Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
Sortowanie wg:
Widok:

Opublikowane przez Rowerowy Wieluń

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/12/23-20171216_134001-960x540_c.jpg

Zimowe KORNO w Zendku, czyli jazda na orientację


Ostatnia w tym roku impreza w rowerowej jeździe na orientację za nami! Jest parę osób u nas w grupie, które naprawdę wkręciły się w ten temat na maksa 🙂 Między innymi ja, czyli prezes i Jogi, którzy dziś postanowiliśmy uderzyć na zimowe KORNO w Zendku. Jest jeszcze Sowa, Daruś i Renklod, ale oni niestety nie mogli, to niech sobie chociaż poczytają 🙂 Zapakowaliśmy się z Jogim i skoro świt, bo o 8 ruszyliśmy na tereny niedaleko lotniska w Pyrzowicach. Nawigacja google jest prześwietna, już kolejny raz uważa leśną pożarówkę jako dobrą asfaltówkę 🙂 Jakieś 5 km jazdy po krajobrazie księżycowym. Coś nam się zdaje, że tutaj się będziemy za chwilę orientować i wcale się nie mylimy 😉

Zajeżdżamy na miejsce przed 10, do startu ponad godzina, więc ogarniamy pakiety startowe i takie tam. Kręcimy się przed szkołą, w której ma miejsce baza, bo w środku za gorąco. Za chwilę przychodzi sympatyczne dziewczę i pyta o śrubokręt, bo chciała odkręcić dzwonek 😉 No wyskoczyłem ze śrubokręta, a przy oddawaniu zamieniliśmy parę zdań. Okazało się, że znamy się już z Anią przynajmniej z dwóch orientów, ale razem byliśmy w sumie na trzech 🙂 Dziś co prawda bez drugiej połówki, z powodu kontuzji. Ale pozdrawiamy w tym miejscu serdecznie i widzimy się w przyszłym roku na wielu orienteeringach mam nadzieję 🙂 W każdym razie Ania spytała, czy może do nas dołączyć z racji niechęci do jazdy w samotności. Rzut okiem na mapę, albo raczej trzema parami oczu i ustalamy, jak ogarniamy punkty. Z rajdu na rajd przybywa nam skilla, więc wytyczanie najkrótszej i optymalnej trasy idzie naprawdę nieźle. Zatem z bazy zaliczamy 17, który mieści się gdzieś w polach, przy schronie. Dalej 15, 28, 27, 4, 12, 23, 6, 24, 5, 7, 16, 8, 19 i tajemniczą jedynkę, którą trzeba wytyczyć wg wskazówki w prawym górnym rogu mapy. Będzie ciekawie! 🙂 Ruszamy! 🙂
Pierwszy punkt idzie jak po maśle. Dziś nie nastawiamy się na ostrą walkę, jedziemy sobie rekreacyjnie, bawimy się. Ania mówi, że jakby nas spowalniała, to mamy ją zostawić i się nie przejmować 🙂 No way! Prędzej Jogiego 😉 Nie nie… Jogiemu obiecałem, że będę go dziś pilnował. Lecimy na kolejny punkt.

Jogiego prosiłem o ładną fotę z Anią, ale on zestresowany, ręce się trzęsły, uciął nam stopy, a ja wciągnąłem brzuch, ale za to pomarszczyły mi się spodnie na kolanach 😉 Tylko Ania jakaś taka niewzruszona 🙂

Zagęszczenie punktów na tym fragmencie mapy jest bardzo duże, więc nie ukręcamy się zbytnio i mamy kolejny punkt. Przewijają się co chwila po trasie piechurzy, biegacze i rowerzyści. Pozdrawiamy się za każdym razem, bo to tworzy naprawdę świetną atmosferę.

Każdy punkt na mapie ma swój mały opis-podpowiedź, w jakim miejscu znajduje się dany punkt. Tu na przykład mamy dotrzeć do drzewa na skraju lasu. A ścieżka jest tak klimatyczna, pośród pięknych, strzelistych i dzikich świerków, że robi się naprawdę nastrój jak w Bieszczadach.

