Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
Sortowanie wg:
Widok:

Tag: jura

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2018/04/49-20180407_172929-960x540_c.jpg

Liszkor!


Grupa Rowerowy Wieluń podzieliła się ostatnio dość, dość. Mianowicie, jest nas około 40 osób i spośród tych mamy już kilku szosowców, większość jednak MTB, ale to też się dzieli na fulla i HT ostatnio 🙂 Za chwilę będzie komenda: idziesz na rower? A na jaki? Sraki! MTB, szosa, Trail, Enduro… no można się zesrać z wyboru 😉 Ale jest jeszcze jedna rzecz: jazda rowerem na orientację. Brzmi znajomo? 🙂 No to mamy kolejny rowerowy orienteering za sobą. Liszkor. Baza w Tenczynku. Tam jest jakiś browar. Wygramy go! 🙂 Na jazdę decydujemy się w dwie osoby: Daruś i Prezes. Zajeżdżamy na miejsce. Miejsca do parkowania brak, bo trzeba było wystartować jednak na 150 km, to wcześniej by się przyjechało i byłoby gdzie stanąć 😉 A tymczasem dzięki dogadaniu tematu z proboszczem z pobliskiego kościoła mamy spokojnie ogarnięty parking. Szykujemy fatałaszki i ciśniemy na bazę. Tam spotykamy naszych przyjaciół: Grzesia i Arka, z nowo wciągniętym kolegą w temat 🙂 Oni już nas nienawidzą 😉

Ogarniamy pakiety startowe, i czekamy na odprawę. Monika pokazuje, jak każda panna powinna mieć wymalowane pazury na orientację. Można się zakochać! 🙂

Trochę się nas TRoli zebrało 🙂 My to ci w kaskach 🙂

Czas ogarnąć pierwszy punkt! Mapa trochę rozjechana, jeśli chodzi o wypółnocnienie jej. Znaczy się skrzywiona lekko. Pod kątem północy. Ale szczerze sobie odpowiedzmy: kto nie jest skrzywiony, startując w tego typu imprezie? I lekko? He! 🙂 Atak na  PK10. W opisie: szczyt. Dwa słowa: duży plus za numery PK na nich samych i kolejny za linijkę na kartach do perforacji.

Jednak teraz trzeba „zminusować” imprezę 😉 Naprawdę fajnie jeździ się szutrami. Naprawdę! Szutry to ta czarna ciągła na mapie. Ta przerywana to w naszych głowach jednak jest dobrym, leśnym duktem. Jak widać, zaczyna się robić kupa. I to rzadka. Nie będziemy przeklinać na ten kawałek trasy, bo nieregularny las też nadaje się do jazdy 😀 Ale szczerze powiedziawszy mimo sprzętów i umiejętności to nie, ale nie nadawało się to podłoże do jazdy 😛 No chyba, że popieprzyliśmy teren 🙂

Jednak nie popieprzyliśmy terenu. PK7, czyli nasz drugi na trasie do ogarnięcia jest do ogarnięcia. Czasem spotkani na trasie kompani tej orienteeringowej niedoli coś tam wniosą do naszej rowerowej rozkminy. Szkoda, że nie wniosą nam rowerów na podejście, które mają do ogarnięcia. 

Idziemy/jedziemy za piechurami na kolejnego PeKa. PeKa9. Bagno na bagnie, koleina wodą stoi. Daruś ma już gnój w butach, u mnie nie lepiej. Ale ja mam trampki bez podeszw 😀 Ogarniamy wysoko postawiony PK, opisany jako szczyt. No to lecimy na Rudno.Tam jest PK61 i wolnostojąca sosna. A lekko NNW stoi piękne zamczysko. Albo Lidl. Nie wiadomo co.

My ogarniamy punkt czwarty, PK61, Wolnostojąca Sosna. Mamy kolegę biegacza, który naprawdę zapieprzał tak, że nie wiadomo, czy to nie on zostawił tu swojej karty i okularów, bo te gadżety tu znaleźliśmy 😀

Kolejnym PK jest 11, który ma opis lizawka. Znajduje się za autostradą, ale nią jedzie się spoko. Albo raczej zapierdala. Czego nie można powiedzieć o naszej dzisiejszej jeździe. Tempo mamy matki z dzieckiem w wózyku wprowadzającej ów wózyk po schódkach, byleby ten kiosek z gazetami był otwarty. Ta lizawka też mieliśmy nadzieję będzie tym słupem złamanym w środku łąk. Jednak linijka i warstwice szybko dały nam na ryje wiadro zimnej wody, którego dno krzyczało: wyżej! Wyżej!

Jak w jeździe na orientację nie ma desperacji, to nie ma orientacji. Poszukujemy jednak w dalszym ciągu PK11 – lizawki. Jest! Odlizaliśmy się i ruszyliśmy na Grojec.

Tam! Tam byliśmy jakieś 21 minut temu. Gdzie ten zamek. Pokonaliśmy właśnie cudny podjazd. Po tym tylko na wprost.  No ale niekoniecznie, bo wszyscy mieszkańcy w liczbie 2 i pół odwracali nas od tego pomysłu, żeby się komuś przez podwórko przebijać. No fakt. Podwórko pełne piesów można byłoby ogarnąć, ale nie wszyscy kochają psy 🙂

Jedziemy asfaltem zatem. Mamy dobry podjazd, prawie szczytujemy, ale słychać złowrogo wyprzedzającego nas pod górkę busa, w którym siedzi spasiony i nieskalany myśleniem pseudo-kierowca. Z naprzeciwka pod ten podjazd cisną szosowcy. Gdyby nie dojechanie prawie do osi jezdni, pewnie troll-ej-bus zmiótłby drużynę liszkora albo szosora z drogi. Ale idiotów nie sieją, sami się rodzą 🙂 Szukamy PK25. Już na starcie słyszeliśmy, że wcześniejsi, co wystartowali, mieli temat, że ktoś go zajumał. No my wbijamy w drogę mapy i faktycznie: kradzieje! Albo i nie. Dzwonek do orga i info, że PK stoi i ma się dobrze, a my mamy nie kłamać kobietom, że 10 cm to 20 cm 😀 Faktycznie. Linijka i licznik poszły w ruch, ale poszły też jebać się 22 minuty 🙂 Ale! Kolega sympatyczny z Krośnic też ogarniał tę trasę, więc stary, ale nie wymigasz się od profilowego 😉 

Razem gdzieś tam ogarniamy kolejny punkt. PK53. Początek jaru. No jest jakiś wąwóz. Ale że od razu jar? Whisky on the jar, to tak leciało 🙂 

Naszym przeznaczeniem dziś jest dwójka kolegów, którzy już będą nas prześladować do samej mety. Ale to plus, bo mamy dodatkową motywację, jak ktoś nam siedzi na ogonach 🙂 Przecież lepiej, jak ktoś siedzi z tyłu 😀 Lecimy na PK21: wykrot. Staramy się czytać mapę zgodnie z jej topografią, więc oni wracają do asfaltu dziurami, a my do tego asfaltu dojedziemy… hmmm asfaltem! 

