Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
Sortowanie wg:
Widok:

Tag: korno

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2018/03/25-20180317_122840-960x540_c.jpg

Wiosenne Czarne KoRNO


Dziś będzie dość nudno, bo długo. Ale chyba warto 🙂 Już długo swędziało nas na tę imprezę, tym bardziej, że w Krośnicach na RjNO byliśmy zaproszeni na 17 marca przez organizatorów, czyli Basię i Grzesia Czarnych, więc tylko zacieraliśmy ręce i odliczaliśmy dni do imprezy. Zapisani byliśmy w czwórkę, ale pogoda tak się załamała, że dwóch dołączyło do stanu pogody i też się załamało. Przetrwały tylko najsilniejsze osobniki. Plan jest taki, że jedziemy w piątek, ogarniamy gdzieś nocleg niedaleko, a rano uderzamy na bazę i atakujemy.

Jeszcze tydzień temu w weekend 10-15 stopni i słoneczko, aż czuło się nadciagającą wiosnę, tak od piątku załamka, bo front niewiadomoskont, minus 5, zawieje śnieżne, obfite opady śniegu i wariant wyruszenia w piątek był jak najbardziej prawidłowy. Wyruszyliśmy z Wielunia o 17:30, na bazie byliśmy dokładnie 4 godziny później. Odebraliśmy pakiety startowe i zajechaliśmy na nocleg, gdzie śniliśmy o przepięknych mapach, z przewyższeniami tylko w jedną stronę.  Ale jak to zwykle bywa w życiu – to był tylko sen. Rano zderzymy się z brutalną rzeczywistością.

Jogi obiecał, że naszykuje dla nas śniadanie. No wywiązał się, nie można zarzucić. Dwie sałatki zrobił. Z Lisnera 😀 Uderzamy na bazę. Wprowadzamy nasze smoki na teren szkoły i odliczamy czas do rozdania map. Tutaj fajnie i ciepło, na dworze łeb chce z płucami wytargać. Zobaczymy, czy się uda 🙂 

Mapy rozdane i punktualnie o którejś tam z minutami po zakreśleniu najbardziej optymalnego, wietrznego, pagórkowatego, jak się potem okaże – ambitnego planu ruszyliśmy w nieznane.

Do głównej mapy dodana była jeszcze mała mapa z prostokątnego kadru o wdzięcznej nazwie LIDAR, której dzisiaj nie ruszamy. Mamy w końcu ambitny plan 🙂 Oprócz zwykłych punktów są punkty z zagadkami. Tu autorzy tras bardzo się postarali, bo zabawa była przednia. Dziś nie nastawialiśmy się na wygraną. Dziś nastawialiśmy się, żeby to przeżyć. Warunki w jakich nam przyszło się zmagać były naprawdę wymagające. Z każdym punktem co raz bardziej. Na pierwszy ogień poszedł jakiś tam punkt kontrolny z numerem 71. Znowu rogaining, czyli punkty mierzone punktami 🙂 Jogi pilnuje rowerów, puścił dzika w teren. Widać tam w oddali, jak punkt jest połykany.

Powrót do rowerów i lecimy na kolejny. Oj będzie dziś ciężko… oj będzie…

Już pierwszy porządny podjazd masakruje Jogiego. Musimy dzisiaj liczyć siły na zamiary, a nie ambicjonalnie podchodzić do tematu, bo wyjść z tego może jedynie wielka dupa.

No ale są takie miejsca, gdzie można poczuć fajny flow, zjeżdżając na dno wąwozu, w poszukiwaniu PK22.  Jogi woli jednak zachować swoją klawiaturę, bo dzisiaj żadnego dentysty ani protetyka w grupie z nami nie ma, choć miał być.

Jesteśmy na PK22. Okazuje się, że piechurzy i paru rowerowców atakuje to na podjeździe, kiedy my mamy to na zjeździe. Lecimy dalej, na PK33 między skałkami, jak sugeruje opis.

W międzyczasie oczywiście chlapiemy się przez strumyk kilkukrotnie, co jest powodem zamarzania przerzutek.

Jest PK33. Idzie na razie spoko, chociaż tempo jest w tych warunkach tragiczne. Pod nami często oblodzone, zamarznięte koleiny po jakichś quadach i innych dziadostwach. Miota nami jak szatan zakonnicą.