Jest i drzewo na skraju lasu. Mapa jest w skali 1:50000, więc 1 cm na mapie odpowiada 500 metrom w rzeczywistości. Tutaj wielki ukłon w stronę organizatorów za karteczkę do perforowania punktów, na której umieścili podziałkę w centymetrach. Bardzo ułatwiało to życie 🙂 Ania oprócz trzeciego, a raczej drugiego nawigatora miała jeszcze funkcję odległościowca, bo przeliczałem odległości, a ona podawała nam z licznika, że to już chyba tutaj, bo dobijamy do końca odcinka 🙂

Śniegu nie było, ale też było zajebiście 🙂 Żeby się dostać do niektórych punktów, trzeba było na przykład przeskakiwać strumyki 🙂 Ania robiła to z wielką gracją, Jogi z trochę mniejszą, ale ksywa zobowiązuje, żeby nie skakał jak sarenka 😉

No dobra. Mamy już 6 punktów, to połowa dzisiejszej zabawy. Przy siódmym spotykamy kolejnych wariatów orienteeringowych 🙂 A raczej wariatki 🙂 Lecimy dalej, na punkt, gdzie w opisie stoi, że znajduje się on przy zwyżce 🙂 Cokolwiek to znaczy 🙂

Ja już pewne doświadczenie w orienteeringach mam i wiem, że organizatorzy potrafią zaskakiwać, więc tym razem nie zawiedli 🙂 Tak by się mogło wydawać 🙂 Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że ta ambona myśliwska to taka zwyżka dla zmyły i faktycznie! Jest punkt za tą lada chwila chcącą przewrócić się już konstrukcją. Okazuje się, że faktycznie to coś nosi nazwę zwyżki myśliwskiej 🙂

Śniegu nie ma, ale też jest wiadomo jak 🙂 Co chwila jakieś przeszkody 🙂 Aż miło patrzeć, jak się zmagamy z naturalnymi pułapkami 🙂

W międzyczasie pokonywania odległości od zwyżki do granicy kultur natrafiamy na sympatyczną parkę. Koledze pękła guma 😀 Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że oni już są wprawieni w łapaniu gum, więc stwierdzam, że raczej nie przyjechali się tu orientować, tylko pękać gumy 🙂

Jest granica kultur. Jest i punkt. Nawet dla mnie z racji braku słusznego wzrostu było za nisko i musiałem go ogarniać na  klęczkach 🙂 Sznurek perforatora się skurczył z zimna chyba 🙂

W punkcie na granicy kultur spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy też udawali się na ten sam, kolejny punkt. Zaprosiliśmy do wspólnego kręcenia i jedziemy już w większym składzie. Okazuje się, że przejechaliśmy drogę, w którą powinniśmy skręcić, ale faktycznie nie było tej drogi. Była jednak, ale tak niewidoczna, że najpierw trzeba było przeprowadzić sprzęty przez rów. No to teraz byle do asfaltu i potem polecimy na miejscowość, której organizatorzy zmienili nazwę na Pękniętą Szprychę 🙂

Okazuje się jednak, że nasi nowi kompani szybko zrezygnowali z jazdy, a raczej prowadzenia rowerów z nami, bo droga, która na mapie była zakreślona długimi, przerywanymi liniami okazała się nie do końca być drogą do jazdy 🙂 Ale my daliśmy radę.

Niestety nie dotarliśmy w linii prostej do asfaltu tylko musieliśmy odbić na razie równoległą do niego drogą, po której już się jechać dało, ale cały czas byliśmy w grze, bo wiedziałem, że nie tracimy absolutnie nic. Oprócz czasu 🙂 Ale dziś ma być zabawa! I tak nie nadkładamy drogi, tylko jedziemy po prostu alternatywą. A widzieć po raz drugi przeskakującą Anię przez strumyk jest bezcenne, więc tym bardziej cieszyłem się, że taka droga nam się trafiła 🙂

Już widać po naszej prawej gdzieś za łąką zabudowania, co utwierdza mnie w przekonaniu, że to był słuszny wybór, bo czasem dołożenie 2 kilometrów utwardzoną drogą wcale nie musi być szybszym dotarciem do celu, o czym przekonałem się na tabeli wyników 🙂

Kończymy tę nierówną walkę z bezdrożami na chwilę, by zaskoczyć jakąś przypadkowo spotkaną gospodynię z Pękniętej Szprychy, która na nasz widok krzyknęła:  „olaboga! Skąd wy się tu po takich bezdrożach znaleźliście?” No jak bezdroża, jak na mapie ślad jest i ten mostek nawet 😀

Podbijamy się przy następnym punkcie, który znajduje się na drzewie przy skarpie. Wszystkie punkty dziś wg zapewnień organizatora muszą znajdować się na drzewach i faktycznie tak jest 🙂