Niby szybciej, ale jednak jak się później okazuje, chłopaki już wbijali przed nami w teren w stronę PK72 – Ruinę. Na chwilę pojechaliśmy z nimi. Ale tylko na chwilę

Okazuje się, że dołożyliśmy jakieś 500-700 m i i tak byliśmy parę sekund szybciej od nich 🙂 Magazynowanie sił na takich trasach to podstawa.

Kolejny punkt przestrzeliliśmy. Ale to wina tego. No tego no! No i nie ma na kogo zwalić 😛 Spotykamy biegaczy, orientujemy się na ich mapach, bo nasze przy rowerach za siedmioma górami, siedmioma lasami żyła sobie księż… wróć! No i oni jacyś zdezorienterenni, to im ogarnąłem ten punkt, bo samemu już nie chciało mi się kopać 🙂 Jednak liniał jest tu konieczny!

No dobra. Koniec pieprzenia. Lecimy na PK22. Ruina w opisie. Dwie takie mamy. To uczucie, kiedy pytasz tubylca: ej cześć, dzieńdo, szukamy kościoła. No to tam. Omatko. Wjazd jest gruby.Ale cały czas wznosimy się powyżej kościoła, a tam faktycznie ruiny. Nowoczesne. I są zamieszkałe! Nie wiadomo, co to za gatunek, ale bardzo symapatyczny i zaproszony na 6 maja na RJnO do Załęcza Małego 🙂

Zjechawszy pod kościół spotkaliwszy jeszcze ze trzech 🙂 Tu się nie prowadzi! Tu się wjeżdża! 🙂 A szczerze powiedziawszy, to pytanie za 100 punktów: dlaczego ci ludzie tak grzeszą, że muszą ogarniać takie przewyższenia? 😉

Kolejny na naszej trasie to PK46. Dużo ludzi. Chcieliby nam skłamać, ale wszyscy wiemy, że jest fajnie 🙂 Jeden kolega nawet podpowiada, gdzie się przebić przez A4. Bo on stamtąd właśnie atakuje punkt, na którym się zjechaliśmy.

My jednak nie jesteśmy normalni i nie słuchamy do końca, za to postanowione, że dziś łapiemy wszystkich na fotoradar 🙂 Jakby ktoś się tu odnalazł, to prosimy o przelew za za szybkie zdobywanie punktów 😛

Chcieliśmy przechytrzyć system, ale sami zostaliśmy zamknięci jak szczur w du..żą klatkę 🙂 Przepust pod autostradą zawiódł, trzeba wycofać wojska i ogarnąć się w końcu, bo zaczynamy kombinować 🙂

A4, siatka, droga. Ta… jasne! A4 droga! Bardzo! Na szczęście jeszcze żaden ciul nie wpadł na to, żeby zza siatki ogarniać taksę, więc jedziemy za darmoszkę. Kawałek poza mapę. Co prawda wiemy, że za mapą jest diabeł, ale znamy gościa, albo on zna nas 🙂 

Przepuściliśmy się przez autostradę i ciśniemy na jaskinię. Mijamy piechurów, którzy jaskinię zaliczyli. No oni mogli, my z Darusiem niekoniecznie, bo źle by to mogłoby być zrozumiane. My się tylko odhaczyliśmy 😉

Daruś wysłał swojego psa w poszukiwaniu jaskini, a sam udawał, że ogarnia. Stąd lepiej widać! No i wypatrzone. Na przestrzał przez Darusia i mamy to!

Po punkcie 82 czas na punkt 19. Ambona. Idź pan w chuj z taką drogą. Albo jej marną imitacją. Poharatane nogi przez wcześniej ogarniane jeżyny były już tak bardzo wrażliwe na jakikolwiek dotyk, wiatru, czy kupy małej muszki, że przeprawa przez ściernisko była okrutną katorgą. Ale szczerze: nogi ryczały, ryj się śmiał. 

Ambona. No, raczej, jest punkt 🙂 Bolesny, podjechany w bardzo trudnych warunkach, dlatego cieszy strasznie! Ale szkity parzą 🙁

I tu zaczyna się jazda od tego PK. Są dwie alternatywne trasy na PK17: Dół, drzewo na SW. Dół, dół. No krzyczą, gdzie ten dół niektórzy! Ale czasem dół jest na górce!  😛 Znalezione! Lecimy, albo chcemy na PK52 – problematyczny punkt w opisach niektórych spotkanych ludzi na trasie. Chwila przeprogramowania i już zmiana: najpierw jednak 6 i 4.
Spikamy się na wcześniejszym punkcie z drużyną pierścienia w liczbie dwóch i lecimy ogarnąć PK6: Skałka. Jeden z drużyny zaczyna sprowadzać, drugi zaczyna zjeżdżać, ale zaczyna też sprowadzać… się na drzewo. Mówi, że prywatnie górnik, widać, że w czasie wolnym też lubi czasem pokopać 😉  I to bez użycia rąk 😉 Pozdro Artur! 🙂

Kiedy Artura zatrzymaliśmy na pozowaniu do fotek po tym, jak jednak drzewo było wcześniej i zatrzymało go, to jego kompan ogarnął ten zjazd jako zejście 🙂 Wiemy, że po skosie szybciej, biegniem! 🙂

Znaczy nie wszyscy. Daruś pilnuje smoków. Nie wie jeszcze, że nie wracamy do drogi na kopalnię, tylko zjeżdżamy/sprowadzamy tam, gdzie kolega Artur przytulał przed chwilą – liche, bo liche – drzewko 🙂

Jak już poszła 6. czas na 4. Koniec nasypu. Jakkolwiek to brzmi. 