Kolejny punkt to punkt zagadka. Oznaczony z przodu iksem. Ten ma wartość 70 punktów, bo oznaczony jako X72. Z opisu punktu możemy przeczytać: Kapliczka – „całkiem serio i bez ściemy, a tacy będziemy okropni, że przeliczyć Wam każemy ile tu prowadzi stopni…” No i znowu Jogi przy rowerach, a ja dymam do góry…

Tu już ktoś punkt odhacza, ja naliczyłem zdecydowanie więcej stopni, niż ci, którzy poniżej na zdjęciu. Ale to wina moich krótkich nóżek i niektóre stopnie musiałem brać na dwa razy, więc stąd ten błąd w obliczeniach 🙂

Na zejściu skorygowałem już i wyszło 74, mimo, że dwa razy się pośliznąłem i opuściłem parę stopni 😀

Lecimy na PK o wartości 80. Tu tak popieprzyliśmy, że w sumie jednak nie, ale wydawać by się mogło, że jednak. Dużo błędnych tropów na śniegu, zero śladów rowerów, niebieski szlak pieszy i wniosek, że chyba jednak jesteśmy w czarnej dupie i nie ogarniemy tego punktu, jak za dłuższą chwilę przepychania naszych rowerów przez połamane drzewa ujrzeliśmy ją. Skałę, która zdawała dawać nadzieję, że to jednak tutaj… I tak! Mamy to! 😀 Widok przepiękny 🙂

No przepiękny to teraz, bez tej zamarzniętej gęby 🙂 Tam w dole jechaliśmy jakieś paręnaście minut temu 🙂 

A to jest ten punkt na szczycie. Pięknie porozmieszczane te punkty dzisiaj, ale zdecydowanie za dużo ich, w takich warunkach 🙂

Wracamy na ziemię. Plan zdobycia PK92, 52 i X73 zaległ w gruzach, albo raczej w zamarzniętych bruzdach przewianych tak przenikającym wiatrem, że skracamy trasę, rezygnując z tej ilości 🙁

Walimy do wsi Brzezinka, z której szukamy połączenia na Radwanowice, gdzie znajduje się punkt zagadka, czyli X61. Droga jest największą katastrofą, po jakiej mieliśmy okazję jechać. Zamarznięte koleiny, wiatr boczny robią z nas takie fujary, że padamy, jakby ktoś do nas strzelał. Jedynym słusznym wariantem przemierzenia tego gówna, w dodatku zamarzniętego gówna, to jechać środkiem. Chociaż tutaj też z tym różnie bywa…

Szkoda, że nie mam łyżewów w plecaku, bo szybciej bym to ogarnął. Kolano mnie na$@#$%@la do samego końca imprezy. I nawet jeszcze teraz, jak piszę tę relację. Ale na szczęście bark oszczędziłem 😀 

Jest i rzeczony X61, a w treści napisali: Pomnik – ” Błyskawice i czaszki zdobiły mundury, a po ich rękach niewinna krew spływa. Ile istnień postawili pod mury? Rozstrzeliwując wieś, co była szczęśliwa…”. Szukamy.  Proste. Na tablicy wisi, że 30. Świetny pomysł z tymi zagadkami. Naprawdę szacun dla Czarnych! 🙂

Teraz już trzymamy się planu. Ogarniamy trasę na PK84. Dojeżdżamy na granicę zakazanego terenu, a tu szlaban… mijamy szlaban, wyskakuje ochraniacz i krzyczy, że tędy nie wolno! Ale pokazujemy mapę, a on, że no po asfalcie nie wolno, ale tym chodniczkiem boczkiem boczkiem a dalej wzdłuż prawej strony ogrodzenia to ok, bo inaczej go wyleją 🙂 No jest kopalnia. Praca wre.

Jedziemy wzdłuż ogrodzenia wg wskazówek pana na bramkach. Co prawda punkt jest cały czas pod górę, ale skąd my to mamy wiedzieć. Aaa no przecież są warstwice 🙂 No dobra. 

Raz jedziemy, raz pchamy, ehh gdyby tu była tylko Basia albo Grzesiu… to Jogi już by tu kopał rękami dwie mogiły 🙂

Jesteśmy blisko punktu. Są piechurzy z psiakiem. Ogarniają jakimś romantycznym podejściem, gdy ja atakuję to na szagę. Moje ocieplacze na buty już dawno possuwały się z miejsc, w których być powinny, ale srebrna taśma jakoś to próbuje sklecić w całość. 