No i zaczyna się prawdziwa orientacja 🙂 Żeby dotrzeć z oznakowanego punktu nr 5 na punkt nr 7, musimy pokonać ciek o nazwie Trzonia. Na mapie jest mostek. Ania się upiera, żeby nadłożyć kilometrów i objechać ten możliwe że trudny teren dość dobrymi szutrówkami. Aniu! Zaufaj! 🙂 Dołożymy 2,5 km i to jest dużo. Tniemy przez strumyk. Jest tam mostek. W sumie to trafiliśmy na dwa strumyki, z czego jeden przeskoczyliśmy. Drugi strumyk natomiast nie trafił w mostek, pod którym miał przepłynąć 🙂 A to dlatego, że koledzy bob-ry budowniczy postanowiły pokrzyżować plany nam i reszcie i zbudowały zajebistą tamę, która spowodowała wylanie się strumyka na łąkę. W pewnym momencie zgłupiałem, czy jesteśmy na dobrym śladzie, ale znalazłem dreny, po których przeprawiliśmy się przez strumyk, który płynął wszędzie, tylko nie w tych drenach 🙂 Czeka nas teraz niezły taniec 🙂

Ja jako poczuwający się do odpowiedzialności za Anię i Jogiego musiałem jakoś temat ogarnąć, więc nie patrzyłem na to, że łąka sobie wodą stoi, tylko w większości normalnie, a gdzie głębiej to na wahadełko i jakoś dojechałem do miejsca, gdzie było sucho. Szukałem alternatywy objazdu tego najmokrzejszego odcinka i w sumie znalazłem. Okazało się, że ziemia jest na tyle zmarznięta, iż można skakać po twardych kępach trawy 🙂 Czuliśmy się trochę jak w grze Super Mario, bo stając chwilę na kępie, ona zapadała się w wodę i trzeba było w miarę refleksu, żeby nie zmoczyć butów, co jednak nie dokońca się udało 🙂 Jogi szedł pierwszy i chciał pomóc Ani wyznaczając ślad, ale większość kępek pozatapiał 😀

Ja znalazłem dalszą część drogi, która zaczynała się rozlewiskiem, ale dalej już się dało jechać. Poczułem się trochę nie w porządku wobec lekko zatopionych mych towarzyszy orienteeringowej niedoli, że też wpadłem trochę specjalnie po kostki, bo szedłem na żywioł próbując przejechać przez mały rów, który okazał się jednak większym rowem 🙂 Powiem Wam jedno: chodzenie po bagnach wciąga! 🙂

Jesteśmy cały czas na wyznaczonej przez siebie trajektorii. Teraz szukamy punktu przy mogile. Żeby się zorientować, czy w lewo, czy w prawo na drodze, która była właściwą, musiałem odbić ze 200 metrów w jedną stronę, by okazało się za chwilę, że to jednak w drugą 🙂 Jest mogiła, odhaczamy się na kolejnym punkcie. Zostają nam jeszcze 4, z czego ostatni na deser wg azymutu wyliczonego ze wskazówki.

Jest i kolejny, a następny ma wskazówkę: „małe rozlewisko”. Mając już do czynienia z jakimś bobrzańskim bagnem Anię przeszły ciary czytając opis do punktu 🙂

Faktycznie. Małe rozlewisko. Malutkie. Taki pikuś, to nawet nie jest rozlewisko w porównaniu z tamtym. To jakaś wysychająca leśna kałuża 😀

Kolejny punkt to strata jakichś 10-15 minut na szukanie, kluczenie po lesie i jazda między drzewami. Spotykamy grupę pieszą, która dołącza do nas na chwilę licząc, że jesteśmy bardziej mobilini. Proszę o kompas, nie mają, jedna z pań chciałaby zapalić, ale też nie ma fajek. No co za grupa niezorganizowana! Zero fajek, zero kompasu, ale kabanosy mieli 🙂 No i dobry humor 😉 Włóczymy się z nimi chwilę po lesie.

Puszczam się pierwszy już na nos, bo zrobiłem mały błąd rysując ślad na mapie, mianowicie przykryłem sobie markerem dom, którego nie zauważyłem na mapie. Dopiero Jogi pokazał u siebie na nierozdziewiczonej niczym mapie, że ten dom faktycznie istnieje na kartograficznej naszej przewodniczce 🙂 No to cyk linijka i mówię, że w tamtą stronę na południe 150 metrów 🙂 I faktycznie. Punkt przy zakręconym drzewie znaleziony. Z radości gwiżdżę i drę się na resztę, przybiegają i przyjeżdżają, jakby się paliło 🙂 Tu spotykamy też dobrych znajomych z orientacji Grześka, Kamila i Arka 🙂 Ale zapomniałem wspólnej foty, nadrobimy następnym razem 🙂

No dobra. Teraz niby najtrudniejsza część zabawy ze znalezieniem wyliczonego wcześniej punktu. Pasuje miejsce na mapie, że jakiś kamieniołom, więc lecimy. Ania cieszy się, że samymi asfaltami teraz już tylko 🙂 Dojeżdżamy do zjazdu z asfaltu, żeby faktycznie poprawnie znaleźć ostatni punkt, znajdujący się przy bunkrze. Mamy komplet! Wracamy na metę!