O i jest! Koniec nasypu! A był to dwa razy większy pagór, niż nasz jeden dobrze oznaczony z dwóch kurhanów na Przywozie 🙂

No i dalej uświadomiliśmy sobie, że PK15 będzie lepszym kąskiem na narożniku ogrodzenia, po drodze na ten nieszczęsny 52, który zdążyli nam obrzydzić koledzy górnicy 😉  Znaczy ten jeden ryjący, drugi jako sztygar 😉

Ale poszło dość łatwo, bo oprócz w miarę dobrej orientacji zjawiła się wataha, z którą ogarnęliśmy temat w parę minut. +100 od nas za  grę zespołową! 🙂

Mamy prawie komplet. Brakuje jednego punktu. Żeby było śmieszniej, ma nr PK1. Wbijamy. Jest dwóch gości, lecim za nimi. Ale nie można być lemingiem, jak nie jest się czegoś pewnym. Korekta mapy i wiadomo, że ogarniamy to indywidualnie. Aczkolwiek zielonym kaskiem dużo pomagamy dziś 🙂 Nie tylko owadom 🙂 Pamiątkowy słitsamojeb i lecimy na bazę!

O i jeszcze ta sadzawka. Tam gdzieś z tyłu jest punkcik. Oj jest, ostatni 🙂

Wbijamy na metę, za chwilę nasi przyjaciele. Aż dotąd. Po ogłoszeniu wyników już się z nami nie kumplują
😀 😀 😀

Czekając na ogłoszenie wyników zapraszamy bardzo na 5 (bieg na orientację) i 6 maja (rowerowa jazda na orientację) do Załęcza Małego! Ale 19 maja jeszcze wybieramy się na Spaloną, czyli Liczyrzepę! 🙂

Wręczone nam 3. miejsce jest dla nas ogromnym zaszczytem, bo szczerze, to liczyliśmy głośno na pierszą 20. a cicho na pierwszą 10. Daliśmy parę razy dupy, ale szczerze powiedziawszy ci za nami też chyba jakoś nie grzeszą w tym temacie 🙂

Uwielbiamy! I na Załęcze Małe na 5/6 maja zapraszamy!
Dziękujemy za fantastyczne spotkania na trasie!

Mariusz – gratki dla Ciebie i Młodzieńca!
Wojtek i Arek – za wciągnięcie tego młodzieniasa w temat!
Monika – za ogarnięcie imprezy na najwyższym poziomie
Pana na kuchni – za znowu cudną gorchówkę |

🙂

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2018/03/25-20180317_122840-960x540_c.jpg

Wiosenne Czarne KoRNO


Dziś będzie dość nudno, bo długo. Ale chyba warto 🙂 Już długo swędziało nas na tę imprezę, tym bardziej, że w Krośnicach na RjNO byliśmy zaproszeni na 17 marca przez organizatorów, czyli Basię i Grzesia Czarnych, więc tylko zacieraliśmy ręce i odliczaliśmy dni do imprezy. Zapisani byliśmy w czwórkę, ale pogoda tak się załamała, że dwóch dołączyło do stanu pogody i też się załamało. Przetrwały tylko najsilniejsze osobniki. Plan jest taki, że jedziemy w piątek, ogarniamy gdzieś nocleg niedaleko, a rano uderzamy na bazę i atakujemy.

Jeszcze tydzień temu w weekend 10-15 stopni i słoneczko, aż czuło się nadciagającą wiosnę, tak od piątku załamka, bo front niewiadomoskont, minus 5, zawieje śnieżne, obfite opady śniegu i wariant wyruszenia w piątek był jak najbardziej prawidłowy. Wyruszyliśmy z Wielunia o 17:30, na bazie byliśmy dokładnie 4 godziny później. Odebraliśmy pakiety startowe i zajechaliśmy na nocleg, gdzie śniliśmy o przepięknych mapach, z przewyższeniami tylko w jedną stronę.  Ale jak to zwykle bywa w życiu – to był tylko sen. Rano zderzymy się z brutalną rzeczywistością.

Jogi obiecał, że naszykuje dla nas śniadanie. No wywiązał się, nie można zarzucić. Dwie sałatki zrobił. Z Lisnera 😀 Uderzamy na bazę. Wprowadzamy nasze smoki na teren szkoły i odliczamy czas do rozdania map. Tutaj fajnie i ciepło, na dworze łeb chce z płucami wytargać. Zobaczymy, czy się uda 🙂 

Mapy rozdane i punktualnie o którejś tam z minutami po zakreśleniu najbardziej optymalnego, wietrznego, pagórkowatego, jak się potem okaże – ambitnego planu ruszyliśmy w nieznane.

Do głównej mapy dodana była jeszcze mała mapa z prostokątnego kadru o wdzięcznej nazwie LIDAR, której dzisiaj nie ruszamy. Mamy w końcu ambitny plan 🙂 Oprócz zwykłych punktów są punkty z zagadkami. Tu autorzy tras bardzo się postarali, bo zabawa była przednia. Dziś nie nastawialiśmy się na wygraną. Dziś nastawialiśmy się, żeby to przeżyć. Warunki w jakich nam przyszło się zmagać były naprawdę wymagające. Z każdym punktem co raz bardziej. Na pierwszy ogień poszedł jakiś tam punkt kontrolny z numerem 71. Znowu rogaining, czyli punkty mierzone punktami 🙂 Jogi pilnuje rowerów, puścił dzika w teren. Widać tam w oddali, jak punkt jest połykany.

Powrót do rowerów i lecimy na kolejny. Oj będzie dziś ciężko… oj będzie…

Już pierwszy porządny podjazd masakruje Jogiego. Musimy dzisiaj liczyć siły na zamiary, a nie ambicjonalnie podchodzić do tematu, bo wyjść z tego może jedynie wielka dupa.

No ale są takie miejsca, gdzie można poczuć fajny flow, zjeżdżając na dno wąwozu, w poszukiwaniu PK22.  Jogi woli jednak zachować swoją klawiaturę, bo dzisiaj żadnego dentysty ani protetyka w grupie z nami nie ma, choć miał być.

Jesteśmy na PK22. Okazuje się, że piechurzy i paru rowerowców atakuje to na podjeździe, kiedy my mamy to na zjeździe. Lecimy dalej, na PK33 między skałkami, jak sugeruje opis.

W międzyczasie oczywiście chlapiemy się przez strumyk kilkukrotnie, co jest powodem zamarzania przerzutek.

Jest PK33. Idzie na razie spoko, chociaż tempo jest w tych warunkach tragiczne. Pod nami często oblodzone, zamarznięte koleiny po jakichś quadach i innych dziadostwach. Miota nami jak szatan zakonnicą.