Jest punkt. Jogi, zjedz sobie, popij, puść dzika na punkt, popilnuj rowerów 🙂

Tutaj wykrzesałem trochę więcej charyzmy i ruszyłem w pogoń, w poszukiwaniu kolejnego punktu. Dojeżdżam do wsi Dębnik, Jogiego zostawiając daleko w tyle. Gdzieś między tymi domostwami przy ogrodzeniu spotykam sympatyczną babulinkę, która rzuca litościwie w moją stronę: „nie masz pan w taką pogodę do siebie litości…”. Odpowiadam: „no nie mam, ale do kolegi z tyłu nie mam jeszcze bardziej 🙂 Jest i Jogi. Opowiadam mu, co przed chwilą się zdarzyło i nawet się zaśmiał 🙂

Kolejny PK82 brzmi złowrogo: ściana kamieniołomu. Z ostatniej orientacji w Tarnowskich Górach, gdzie z Anią atakowałem punkt od S, a miało być od SW, też przy ścianie kamieniołomu, już bardziej skrupulatnie podszedłem do tematu. Okazało się, że nie taki straszny kamieniołom, jak go malują i wcale nie trzeba tam zjeżdżać rowerem, bo można na przykład na dupie, co też uczyniłem w paru miejscach, bo było oblodzone 🙂 Wypatrywaliśmy najpierw z góry punktu, który swą pomarańczowością wśród tej biało-szarej zawieruchy rzuci nam się w oczy. Jogi w końcu krzyknął: tam! Patrz na tę ruderę! Tam! Goń! Goń! No to pogoniłem 🙂

Przedziurkowawszy kolejne dziury w karcie ruszyliśmy na X81. Będzie zagadka. Ale najpierw wiatr dobrze nas przeleci 🙂 Jesteśmy na punkcie. Kapliczka: „Boża męka – kapliczki tej imię, wyniesionej wysoko pod chmury. Odczytaj jaka – i w lecie, i w zimie, najstarsza data zdobi marmury”. Dodałbym jeszcze od siebie: jeśli jeszcze ci łba na tym zadupiu nie urwało, jest szansa, że wyjdziesz z tego cało 😛

Tu wiało najbardziej z najbardziejowych miejsc, jak do tej pory. Miejsce przepięknie ponure, aż nas ciarki po naszych spoconych i zamarzniętych plecach przeszedły. Czy tam przeszły. Wszystko już nam jedno.

Czas wpisać datę na karteczkę i ogarnąć się troszeczkę. No i wrzucając: po pierwsze, aż mnie korci, żeby wierszem dalszą część relacji dziabnąć, lecz jednak zaczynam słabnąć, więc na punkt kolejny ruszam i rymy wiatrem zagłuszam 😉

Romantycznie się zrobiło, bo od wiatru wyciszyło się troszeczkę, no i jeszcze tę kładeczkę trzeba zdobyć, żeby spełniać swoje hobby 😉 Ejj Aramisy! Wierszem zarażacie! 😀 

Ten kolejny punkt zagadka to X52, a na karteczce wisi: Źródło – „Aspiracje masz do pudła? Ale czy historia Ciebie wspomni? Szkicuj prędko kształt więc źródła lecz o schodach nie zapomnij!!!”. No to narysowalim zgrabiałymi łapami to, co widać z góry 🙂 Pięęęękne miejsce.

Jakby mało zagadek było, to kolejna, niedaleko źródła o wielkim sercu. X40. Fontanna – „Na laurach nigdy nie siadaj, chcąc skończyć z dobrym wynikiem prędko mi więc odpowiadaj, kto jest źródła Strażnikiem”. No się okazało, że kruk. Tyle drapania tu pod górę, żeby się dowiedzieć, że to kruk za 40 punktów 😀

Ukochaliśmy sobie te zagadkowe PK. W międzyczasie odmroziłem sobie trochę stopy. Ale tylko trochę 🙂 Srebrna taśma naprawcza znowu w ruchu, ale tym razem była wada produkcyjna i brakło kleju na paru metrach. No masakra jakaś… więc zamiast podjazdu był podbieg, trzeba sobie jakoś łbem w takich chwilach dokręcać: dasz radę, dasz radę, dasz radę… Jest i punkt. X53 – Pomnik – „Mała osada, pośród leśnych zboczy, nawet czas tutaj niczego nie zmienia. Wyostrz teraz swe zmęczone oczy jaki Zwierz strzeże kamienia?”. No żaba. Miałem nadzieję, że pocałunek zamieni ją w księżniczkę, albo chociaż w księcia, ale była tak oziębła, że wolałem bez języczka, żeby tu nie przywrzeć. 

