kapliczka św. Idziego. Między wsią Zrębice a rezerwatem przyrody Sokole Góry stoi w polach kaplica zbudowana z kamienia wapiennego. Ta solidna budowla w kształcie rotundy powstała w miejscu dawnej drewnianej kaplicy wystawionej w połowie XVII w. przez ks. Bartłomieja Madalińskiego w podzięce św. Idziemu. Miejscowa legenda głosi, że bardzo dawno temu w okolicy panowało morowe powietrze. Ludzie umierali masowo, a żyjący opuszczali domostwa i szli koczować do lasu. Gdy tam błagali o Boskie Zmiłowanie, to na pobliskiej skale objawił się im św. Idzi i udzielił porad, jak żyć, aby zaraza ustąpiła. Wskazał też leśne źródełko i zalecił picie z niego wody oraz odprawianie pokuty. Po ustąpieniu zarazy na pamiątkę św. Idziemu wzniesiono kaplicę – piszą na portalu Polska Niezwykła. Morowe powietrze 😀 Morowo, chyżo, ogacać 😉 Przypomina się skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju z Bożydarem, jak szedł na lachony 😉
Faktycznie kapliczka już z drogi robiła wrażenie i warto było podjechać. Mamy dość dobry czas, więc mogliśmy odbić od drogi. Okazało się jednak, że dalej, za kapliczką jest również to źródełko, więc postanowiliśmy spróbować leczniczej wody.

Oprócz studni nie było tam źródełka, a jak się okazało, to studnia była źródełkiem. Pierwszy leczyć się zaczął Maciej. Pije piąte wiadro i nic. Prezes w międzyczasie też się napił i zniknęła mu himorojda. Maciek dopadł zatem wiadro ponownie.

Za chwilę już wszyscy chcieli skosztować wody ze źródła. Po wypiciu też poznikały różne rzeczy w reszcie grupy: Doktorkowi zniknął portfel, a Maćkowi okulary 😉

Wracając jednak na ziemię mamy do zahaczenia zabytkowy kościół w Zrębicach, który polecił nam kolega Maciek z Częstochowy, jako punkt do zdobycia na dziś. Okazuje się, że kościół ten podobno był zbudowany bez użycia żadnego gwoździa. Jednak Sowa wyciągając cztery ze ściany frontowej zdementował te pogłoski 😉
Myślicie, że palimy jakieś zioło podczas jazdy, albo przy pisaniu relacji? Nam też się tak wydaje, ale chyba wszyscy coś palimy, razem z wami, bo wszyscy widzimy wigwamy, prawda? 😀 Szukaliśmy, czy trafi się jakaś squaw, pytamy miejscowych, ale mówią, że wsysko skło oddali do skupu 😉
Jeden z wielu dzisiaj dylematów. W prawo? Czy w lewo? Bo giepees czasami po prostu miał dzisiaj wolne 🙂

Wybierając wariant w lewo takiego widoku nie zobaczylibyśmy, jedynie krowy na górce obok indiańskiej wioski, marnie udające bizony. No ale jaka wioska, takie bizony 😉 A tu proszę: kolejny widok, na widok którego (he he ten polski język) musimy się zatrzymać i uwiecznić widok 😉
A tu już wcięli się w kadr i zepsuli ujęcie. Ale krzyczeli: rób rób! Będzie dynamiczne! 😉
W nogach mamy lajtowe ponad 40 kilometrów, końcówka trasy prowadzi do Złotego Potoku Klonową Aleją, która została posadzona w XIX w. z inicjatywy generała hrabiego Wincentego Krasińskiego. Była to główna droga prowadząca z pałacu Krasińskich/ Raczyńskich do Częstochowy. Do tego pałacu właśnie zmierzamy.
I jest. Piękny, choć podniszczony, ale oddany renowacji pałac w pięknym, malowniczym otoczeniu starego parku, stawu i nas 🙂

Zrobiliśmy zdjęcie pałacowi, to on sam postanowił zrobić zdjęcie nam 🙂 Słaby jest w fotografowaniu, ale w sumie to tylko pałac 😉

To jeszcze przejazd przez stary park, który wspomniany był wcześniej. Prezes będąc tutaj kiedyś ze dwa razy pamiętał, że od strony południowej jest jakaś brama. Loteria tylko, czy otwarta.

Jedziemy. Faktycznie jest, obok jest ciasne przejście, niczym furta klasztorna. Ale przejechać się da i szybko wracamy na ulicę.

Na ulicę… hmmm… droga do pstrągarni chyba wywieziona gdzieś, bo przejazdu zero. Znaczy dla aut, bo my sobie poradzimy 🙂
Przed samą pstrągarnią skręcamy jeszcze w lasy, żeby zaliczyć kolejny punkt zaproponowany przez częstochowskiego Pułkownika, którym jest Brama Twardowskiego. Dziś takie widoki nie robiły na nas wrażenia, zmiana przełożenia i ogarniamy temat 🙂
Takie widoki już nie były dzisiaj częste, ale przełożenie nawet się kiedyś kończy, jak się rower po opony zakopuje w piasku. Dziwne, bo to szlak rowerowy. Chyba dla fatbajków 😀

Świetny, złoto-zielony podział na lewo i prawo od drogi. Zjeżdżając z mocnej górki często nie widzi się takich niuansów, ale dopiero przy oglądaniu poczynionych chwil, zatrzymanych w kadrze można takie perełki dostrzec 🙂 Niby często zdjęcia nie oddają klimatu, ale tu było na odwrót 🙂 Nikt nie zdążył zanotować obrazu po bokach, tylko każdy patrzył, żeby nie wydymić 🙂

No może nie każdy. Taki Maciej na przykład. Chciał dorównać prezesowi na mocnym podjeździe i nie wiadomo, co się stało, bo różne są relacje: że niby prezes się chamsko zatrzymał zaraz za zwalonym drzewem blokując kolegę, że Sowie zadzwonił telefon rozpraszając Maćka, że to Sowa swoimi długimi łapskami rzucał kłody pod koła 😉 W każdym razie Jura Maćka położyła 😉
A za parę chwil ostatni nasz punkt w dzisiejszym harmonogramie imprezy: Brama Twardowskiego.

Faktycznie punkt godny odwiedzenia, na tablicy informacyjnej zobaczyliśmy fotki i możemy przyznać, że warto tu przyjechać o każdej porze roku. Miejsce to, jest  charakterystycznym i potężnym ostańcem z otworem przypominającym bramę. Ostaniec ten, a raczej jego tajemniczy otwór związany jest wg legendy ze słynnym czarodziejem krakowskim – Panem Twardowskim, który niegdyś uciekał tędy na kogucie przed diabłem. Na kogucie 😀 Kiedyś to były koguty… 😉 Się cała rodzina mogła wyżywić przez miesiąc z takiego 😉
A co do żarcia właśnie, to za chwilę dojechaliśmy do punktu startu i skierowaliśmy się od razu do smażalni. Nie pytajcie, ile kosztuje porcja takiego pstrąga, ale jest tak pyszny, że musieliśmy zjeść wszystko! 🙂 Warto było! Aha, płatność tylko gotówką. Dużą ilością! Na paliwo brakło… 😉

Wyjazdy tego typu będziemy teraz ogarniać częściej, dlatego wszystkich chętnych i czujących się na siłach prosimy o zgłaszanie się, raz w miesiącu gdzieś sobie skoczymy! 🙂

Menu

Facebook