Kolejny punkt to punkt zagadka. Oznaczony z przodu iksem. Ten ma wartość 70 punktów, bo oznaczony jako X72. Z opisu punktu możemy przeczytać: Kapliczka – „całkiem serio i bez ściemy, a tacy będziemy okropni, że przeliczyć Wam każemy ile tu prowadzi stopni…” No i znowu Jogi przy rowerach, a ja dymam do góry…

Tu już ktoś punkt odhacza, ja naliczyłem zdecydowanie więcej stopni, niż ci, którzy poniżej na zdjęciu. Ale to wina moich krótkich nóżek i niektóre stopnie musiałem brać na dwa razy, więc stąd ten błąd w obliczeniach 🙂

Na zejściu skorygowałem już i wyszło 74, mimo, że dwa razy się pośliznąłem i opuściłem parę stopni 😀

Lecimy na PK o wartości 80. Tu tak popieprzyliśmy, że w sumie jednak nie, ale wydawać by się mogło, że jednak. Dużo błędnych tropów na śniegu, zero śladów rowerów, niebieski szlak pieszy i wniosek, że chyba jednak jesteśmy w czarnej dupie i nie ogarniemy tego punktu, jak za dłuższą chwilę przepychania naszych rowerów przez połamane drzewa ujrzeliśmy ją. Skałę, która zdawała dawać nadzieję, że to jednak tutaj… I tak! Mamy to! 😀 Widok przepiękny 🙂

No przepiękny to teraz, bez tej zamarzniętej gęby 🙂 Tam w dole jechaliśmy jakieś paręnaście minut temu 🙂 

A to jest ten punkt na szczycie. Pięknie porozmieszczane te punkty dzisiaj, ale zdecydowanie za dużo ich, w takich warunkach 🙂

Wracamy na ziemię. Plan zdobycia PK92, 52 i X73 zaległ w gruzach, albo raczej w zamarzniętych bruzdach przewianych tak przenikającym wiatrem, że skracamy trasę, rezygnując z tej ilości 🙁

Walimy do wsi Brzezinka, z której szukamy połączenia na Radwanowice, gdzie znajduje się punkt zagadka, czyli X61. Droga jest największą katastrofą, po jakiej mieliśmy okazję jechać. Zamarznięte koleiny, wiatr boczny robią z nas takie fujary, że padamy, jakby ktoś do nas strzelał. Jedynym słusznym wariantem przemierzenia tego gówna, w dodatku zamarzniętego gówna, to jechać środkiem. Chociaż tutaj też z tym różnie bywa…

Szkoda, że nie mam łyżewów w plecaku, bo szybciej bym to ogarnął. Kolano mnie na$@#$%@la do samego końca imprezy. I nawet jeszcze teraz, jak piszę tę relację. Ale na szczęście bark oszczędziłem 😀 

Jest i rzeczony X61, a w treści napisali: Pomnik – ” Błyskawice i czaszki zdobiły mundury, a po ich rękach niewinna krew spływa. Ile istnień postawili pod mury? Rozstrzeliwując wieś, co była szczęśliwa…”. Szukamy.  Proste. Na tablicy wisi, że 30. Świetny pomysł z tymi zagadkami. Naprawdę szacun dla Czarnych! 🙂

Teraz już trzymamy się planu. Ogarniamy trasę na PK84. Dojeżdżamy na granicę zakazanego terenu, a tu szlaban… mijamy szlaban, wyskakuje ochraniacz i krzyczy, że tędy nie wolno! Ale pokazujemy mapę, a on, że no po asfalcie nie wolno, ale tym chodniczkiem boczkiem boczkiem a dalej wzdłuż prawej strony ogrodzenia to ok, bo inaczej go wyleją 🙂 No jest kopalnia. Praca wre.

Jedziemy wzdłuż ogrodzenia wg wskazówek pana na bramkach. Co prawda punkt jest cały czas pod górę, ale skąd my to mamy wiedzieć. Aaa no przecież są warstwice 🙂 No dobra. 

Raz jedziemy, raz pchamy, ehh gdyby tu była tylko Basia albo Grzesiu… to Jogi już by tu kopał rękami dwie mogiły 🙂

Jesteśmy blisko punktu. Są piechurzy z psiakiem. Ogarniają jakimś romantycznym podejściem, gdy ja atakuję to na szagę. Moje ocieplacze na buty już dawno possuwały się z miejsc, w których być powinny, ale srebrna taśma jakoś to próbuje sklecić w całość. 

Jest punkt. Jogi, zjedz sobie, popij, puść dzika na punkt, popilnuj rowerów 🙂

Tutaj wykrzesałem trochę więcej charyzmy i ruszyłem w pogoń, w poszukiwaniu kolejnego punktu. Dojeżdżam do wsi Dębnik, Jogiego zostawiając daleko w tyle. Gdzieś między tymi domostwami przy ogrodzeniu spotykam sympatyczną babulinkę, która rzuca litościwie w moją stronę: „nie masz pan w taką pogodę do siebie litości…”. Odpowiadam: „no nie mam, ale do kolegi z tyłu nie mam jeszcze bardziej 🙂 Jest i Jogi. Opowiadam mu, co przed chwilą się zdarzyło i nawet się zaśmiał 🙂

Kolejny PK82 brzmi złowrogo: ściana kamieniołomu. Z ostatniej orientacji w Tarnowskich Górach, gdzie z Anią atakowałem punkt od S, a miało być od SW, też przy ścianie kamieniołomu, już bardziej skrupulatnie podszedłem do tematu. Okazało się, że nie taki straszny kamieniołom, jak go malują i wcale nie trzeba tam zjeżdżać rowerem, bo można na przykład na dupie, co też uczyniłem w paru miejscach, bo było oblodzone 🙂 Wypatrywaliśmy najpierw z góry punktu, który swą pomarańczowością wśród tej biało-szarej zawieruchy rzuci nam się w oczy. Jogi w końcu krzyknął: tam! Patrz na tę ruderę! Tam! Goń! Goń! No to pogoniłem 🙂

Przedziurkowawszy kolejne dziury w karcie ruszyliśmy na X81. Będzie zagadka. Ale najpierw wiatr dobrze nas przeleci 🙂 Jesteśmy na punkcie. Kapliczka: „Boża męka – kapliczki tej imię, wyniesionej wysoko pod chmury. Odczytaj jaka – i w lecie, i w zimie, najstarsza data zdobi marmury”. Dodałbym jeszcze od siebie: jeśli jeszcze ci łba na tym zadupiu nie urwało, jest szansa, że wyjdziesz z tego cało 😛

Tu wiało najbardziej z najbardziejowych miejsc, jak do tej pory. Miejsce przepięknie ponure, aż nas ciarki po naszych spoconych i zamarzniętych plecach przeszedły. Czy tam przeszły. Wszystko już nam jedno.