Kolejny PK od żaby to zaledwie 750m około. Czemu to kurwa na mapie wszystko tak płasko wygląda? 🙁 😛 Najpierw drapanie po oblodzonym asfalcie. Jakoś poszło. Potem już pod czaszką się gotuje od tego podjazdu, bo z przodu na 22 a z tyłu na 42 zębach i młynek okrutny, więc już na licznik nie patrzę. Widzę tylko jakieś ślady piechura więc pewnie to tu. Dojechałem do możliwie najdalszego miejsca, do którego dało się dojechać, rzuciłem smoka i biegnę po tych śladach, po jakichś trawach, chaszczach, złowrogich pnączach, próbujących zatrzymać mnie dla siebie i zakończyć tu właśnie mój marny żywot… ślady tego piechura wydawają się być obłędnym kołem bez pomysłu, więc wróciłem do roweru, spojrzałem na mapę, przekląłem siarczyście i wróciłem kawałek, by skręcić już tam, gdzie powinienem. Dlaczego gubi mnie znowu zaufanie do tropów dzikich ludzi bez pojęcia? 😛 Jest krzyż! To tam. Ale najpierw przepiękny widok kolejnej kopalni.

Jest i krzyż. Kolejna zagadka.

X60. Tabliczka – „Noc i dzień kamień kruszy, tak go skazał los mizerny, krzyż Mu pocieszeniem duszy, napisz jak jest stary głaz węgielny. Wszyscy przecierali tablicę główną, a po lewej jej stronie (a może i prawej – zależy z której patrzeć) jest wmurowane info. Tutaj też rozdziewiczenie PK, tylko że na rowerze. Bo piechurów było dwóch przede mną. 

Wracamy na asfalty. Dzisiaj nimi się teoretycznie najlepiej jedzie. Zjeżdżamy do Krzeszowic. A tam rozjazd. Wiemy, że mamy jechać na Frywałd, ale w prawo Tenczynek… i lokalny browar… ehh ci organizatorzy nie pomyśleli o ataku na taki punkt 😉 Z łezką w oku skręcamy na Frywałd i lecimy na… zagadka! No właśnie kolejna…

Droga oblodzona, jedziemy zachowawczo, bardzo nisko ziemi 🙂 Że jakbyśmy mieli pieprznąć, to z mniejszym impetem 🙂

O i jest zagadka. X74 – Budowla – „Ptaki, harty i jelenie. Przelicz rzeźby – INO sprawnie. Potem przez sumę LUB mnożenie ułóż równanie – byle poprawnie”. No to liczymy. Ośmiokąty razy cztery, a w sumie razy sześć, całka z jelenia plus cztery kaczki nabite na dzidy i tańczący Jogi. No to wyszło niezłe mięso 🙂

Wydaje się już ponad połowa trasy i większość punktów. Następny punkt to PK66 – szyby Krystyny. Szyby w oknach, czy w lesie? Raczej to drugie. A raczej trzecie, bo w czarnej dupie. Ale w sumie czarne korno, to wszystkiego można się spodziewać. Niewiele brakło i byłby dzisiaj pasztet z dzika, ale śnieg na górkach kopny i dziad spieprzył. Za to na dole grasował nieźwieź Jogi 🙂 A szyb, szybów nie ma. Tym bardziej Krystyny. Oooo tu się zakopaliśmy na dobre pół godziny bez dziesięciu minut. Krystyyyynaaa! Dzie jesteś?! 😐

Mała cofka w stronę cywilizowanej drogi i niechcianą wcześniej drogą podjęliśmy walkę, rzuciłem rower i pobiegłem w las. Jogi myślał, że na dwójkę i krzyczał za mną: weź rolkę! Rolkę? No papieru! Aaaaa niee! Ja do Krychy biegnę, bo już ją wyczułem 🙂 Pierwszy jestem! Ani śladu żywych istot przede mną! Nawet organizatorzy śladów nie zostawili 🙂 Rower gdzieś daleko, ale dobrze, że karteczki przy punktach posiadają numerację, bo to wiele ułatwia. Zaliczam, a raczej rozdziewiczam Krystynę. Jest duma. Zaraz za zmęczeniem 🙂

Jesteśmy już nieźle sprani. Mija 40. kilometr trasy. Szukamy jakiegoś PK21. Przestrzeliwujemy mapę. W dupę z nim, mało wartościowy. Mamy niecałą godzinę na bazę. Jest jeszcze do zgarnięcia wg planu PK80 i PK61.