Ja chcę jechać przy ogrodzeniu lotniska, jednak Ania prosi, żebyśmy dołożyli trasy i jechali pewnymi asfaltami. No nie będę się upierał 🙂 Wysłuchałem prośby i spełniłem 🙂 W międzyczasie mijamy kolegów z teamu Sąsiedzi, którzy cisną na ostatni punkt przy bunkrze 🙂

Ania miała rację… dalibyśmy ciała próbując przejechać przy ogrodzeniu lotniska, bo na mapie akurat nie było dokładnie widać, czy ta droga jest za, czy przed siatką 🙂 Tu akurat mogliśmy lizać drogę przez siatkę 😀

Dobijamy do bazy. Jako dżentelmen otwieram drzwi i wpuszczam Anię przodem. Ania zajmuje 8, ja 9, a Jogi 10 miejsce w kategorii open. Nie jest źle, jak na takie opierdalactwo po drodze 🙂 Okazuje się dodatkowo, że Ania w kategorii kobiet na trasie 40km jest pierwsza! No i pięknie! 🙂 Czasem warto być dżentelmenem 😀
Impreza świetna, tereny również, aż się boję, co by było, jakby leżał śnieg 😀 Wracając już autem po ciemku widzieliśmy jeszcze dwóch śmiałków dążących na punkt wyznaczony ręcznie, którzy oświetlali sobie mapniki latarkami 🙂 Nie jesteśmy tacy słabi, jak sami o sobie twierdzimy! Dzięki i do następnego już w styczniu rajdu na orientację! 🙂

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/12/11-20171210_103902-960x540_c.jpg

Zalew Sulejowski w rewersie


Jako, że Zalew Sulejowski niektórzy z nas objeżdżają dziś po raz czwarty, a niektórzy nie byli tu w ogóle, to żeby wszystkim było miło i przyjemnie, a trasa zróżnicowana, jedziemy dziś w przeciwną stronę, niż jeździliśmy do tej pory. Miejsce startu co prawda to samo, ale odwrócona trasa dla stałych bywalców jest zupełnie nowym doznaniem. Rozpakowujemy sprzęty i ruszamy na wał.

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/11/06-20171105_105559-960x540_c.jpg

Srebrna Góra Enduro Trails, czyli Polak potrafi


Po kilkukrotnym odwiedzeniu Rychlebskich Ścieżek i Lipowskich na samym początku istnienia grupy, czas na coś innego, po naszej stronie granicy. Rośnie spory fejm na temat Srebrnej Góry, która podobno kończy właśnie dopiero drugi sezon. W sumie w ośmiu na dwa, a ostatecznie w dziewięciu na trzy auta jedziemy zobaczyć, co się tam kryje. Znaczy się Irek i Alex byli tam już parę razy, a ostatnio zabrali Macieja, więc mamy tutaj ogarniętych przewodników. Na początku Irki i Alexy proponują nam wjazd na oślą łączkę i poćwiczenie na rozgrzewkę i zrozumienie pewnych kwestii, czyli stałych fragmentów gry, spotkanych na zjazdach. Alex doskonale tłumaczył przy pomocy taty, jak należy się zachowywać i jakie pozycje przyjmować na zjazdach, Maciej pokazał, jak nie należy pokonywać hopki 😉

http://rowerowywielun.pl/wp-content/uploads/2017/11/07-20171104_105807-960x540_c.jpg

Pieczyska i Zalew Kurowski


Dzisiaj w planach objazd trasy maratonu niepodległościowego MTB Wieruszów, w którym nie weźmiemy udziału ze względu na zbyt wysokie wpisowe w połączeniu z dezorientacją z tamtego roku… zachęceni po zawodach dwa lata temu na kolejne, szybko się zniechęciliśmy po zeszłorocznych, więc wolimy się tam pobawić sami 🙂 Pogoda dzisiaj marzenie jak na listopad: 13 stopni, słońce, ciepły wiatr, tylko nie wiadomo, czemu większość poubierała zimowe kurtki 🙂 Na początek trasy zbadamy tworzoną ścieżkę szlakiem wąskotorówki. Chodzą słuchy, że już na krótkim odcinku wylano pas asfaltu. Jedziemy obczaić. Hmmm… mamy nadzieję, że ten asfalcik to podbudowa głównej nawierzchni, bo na góralach tam trzęsie, a po środku jakiś niefart w postaci placka łatającego fragment… jak miałaby tak wyglądać nawierzchnia, to byłaby to jakaś masakra, a wysokość nawierzchni względem krawężnika trochę nas przeraża 🙁

Menu

Facebook