Czas wpisać datę na karteczkę i ogarnąć się troszeczkę. No i wrzucając: po pierwsze, aż mnie korci, żeby wierszem dalszą część relacji dziabnąć, lecz jednak zaczynam słabnąć, więc na punkt kolejny ruszam i rymy wiatrem zagłuszam 😉

Romantycznie się zrobiło, bo od wiatru wyciszyło się troszeczkę, no i jeszcze tę kładeczkę trzeba zdobyć, żeby spełniać swoje hobby 😉 Ejj Aramisy! Wierszem zarażacie! 😀 

Ten kolejny punkt zagadka to X52, a na karteczce wisi: Źródło – „Aspiracje masz do pudła? Ale czy historia Ciebie wspomni? Szkicuj prędko kształt więc źródła lecz o schodach nie zapomnij!!!”. No to narysowalim zgrabiałymi łapami to, co widać z góry 🙂 Pięęęękne miejsce.

Jakby mało zagadek było, to kolejna, niedaleko źródła o wielkim sercu. X40. Fontanna – „Na laurach nigdy nie siadaj, chcąc skończyć z dobrym wynikiem prędko mi więc odpowiadaj, kto jest źródła Strażnikiem”. No się okazało, że kruk. Tyle drapania tu pod górę, żeby się dowiedzieć, że to kruk za 40 punktów 😀

Ukochaliśmy sobie te zagadkowe PK. W międzyczasie odmroziłem sobie trochę stopy. Ale tylko trochę 🙂 Srebrna taśma naprawcza znowu w ruchu, ale tym razem była wada produkcyjna i brakło kleju na paru metrach. No masakra jakaś… więc zamiast podjazdu był podbieg, trzeba sobie jakoś łbem w takich chwilach dokręcać: dasz radę, dasz radę, dasz radę… Jest i punkt. X53 – Pomnik – „Mała osada, pośród leśnych zboczy, nawet czas tutaj niczego nie zmienia. Wyostrz teraz swe zmęczone oczy jaki Zwierz strzeże kamienia?”. No żaba. Miałem nadzieję, że pocałunek zamieni ją w księżniczkę, albo chociaż w księcia, ale była tak oziębła, że wolałem bez języczka, żeby tu nie przywrzeć. 

Kolejny PK od żaby to zaledwie 750m około. Czemu to kurwa na mapie wszystko tak płasko wygląda? 🙁 😛 Najpierw drapanie po oblodzonym asfalcie. Jakoś poszło. Potem już pod czaszką się gotuje od tego podjazdu, bo z przodu na 22 a z tyłu na 42 zębach i młynek okrutny, więc już na licznik nie patrzę. Widzę tylko jakieś ślady piechura więc pewnie to tu. Dojechałem do możliwie najdalszego miejsca, do którego dało się dojechać, rzuciłem smoka i biegnę po tych śladach, po jakichś trawach, chaszczach, złowrogich pnączach, próbujących zatrzymać mnie dla siebie i zakończyć tu właśnie mój marny żywot… ślady tego piechura wydawają się być obłędnym kołem bez pomysłu, więc wróciłem do roweru, spojrzałem na mapę, przekląłem siarczyście i wróciłem kawałek, by skręcić już tam, gdzie powinienem. Dlaczego gubi mnie znowu zaufanie do tropów dzikich ludzi bez pojęcia? 😛 Jest krzyż! To tam. Ale najpierw przepiękny widok kolejnej kopalni.

Jest i krzyż. Kolejna zagadka.

X60. Tabliczka – „Noc i dzień kamień kruszy, tak go skazał los mizerny, krzyż Mu pocieszeniem duszy, napisz jak jest stary głaz węgielny. Wszyscy przecierali tablicę główną, a po lewej jej stronie (a może i prawej – zależy z której patrzeć) jest wmurowane info. Tutaj też rozdziewiczenie PK, tylko że na rowerze. Bo piechurów było dwóch przede mną. 

Wracamy na asfalty. Dzisiaj nimi się teoretycznie najlepiej jedzie. Zjeżdżamy do Krzeszowic. A tam rozjazd. Wiemy, że mamy jechać na Frywałd, ale w prawo Tenczynek… i lokalny browar… ehh ci organizatorzy nie pomyśleli o ataku na taki punkt 😉 Z łezką w oku skręcamy na Frywałd i lecimy na… zagadka! No właśnie kolejna…

Droga oblodzona, jedziemy zachowawczo, bardzo nisko ziemi 🙂 Że jakbyśmy mieli pieprznąć, to z mniejszym impetem 🙂

O i jest zagadka. X74 – Budowla – „Ptaki, harty i jelenie. Przelicz rzeźby – INO sprawnie. Potem przez sumę LUB mnożenie ułóż równanie – byle poprawnie”. No to liczymy. Ośmiokąty razy cztery, a w sumie razy sześć, całka z jelenia plus cztery kaczki nabite na dzidy i tańczący Jogi. No to wyszło niezłe mięso 🙂

Wydaje się już ponad połowa trasy i większość punktów. Następny punkt to PK66 – szyby Krystyny. Szyby w oknach, czy w lesie? Raczej to drugie. A raczej trzecie, bo w czarnej dupie. Ale w sumie czarne korno, to wszystkiego można się spodziewać. Niewiele brakło i byłby dzisiaj pasztet z dzika, ale śnieg na górkach kopny i dziad spieprzył. Za to na dole grasował nieźwieź Jogi 🙂 A szyb, szybów nie ma. Tym bardziej Krystyny. Oooo tu się zakopaliśmy na dobre pół godziny bez dziesięciu minut. Krystyyyynaaa! Dzie jesteś?! 😐

Mała cofka w stronę cywilizowanej drogi i niechcianą wcześniej drogą podjęliśmy walkę, rzuciłem rower i pobiegłem w las. Jogi myślał, że na dwójkę i krzyczał za mną: weź rolkę! Rolkę? No papieru! Aaaaa niee! Ja do Krychy biegnę, bo już ją wyczułem 🙂 Pierwszy jestem! Ani śladu żywych istot przede mną! Nawet organizatorzy śladów nie zostawili 🙂 Rower gdzieś daleko, ale dobrze, że karteczki przy punktach posiadają numerację, bo to wiele ułatwia. Zaliczam, a raczej rozdziewiczam Krystynę. Jest duma. Zaraz za zmęczeniem 🙂

Jesteśmy już nieźle sprani. Mija 40. kilometr trasy. Szukamy jakiegoś PK21. Przestrzeliwujemy mapę. W dupę z nim, mało wartościowy. Mamy niecałą godzinę na bazę. Jest jeszcze do zgarnięcia wg planu PK80 i PK61.