Patrząc na mapę PK80 jest tak nadźgany dookoła gęsto posianymi warstwicami i jeszcze ta cyfra wysokości 378m robi swoje, że odpuszczamy… Ciśniemy na PK61 – bunkier. To nasz ostatni punkt dzisiaj.

Odnajdujemy bez problemu. Haczymy. Chwila oddechu.

Jogi jeszcze tylko małe zdjęcie z dużym bunkrem. Czuć zmęczenie i wycieńczenie organizmów. Kierunek baza.

Wieje. Strasznie. Jeszcze bardziej, niż wiało dotychczas. A tę resztę trasy mamy pod wiatr właśnie… no chyba nie zawracamy? 😉

Przejeżdżamy przez zakazaną krajówkę i lecimy na Brzezinkę. Wiedzieliście, że niektóre miejscowości chwalą się kolorem włosów sołtysa? 😀

Dojeżdżamy do tabliczki Kobylany. Mijamy eskimosa. Nie! To nie eskimos! To taki sam wariat jak my, tylko że pieszy 🙂 Zrezygnował z roweru na rzecz zdarcia obuwia, ale zna nas 🙂 Pozdrawiamy Cię! Kimkolwiek jesteś! 😀 Mówił, że w Tarnowskich się z nami już widział 🙂 Rodzina orienteringowa się powiększa 🙂

A my już zaledwie 2 km do mety. Piździ jak w kieleckim, a to przecież krakowskie 😉

Żyjemy! Osiągnęliśmy to, co prawie dziś założyliśmy. Może to wygląda słabo, ale słabo-ści właśnie zostały pokonane 🙂 Jesteśmy silniejsi i mądrzejsi o nowe doświadczenia, takie imprezy umacniają nas tylko w przekonaniu, że warto brać w nich udział, że to jest walka ze swoim umysłem przede wszystkim, a reszta… reszty nie trzeba 😉 Bo za dzisiejszą imprezę organizatorom należy się wysoki napiwek! 🙂 Dzięki Basia i Grzesiu!

No i za ten dyplom dzięki 🙂 Wiadomo, po co ja tam pojechałem 😀 😀 😀

I jeszcze krótki film z tego, jak to wszystko wyglądało 🙂

www.youtube.com/embed/UwEYSkZGBXM

Do kolejnej orientacji! 🙂

 

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/12/23-20171216_134001-960x540_c.jpg

Zimowe KORNO w Zendku, czyli jazda na orientację


Ostatnia w tym roku impreza w rowerowej jeździe na orientację za nami! Jest parę osób u nas w grupie, które naprawdę wkręciły się w ten temat na maksa 🙂 Między innymi ja, czyli prezes i Jogi, którzy dziś postanowiliśmy uderzyć na zimowe KORNO w Zendku. Jest jeszcze Sowa, Daruś i Renklod, ale oni niestety nie mogli, to niech sobie chociaż poczytają 🙂 Zapakowaliśmy się z Jogim i skoro świt, bo o 8 ruszyliśmy na tereny niedaleko lotniska w Pyrzowicach. Nawigacja google jest prześwietna, już kolejny raz uważa leśną pożarówkę jako dobrą asfaltówkę 🙂 Jakieś 5 km jazdy po krajobrazie księżycowym. Coś nam się zdaje, że tutaj się będziemy za chwilę orientować i wcale się nie mylimy 😉

Zajeżdżamy na miejsce przed 10, do startu ponad godzina, więc ogarniamy pakiety startowe i takie tam. Kręcimy się przed szkołą, w której ma miejsce baza, bo w środku za gorąco. Za chwilę przychodzi sympatyczne dziewczę i pyta o śrubokręt, bo chciała odkręcić dzwonek 😉 No wyskoczyłem ze śrubokręta, a przy oddawaniu zamieniliśmy parę zdań. Okazało się, że znamy się już z Anią przynajmniej z dwóch orientów, ale razem byliśmy w sumie na trzech 🙂 Dziś co prawda bez drugiej połówki, z powodu kontuzji. Ale pozdrawiamy w tym miejscu serdecznie i widzimy się w przyszłym roku na wielu orienteeringach mam nadzieję 🙂 W każdym razie Ania spytała, czy może do nas dołączyć z racji niechęci do jazdy w samotności. Rzut okiem na mapę, albo raczej trzema parami oczu i ustalamy, jak ogarniamy punkty. Z rajdu na rajd przybywa nam skilla, więc wytyczanie najkrótszej i optymalnej trasy idzie naprawdę nieźle. Zatem z bazy zaliczamy 17, który mieści się gdzieś w polach, przy schronie. Dalej 15, 28, 27, 4, 12, 23, 6, 24, 5, 7, 16, 8, 19 i tajemniczą jedynkę, którą trzeba wytyczyć wg wskazówki w prawym górnym rogu mapy. Będzie ciekawie! 🙂 Ruszamy! 🙂
Pierwszy punkt idzie jak po maśle. Dziś nie nastawiamy się na ostrą walkę, jedziemy sobie rekreacyjnie, bawimy się. Ania mówi, że jakby nas spowalniała, to mamy ją zostawić i się nie przejmować 🙂 No way! Prędzej Jogiego 😉 Nie nie… Jogiemu obiecałem, że będę go dziś pilnował. Lecimy na kolejny punkt.