Patrząc na mapę PK80 jest tak nadźgany dookoła gęsto posianymi warstwicami i jeszcze ta cyfra wysokości 378m robi swoje, że odpuszczamy… Ciśniemy na PK61 – bunkier. To nasz ostatni punkt dzisiaj.

Odnajdujemy bez problemu. Haczymy. Chwila oddechu.

Jogi jeszcze tylko małe zdjęcie z dużym bunkrem. Czuć zmęczenie i wycieńczenie organizmów. Kierunek baza.

Wieje. Strasznie. Jeszcze bardziej, niż wiało dotychczas. A tę resztę trasy mamy pod wiatr właśnie… no chyba nie zawracamy? 😉

Przejeżdżamy przez zakazaną krajówkę i lecimy na Brzezinkę. Wiedzieliście, że niektóre miejscowości chwalą się kolorem włosów sołtysa? 😀

Dojeżdżamy do tabliczki Kobylany. Mijamy eskimosa. Nie! To nie eskimos! To taki sam wariat jak my, tylko że pieszy 🙂 Zrezygnował z roweru na rzecz zdarcia obuwia, ale zna nas 🙂 Pozdrawiamy Cię! Kimkolwiek jesteś! 😀 Mówił, że w Tarnowskich się z nami już widział 🙂 Rodzina orienteringowa się powiększa 🙂

A my już zaledwie 2 km do mety. Piździ jak w kieleckim, a to przecież krakowskie 😉

Żyjemy! Osiągnęliśmy to, co prawie dziś założyliśmy. Może to wygląda słabo, ale słabo-ści właśnie zostały pokonane 🙂 Jesteśmy silniejsi i mądrzejsi o nowe doświadczenia, takie imprezy umacniają nas tylko w przekonaniu, że warto brać w nich udział, że to jest walka ze swoim umysłem przede wszystkim, a reszta… reszty nie trzeba 😉 Bo za dzisiejszą imprezę organizatorom należy się wysoki napiwek! 🙂 Dzięki Basia i Grzesiu!

No i za ten dyplom dzięki 🙂 Wiadomo, po co ja tam pojechałem 😀 😀 😀

I jeszcze krótki film z tego, jak to wszystko wyglądało 🙂

www.youtube.com/embed/UwEYSkZGBXM

Do kolejnej orientacji! 🙂

 

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/10/16-20171014_154824-960x540_c.jpg

Oramy Jurę!


 

Kolejna wyprawa za nami. Szybka decyzja, szybki wyjazd, szybki przejazd, szybko minęło… ale co zostało zobaczone, to wiadomo 🙂 Możemy się z Wami częścią tego podzielić 🙂 Nie jesteśmy aż takie chamy, więc to czynimy 🙂 Maciek wcześniej proponuje wypad na Szklarską, ale z racji małej ilości czasu do wykorzystania temat pada na Jurę. Prezes tydzień temu zrobił tam niezłą Jatkę. Do Złotego Potoku jest 100 km, więc ogarniemy trasę w półtorej godziny i pojeździmy około czterech. Brzmi optymistycznie.

Rozpakowujemy się na parkingu najstarszej w Europie pstrągarni, bo na powrocie zjemy tutaj pysznego pstrąga. Ruszamy teraz na objazd około 50 kilometrowej trasy. Na początek czerwony szlak, który prowadzi wzdłuż asfaltu na Żarki. Boska, wąska ścieżka, gdzie można nawet spotkać zgarbionego turystę z księżycem w pełni 😉

W sumie na dziś ze względu na jedyną kobietę w grupie nie orzemy aż tak ostro jeśli chodzi o podjazdy, ale momentami było co deptać. W każdym razie dzisiaj trasa była zaplanowana tak, żeby pokazać całą przekrojowość Jury.

Leśne ścieżki wyglądające podobnie jak u nas, ale klimat pojawiających się gdzieniegdzie wystających kamieni jurajskich w kolorach jesieni robiły tę diametralną różnicę. No i nie uwłaczając naszym terenom – w końcu jakaś odmiana 🙂

Były już leśne, jurajskie drogi. Czas na sztuczną perełkę Jury – Zalew Poraj. Przed chwilą wyszło słońce, które towarzyszyło nam przez dobrą godzinę, podkreślając barwy pięknej, złotej jesieni.

Nawet Daruś był tak podniecony krajobrazem, że postanowił zrobić sobie samojebkę ze swojego 25 calowego Garmina. Najnowszy model, tylko ręce trzeba szeroko trzymać 😉
Ruszamy wałem wzdłuż zbiornika, w stronę miejscowości, od której nazwy pochodzi zbiornik. Jesteśmy jedynymi rowerzystami na wale, reszta, która nas mija, jedzie dołem, dziurawą i pomalowaną w pińć światów asfaltową drogą, nie widząc zbiornika 🙂 Zero przyjemności 🙂
Wszyscy zgodnie skręcamy na punkt widokowy, gdzie będziemy mogli sobie zrobić groupie. Ach te młodzieżowe nazwy tego okresu 🙂 Selfie, groupie, matkobosko! Dobrze, że jest net, to jeszcze człowiek próbuje być na bieżąco 🙂
Jak widać po falach, coś tam wieje delikatnie, ale nie ma odczucia wiatru podczas kręcenia. A może dlatego, że wszyscy jadą z tyłu? To kto w takim razie jedzie z przodu? 😉

Lubimy jednak nasz polski język, więc czas na grupowego samojeba 🙂 Tylko Sowa jakiś taki apatyczny i przytulać się nie chciał 🙂 Prąd nad nami wysokich napięć, a on żadnej fazy nie złapał 😉 A taki niby wysoki, jak się zawsze chwali 😉
Wracając jednak do jesieni. Słońce póki świeciło, podkreślało jej walory. Pięknie jest. Ciepło, jak na tę porę roku, bo dwa lata temu już śmigaliśmy po śniegu w kominiarkach, a tu proszę: 15 stopni! 🙂 Zasługa toć podobno jakiegoś huraganu, co szaleje nad Wielką Brytanią. Ale my jesteśmy w Unii, to jesteśmy bezpieczni i pogoda w gratisie 🙂
No to chwila milczenia i parę jesiennych rowerowo-leśnych widoków:

Jakąś chwilę wcześniej słońce na dobre już dziś skończyło swoją pracę, więc znowu przemierzaliśmy tereny Jury w pochmurnych klimatach, na szczęście tylko na niebie, bo u nas pełne słońce na sercu 🙂 Tak jak wcześniej zostało wspomniane: dziś liźniemy sobie przekrojowość Jury, zatem były leśne drogi z wapieniami, był zbiornik na Warcie, czas na rezerwat. Na naszej drodze jest objazd granicami Rezerwatu Sokole Góry, by podjechać pod Olsztyn. Nie wbijamy celowo w środek Rezerwatu, bo dzisiaj tylko objazdówka, ale tu się trzeba będzie przyszykować specjalnie z kolegami z Częstochowy 🙂 Maciek, Rafał! Ogarnijcie trasę i jesteśmy za jakiś miesiąc 🙂
Przy górze Pielgrzym spotkaliśmy rowerzystę z Częstochowy. Naszej grupy nie kojarzył, ale wspomniany wyżej Rafał, nasz rowerowy, zakręcony właściciel sklepu, to również jego sprzedawca 🙂 Wspólna fota i za chwilę lecimy dalej, na Olsztyn. Za nami ze dwie, trzy jaskinie, ale zostawiamy sobie to na następny raz, gdzie wyjazd będzie typowo ukierunkowany na ten rezerwat 🙂

Tu w rezerwacie dzieją się dziwne rzeczy. Dzisiaj spotkaliśmy na przykład dwa nagie… miecze 🙂 W akcji 🙂
Pięknymi, leśnymi klimatami kierujemy się na Górę Biakło. Czemu nie Białko, nie wiadomo, bo byłaby łatwiejsza do zapamiętania, ale nazwy własne rządzą się własnymi prawami, w końcu są własne 😉 Maciek tak główkował ten temat, że nie zauważył drzewa i złamał kaskiem. Ale wszystkim udało się przejechać 😉
Góra Białkłkłło. Od dupy strony. Wjazd niebieskim szlakiem pieszym, więc nie wolno jechać, tylko prowadzić 😉 Tylko Maciek wsiadł do zdjęcia udając, że jedzie. Wszyscy Cię znają Maciek 😉 Terenu nie oszukasz 😉
Daruś zażyczył sobie zdjęcie na skale, bo stwierdził, że jeszcze może sobie poskakać. Czwarte zdjęcie z wciągniętym brzuchem było jedynym godnym do zamieszczenia 😉

A tu już wszyscy trzej z naszej piątki, którzy podjechali od drugiej strony cieszą się podjazdem 80% nachylenia machając z zadowoleniem do fotoamatora Sowy. No prawie wszyscy, bo Daruś jeżdżąc na mapach Wehrmachtu chyba inny gest pokazał z przyzwyczajenia 😉 Jeszcze krzyczał po niemiecku: Wunderbar! 😉

Na górze Bajkał, czy jakoś tak każdy szukał chwili odpoczynku. Monia sobie usiadła łapiąc wilka, a Sowa gonił Maćka, łapiąc go w obiektyw.
Taki Olsztyński Giewont. Piękny ostaniec, których tutaj jest parę w okolicy Olsztyna i warto sobie tutaj dla samych podjazdów, widoków i zjazdów tylko dla nich przyjechać.

Zjeżdżamy z Biakła i lecimy już na Zrębice, gdzie znajduje się ciekawostka historyczna.

Biakło zostawiamy w tle, a przed nami kawałek zamku w Olsztynie.

Do zamku dzisiaj nie dotrzemy, bo czas mamy tak wyliczony, żeby w miarę o widoku zajechać na metę.
Cały czas jedziemy granicą Rezerwatu Sokole Góry. No aż kusi zapuścić się w ten rejon, ale czas, czas, czas… 🙁 Następnym razem! 🙂
Jeśli ktoś ma ochotę się zatrzymać, to niech zrobi to teraz, bo za chwilę całkowity zakaz 🙂 Jak się można domyślać zakaz jest tu tylko po to, jakby w razie czego zerwały się przewody wysokiego, to żeby nikt nie złapał fazy 🙂 Bo prąd drogi 🙂 A co do drogi właśnie, to dojeżdżamy do Zrębic, gdzie jest zabytkowy kościół św. Idziego.
Ale przed samym kościołem jest jeszcze kapliczka św. Idziego. Między wsią Zrębice a rezerwatem przyrody Sokole Góry stoi w polach kaplica zbudowana z kamienia wapiennego. Ta solidna budowla w kształcie rotundy powstała w miejscu dawnej drewnianej kaplicy wystawionej w połowie XVII w. przez ks. Bartłomieja Madalińskiego w podzięce św. Idziemu. Miejscowa legenda głosi, że bardzo dawno temu w okolicy panowało morowe powietrze. Ludzie umierali masowo, a żyjący opuszczali domostwa i szli koczować do lasu. Gdy tam błagali o Boskie Zmiłowanie, to na pobliskiej skale objawił się im św. Idzi i udzielił porad, jak żyć, aby zaraza ustąpiła. Wskazał też leśne źródełko i zalecił picie z niego wody oraz odprawianie pokuty. Po ustąpieniu zarazy na pamiątkę św. Idziemu wzniesiono kaplicę – piszą na portalu Polska Niezwykła. Morowe powietrze 😀 Morowo, chyżo, ogacać 😉 Przypomina się skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju z Bożydarem, jak szedł na lachony 😉
Faktycznie kapliczka już z drogi robiła wrażenie i warto było podjechać. Mamy dość dobry czas, więc mogliśmy odbić od drogi. Okazało się jednak, że dalej, za kapliczką jest również to źródełko, więc postanowiliśmy spróbować leczniczej wody.

Oprócz studni nie było tam źródełka, a jak się okazało, to studnia była źródełkiem. Pierwszy leczyć się zaczął Maciej. Pije piąte wiadro i nic. Prezes w międzyczasie też się napił i zniknęła mu himorojda. Maciek dopadł zatem wiadro ponownie.