Jogiego prosiłem o ładną fotę z Anią, ale on zestresowany, ręce się trzęsły, uciął nam stopy, a ja wciągnąłem brzuch, ale za to pomarszczyły mi się spodnie na kolanach 😉 Tylko Ania jakaś taka niewzruszona 🙂

Zagęszczenie punktów na tym fragmencie mapy jest bardzo duże, więc nie ukręcamy się zbytnio i mamy kolejny punkt. Przewijają się co chwila po trasie piechurzy, biegacze i rowerzyści. Pozdrawiamy się za każdym razem, bo to tworzy naprawdę świetną atmosferę.

Każdy punkt na mapie ma swój mały opis-podpowiedź, w jakim miejscu znajduje się dany punkt. Tu na przykład mamy dotrzeć do drzewa na skraju lasu. A ścieżka jest tak klimatyczna, pośród pięknych, strzelistych i dzikich świerków, że robi się naprawdę nastrój jak w Bieszczadach.

Jest i drzewo na skraju lasu. Mapa jest w skali 1:50000, więc 1 cm na mapie odpowiada 500 metrom w rzeczywistości. Tutaj wielki ukłon w stronę organizatorów za karteczkę do perforowania punktów, na której umieścili podziałkę w centymetrach. Bardzo ułatwiało to życie 🙂 Ania oprócz trzeciego, a raczej drugiego nawigatora miała jeszcze funkcję odległościowca, bo przeliczałem odległości, a ona podawała nam z licznika, że to już chyba tutaj, bo dobijamy do końca odcinka 🙂

Śniegu nie było, ale też było zajebiście 🙂 Żeby się dostać do niektórych punktów, trzeba było na przykład przeskakiwać strumyki 🙂 Ania robiła to z wielką gracją, Jogi z trochę mniejszą, ale ksywa zobowiązuje, żeby nie skakał jak sarenka 😉

No dobra. Mamy już 6 punktów, to połowa dzisiejszej zabawy. Przy siódmym spotykamy kolejnych wariatów orienteeringowych 🙂 A raczej wariatki 🙂 Lecimy dalej, na punkt, gdzie w opisie stoi, że znajduje się on przy zwyżce 🙂 Cokolwiek to znaczy 🙂

Ja już pewne doświadczenie w orienteeringach mam i wiem, że organizatorzy potrafią zaskakiwać, więc tym razem nie zawiedli 🙂 Tak by się mogło wydawać 🙂 Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że ta ambona myśliwska to taka zwyżka dla zmyły i faktycznie! Jest punkt za tą lada chwila chcącą przewrócić się już konstrukcją. Okazuje się, że faktycznie to coś nosi nazwę zwyżki myśliwskiej 🙂

Śniegu nie ma, ale też jest wiadomo jak 🙂 Co chwila jakieś przeszkody 🙂 Aż miło patrzeć, jak się zmagamy z naturalnymi pułapkami 🙂

W międzyczasie pokonywania odległości od zwyżki do granicy kultur natrafiamy na sympatyczną parkę. Koledze pękła guma 😀 Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że oni już są wprawieni w łapaniu gum, więc stwierdzam, że raczej nie przyjechali się tu orientować, tylko pękać gumy 🙂

Jest granica kultur. Jest i punkt. Nawet dla mnie z racji braku słusznego wzrostu było za nisko i musiałem go ogarniać na  klęczkach 🙂 Sznurek perforatora się skurczył z zimna chyba 🙂

W punkcie na granicy kultur spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy też udawali się na ten sam, kolejny punkt. Zaprosiliśmy do wspólnego kręcenia i jedziemy już w większym składzie. Okazuje się, że przejechaliśmy drogę, w którą powinniśmy skręcić, ale faktycznie nie było tej drogi. Była jednak, ale tak niewidoczna, że najpierw trzeba było przeprowadzić sprzęty przez rów. No to teraz byle do asfaltu i potem polecimy na miejscowość, której organizatorzy zmienili nazwę na Pękniętą Szprychę 🙂

Okazuje się jednak, że nasi nowi kompani szybko zrezygnowali z jazdy, a raczej prowadzenia rowerów z nami, bo droga, która na mapie była zakreślona długimi, przerywanymi liniami okazała się nie do końca być drogą do jazdy 🙂 Ale my daliśmy radę.