Za chwilę już wszyscy chcieli skosztować wody ze źródła. Po wypiciu też poznikały różne rzeczy w reszcie grupy: Doktorkowi zniknął portfel, a Maćkowi okulary 😉

Wracając jednak na ziemię mamy do zahaczenia zabytkowy kościół w Zrębicach, który polecił nam kolega Maciek z Częstochowy, jako punkt do zdobycia na dziś. Okazuje się, że kościół ten podobno był zbudowany bez użycia żadnego gwoździa. Jednak Sowa wyciągając cztery ze ściany frontowej zdementował te pogłoski 😉
Myślicie, że palimy jakieś zioło podczas jazdy, albo przy pisaniu relacji? Nam też się tak wydaje, ale chyba wszyscy coś palimy, razem z wami, bo wszyscy widzimy wigwamy, prawda? 😀 Szukaliśmy, czy trafi się jakaś squaw, pytamy miejscowych, ale mówią, że wsysko skło oddali do skupu 😉
Jeden z wielu dzisiaj dylematów. W prawo? Czy w lewo? Bo giepees czasami po prostu miał dzisiaj wolne 🙂

Wybierając wariant w lewo takiego widoku nie zobaczylibyśmy, jedynie krowy na górce obok indiańskiej wioski, marnie udające bizony. No ale jaka wioska, takie bizony 😉 A tu proszę: kolejny widok, na widok którego (he he ten polski język) musimy się zatrzymać i uwiecznić widok 😉
A tu już wcięli się w kadr i zepsuli ujęcie. Ale krzyczeli: rób rób! Będzie dynamiczne! 😉
W nogach mamy lajtowe ponad 40 kilometrów, końcówka trasy prowadzi do Złotego Potoku Klonową Aleją, która została posadzona w XIX w. z inicjatywy generała hrabiego Wincentego Krasińskiego. Była to główna droga prowadząca z pałacu Krasińskich/ Raczyńskich do Częstochowy. Do tego pałacu właśnie zmierzamy.
I jest. Piękny, choć podniszczony, ale oddany renowacji pałac w pięknym, malowniczym otoczeniu starego parku, stawu i nas 🙂

Zrobiliśmy zdjęcie pałacowi, to on sam postanowił zrobić zdjęcie nam 🙂 Słaby jest w fotografowaniu, ale w sumie to tylko pałac 😉

To jeszcze przejazd przez stary park, który wspomniany był wcześniej. Prezes będąc tutaj kiedyś ze dwa razy pamiętał, że od strony południowej jest jakaś brama. Loteria tylko, czy otwarta.

Jedziemy. Faktycznie jest, obok jest ciasne przejście, niczym furta klasztorna. Ale przejechać się da i szybko wracamy na ulicę.

Na ulicę… hmmm… droga do pstrągarni chyba wywieziona gdzieś, bo przejazdu zero. Znaczy dla aut, bo my sobie poradzimy 🙂
Przed samą pstrągarnią skręcamy jeszcze w lasy, żeby zaliczyć kolejny punkt zaproponowany przez częstochowskiego Pułkownika, którym jest Brama Twardowskiego. Dziś takie widoki nie robiły na nas wrażenia, zmiana przełożenia i ogarniamy temat 🙂
Takie widoki już nie były dzisiaj częste, ale przełożenie nawet się kiedyś kończy, jak się rower po opony zakopuje w piasku. Dziwne, bo to szlak rowerowy. Chyba dla fatbajków 😀

Świetny, złoto-zielony podział na lewo i prawo od drogi. Zjeżdżając z mocnej górki często nie widzi się takich niuansów, ale dopiero przy oglądaniu poczynionych chwil, zatrzymanych w kadrze można takie perełki dostrzec 🙂 Niby często zdjęcia nie oddają klimatu, ale tu było na odwrót 🙂 Nikt nie zdążył zanotować obrazu po bokach, tylko każdy patrzył, żeby nie wydymić 🙂

No może nie każdy. Taki Maciej na przykład. Chciał dorównać prezesowi na mocnym podjeździe i nie wiadomo, co się stało, bo różne są relacje: że niby prezes się chamsko zatrzymał zaraz za zwalonym drzewem blokując kolegę, że Sowie zadzwonił telefon rozpraszając Maćka, że to Sowa swoimi długimi łapskami rzucał kłody pod koła 😉 W każdym razie Jura Maćka położyła 😉
A za parę chwil ostatni nasz punkt w dzisiejszym harmonogramie imprezy: Brama Twardowskiego.

Faktycznie punkt godny odwiedzenia, na tablicy informacyjnej zobaczyliśmy fotki i możemy przyznać, że warto tu przyjechać o każdej porze roku. Miejsce to, jest  charakterystycznym i potężnym ostańcem z otworem przypominającym bramę. Ostaniec ten, a raczej jego tajemniczy otwór związany jest wg legendy ze słynnym czarodziejem krakowskim – Panem Twardowskim, który niegdyś uciekał tędy na kogucie przed diabłem. Na kogucie 😀 Kiedyś to były koguty… 😉 Się cała rodzina mogła wyżywić przez miesiąc z takiego 😉
A co do żarcia właśnie, to za chwilę dojechaliśmy do punktu startu i skierowaliśmy się od razu do smażalni. Nie pytajcie, ile kosztuje porcja takiego pstrąga, ale jest tak pyszny, że musieliśmy zjeść wszystko! 🙂 Warto było! Aha, płatność tylko gotówką. Dużą ilością! Na paliwo brakło… 😉

Wyjazdy tego typu będziemy teraz ogarniać częściej, dlatego wszystkich chętnych i czujących się na siłach prosimy o zgłaszanie się, raz w miesiącu gdzieś sobie skoczymy! 🙂

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/08/14-20170806_115726-960x540_c.jpg

Dwieście metrów do cementowni


Po pięknym, wczorajszym wyjeżdżeniu na  Bukową Górę, dziś przyszedł czas na klimaty pod cementownią Warta. Godzina startu dla niektórych poza zasięgiem, bo 9, ale patrząc na naszych południowych sąsiadów Włochów, którzy startują o 8, to naprawdę jesteśmy śpiochami. Ci, którym udało się dzisiaj wstać i dojechać byli bardzo szczęśliwi 🙂 Jedziemy. Widoradz, Olewin, Wierzchlas, Piechów, lasy pod Drobnice, Krzeczów, wjeżdżamy na stację benzynową, Koniu rzuca, czy tankujemy, a tam zaczyna się podróż w nieznane 🙂 Bo tej drogi nie znamy, więc rozdziewiczamy 🙂

Menu

Facebook