Niestety nie dotarliśmy w linii prostej do asfaltu tylko musieliśmy odbić na razie równoległą do niego drogą, po której już się jechać dało, ale cały czas byliśmy w grze, bo wiedziałem, że nie tracimy absolutnie nic. Oprócz czasu 🙂 Ale dziś ma być zabawa! I tak nie nadkładamy drogi, tylko jedziemy po prostu alternatywą. A widzieć po raz drugi przeskakującą Anię przez strumyk jest bezcenne, więc tym bardziej cieszyłem się, że taka droga nam się trafiła 🙂

Już widać po naszej prawej gdzieś za łąką zabudowania, co utwierdza mnie w przekonaniu, że to był słuszny wybór, bo czasem dołożenie 2 kilometrów utwardzoną drogą wcale nie musi być szybszym dotarciem do celu, o czym przekonałem się na tabeli wyników 🙂

Kończymy tę nierówną walkę z bezdrożami na chwilę, by zaskoczyć jakąś przypadkowo spotkaną gospodynię z Pękniętej Szprychy, która na nasz widok krzyknęła:  „olaboga! Skąd wy się tu po takich bezdrożach znaleźliście?” No jak bezdroża, jak na mapie ślad jest i ten mostek nawet 😀

Podbijamy się przy następnym punkcie, który znajduje się na drzewie przy skarpie. Wszystkie punkty dziś wg zapewnień organizatora muszą znajdować się na drzewach i faktycznie tak jest 🙂

No i zaczyna się prawdziwa orientacja 🙂 Żeby dotrzeć z oznakowanego punktu nr 5 na punkt nr 7, musimy pokonać ciek o nazwie Trzonia. Na mapie jest mostek. Ania się upiera, żeby nadłożyć kilometrów i objechać ten możliwe że trudny teren dość dobrymi szutrówkami. Aniu! Zaufaj! 🙂 Dołożymy 2,5 km i to jest dużo. Tniemy przez strumyk. Jest tam mostek. W sumie to trafiliśmy na dwa strumyki, z czego jeden przeskoczyliśmy. Drugi strumyk natomiast nie trafił w mostek, pod którym miał przepłynąć 🙂 A to dlatego, że koledzy bob-ry budowniczy postanowiły pokrzyżować plany nam i reszcie i zbudowały zajebistą tamę, która spowodowała wylanie się strumyka na łąkę. W pewnym momencie zgłupiałem, czy jesteśmy na dobrym śladzie, ale znalazłem dreny, po których przeprawiliśmy się przez strumyk, który płynął wszędzie, tylko nie w tych drenach 🙂 Czeka nas teraz niezły taniec 🙂

Ja jako poczuwający się do odpowiedzialności za Anię i Jogiego musiałem jakoś temat ogarnąć, więc nie patrzyłem na to, że łąka sobie wodą stoi, tylko w większości normalnie, a gdzie głębiej to na wahadełko i jakoś dojechałem do miejsca, gdzie było sucho. Szukałem alternatywy objazdu tego najmokrzejszego odcinka i w sumie znalazłem. Okazało się, że ziemia jest na tyle zmarznięta, iż można skakać po twardych kępach trawy 🙂 Czuliśmy się trochę jak w grze Super Mario, bo stając chwilę na kępie, ona zapadała się w wodę i trzeba było w miarę refleksu, żeby nie zmoczyć butów, co jednak nie dokońca się udało 🙂 Jogi szedł pierwszy i chciał pomóc Ani wyznaczając ślad, ale większość kępek pozatapiał 😀

Ja znalazłem dalszą część drogi, która zaczynała się rozlewiskiem, ale dalej już się dało jechać. Poczułem się trochę nie w porządku wobec lekko zatopionych mych towarzyszy orienteeringowej niedoli, że też wpadłem trochę specjalnie po kostki, bo szedłem na żywioł próbując przejechać przez mały rów, który okazał się jednak większym rowem 🙂 Powiem Wam jedno: chodzenie po bagnach wciąga! 🙂

Jesteśmy cały czas na wyznaczonej przez siebie trajektorii. Teraz szukamy punktu przy mogile. Żeby się zorientować, czy w lewo, czy w prawo na drodze, która była właściwą, musiałem odbić ze 200 metrów w jedną stronę, by okazało się za chwilę, że to jednak w drugą 🙂 Jest mogiła, odhaczamy się na kolejnym punkcie. Zostają nam jeszcze 4, z czego ostatni na deser wg azymutu wyliczonego ze wskazówki.

Jest i kolejny, a następny ma wskazówkę: „małe rozlewisko”. Mając już do czynienia z jakimś bobrzańskim bagnem Anię przeszły ciary czytając opis do punktu 🙂

Faktycznie. Małe rozlewisko. Malutkie. Taki pikuś, to nawet nie jest rozlewisko w porównaniu z tamtym. To jakaś wysychająca leśna kałuża 😀

Kolejny punkt to strata jakichś 10-15 minut na szukanie, kluczenie po lesie i jazda między drzewami. Spotykamy grupę pieszą, która dołącza do nas na chwilę licząc, że jesteśmy bardziej mobilini. Proszę o kompas, nie mają, jedna z pań chciałaby zapalić, ale też nie ma fajek. No co za grupa niezorganizowana! Zero fajek, zero kompasu, ale kabanosy mieli 🙂 No i dobry humor 😉 Włóczymy się z nimi chwilę po lesie.

Puszczam się pierwszy już na nos, bo zrobiłem mały błąd rysując ślad na mapie, mianowicie przykryłem sobie markerem dom, którego nie zauważyłem na mapie. Dopiero Jogi pokazał u siebie na nierozdziewiczonej niczym mapie, że ten dom faktycznie istnieje na kartograficznej naszej przewodniczce 🙂 No to cyk linijka i mówię, że w tamtą stronę na południe 150 metrów 🙂 I faktycznie. Punkt przy zakręconym drzewie znaleziony. Z radości gwiżdżę i drę się na resztę, przybiegają i przyjeżdżają, jakby się paliło 🙂 Tu spotykamy też dobrych znajomych z orientacji Grześka, Kamila i Arka 🙂 Ale zapomniałem wspólnej foty, nadrobimy następnym razem 🙂

No dobra. Teraz niby najtrudniejsza część zabawy ze znalezieniem wyliczonego wcześniej punktu. Pasuje miejsce na mapie, że jakiś kamieniołom, więc lecimy. Ania cieszy się, że samymi asfaltami teraz już tylko 🙂 Dojeżdżamy do zjazdu z asfaltu, żeby faktycznie poprawnie znaleźć ostatni punkt, znajdujący się przy bunkrze. Mamy komplet! Wracamy na metę!

Ja chcę jechać przy ogrodzeniu lotniska, jednak Ania prosi, żebyśmy dołożyli trasy i jechali pewnymi asfaltami. No nie będę się upierał 🙂 Wysłuchałem prośby i spełniłem 🙂 W międzyczasie mijamy kolegów z teamu Sąsiedzi, którzy cisną na ostatni punkt przy bunkrze 🙂

Ania miała rację… dalibyśmy ciała próbując przejechać przy ogrodzeniu lotniska, bo na mapie akurat nie było dokładnie widać, czy ta droga jest za, czy przed siatką 🙂 Tu akurat mogliśmy lizać drogę przez siatkę 😀

Dobijamy do bazy. Jako dżentelmen otwieram drzwi i wpuszczam Anię przodem. Ania zajmuje 8, ja 9, a Jogi 10 miejsce w kategorii open. Nie jest źle, jak na takie opierdalactwo po drodze 🙂 Okazuje się dodatkowo, że Ania w kategorii kobiet na trasie 40km jest pierwsza! No i pięknie! 🙂 Czasem warto być dżentelmenem 😀
Impreza świetna, tereny również, aż się boję, co by było, jakby leżał śnieg 😀 Wracając już autem po ciemku widzieliśmy jeszcze dwóch śmiałków dążących na punkt wyznaczony ręcznie, którzy oświetlali sobie mapniki latarkami 🙂 Nie jesteśmy tacy słabi, jak sami o sobie twierdzimy! Dzięki i do następnego już w styczniu rajdu na orientację! 🙂

Menu

Facebook