Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 
 

Bike Orient Ćmińsk



W tym roku nasza grupa bardzo poszła w różnego rodzaju odgałęzienia rowerowe, poczynając od klasycznego MTB, poprzez leniwe kręcenie, wykańczającą szosę, zjazdy singlami po górach, no i orienteering.

Jeśli jesteśmy przy tym ostatnim, to właśnie dziś odbył się Bike Orient w kieleckiem, a dokładnie w Ćmińsku. Polecieliśmy tam we dwójkę, miał do nas dołączyć jeszcze Michał z Warszawy, z Ostatniego Takiego Trio. Pobudka o 5, na 8 jesteśmy na miejscu. Małe przegrupowanie i zaraz start. Jeszcze tylko wspólna fota ze znajomymi już mordami i można iść na zbiórkę 🙂

Na zbiórce trochę typa się zebrało. Jako jeden z paru założyłem sobie, że pogoda prognozowana w czwartek na sobotę będzie wysoce sprawdzalna, więc 25 stopni, słońce i krótki rękaw… a tu bang! Diametralna zmiana, bo w końcu kieleckie… 12 ledwo, potem dobiło do 15, a ja jak debil… na krótki rękaw 🙂

Na szczęście organizatorzy zadbali o dobre podjazdy pod parę PK, więc nie dało się zmarznąć 🙂 Trzeba było jednak uważać, bo tu ktoś zasadził niezłą pułapkę przy PK9 – dawnym kamieniołomie. 

Odhaczamy się, okazuje się, że spotykamy znajomego, którego nie rozpoznaliśmy w tym etapie rajdu, potem się okaże 🙂

Z PK9 wyznaczyliśmy sobie azymut na PK 11, gdzie wg warstwic na mapie jest nie lada podjazd z asfaltu do kapliczki. Jako pierwszy ogarniam punkt, w międzyczasie ratując tyłek jakiemuś młodocianemu, spotkanemu na zjeździe, któremu na moich oczach sfrunęła kartka z punktami.

Zbijamy na kolejny punkt. Zagnańsk – słyszeliście o takiej miejscowości? Niekoniecznie? Ale o sędziwym, poczciwym starym dębie Bartku, który jest na takich dopalaczach, że trzeba było go przyziemić, bo szalał po okolicznych wioskach? 😉 No to właśnie ten. Wszędzie nasrane tabliczek: wstęp wzbroniony. Mówiłem, że wściekłe bydle i nie zbliżać się 🙂 Punkt opisany gdzieś przy kapliczce.

Jest kapliczka, jest punkt. Dziurawimy się i lecimy na kolejny. Piździ. Cały czas. W ryj.

Ale tak na serio: wyobraźcie sobie, że taki dąb jest na wolności. Ale by pozamiatał 😀 Chłopaki czują się bezpieczni, więc można pamiątkową fotę strzelić z Bartoszem, chociaż już tam w tle złowrogo trzeszczał 🙂

Lecimy jakąś krajówką, co chwila lecą faki i bluzgi w stronę pseudokierowców, ale żaden nie chce stanąć na małą lekcję matematyki, że to do kurwy nędzy nie jest metr! A przed nami zabytek – ruiny huty z 1818-1822 roku.

Ciśniemy pod wiatr na PK22 – na skarpie. Atak od południa wg mojego planu, Michał chciał się wbijać od północy – mimo bliżej od drogi, ale niepewny teren. A tu wystarczyło znaleźć akwen i ogarnąć jego bok 🙂 I mamy to! 🙂 

Następny punkt dość kłopotliwy. Już orgi na samym początku ostrzegali: te przecinki na mapie, to tylko teoria! W praktyce nieprzejezdne w większości. No i faktycznie, tu dotrzeć do tego punktu było możliwe po włączeniu trybu trailowego. Znalezliśmy wbicie na łąkę, gdzie zastaliśmy kolegę schylającego się w trawę i coś konsumującego. Pytam: co tam wcinasz? Winogrono. No bez jaj! Na łące? Noo… mam w plecaku. Szach mat 🙂

A 20 metrów dalej PK z opisem, że na skrzyżowaniu rowów. Nadinterpretacja, że są z wodą wcale nie pomogła, dobrze, że był w miarę widoczny 😀

Wracamy na poważnie wyglądającą drogę. W końcu my też poważnie wyglądamy 🙂

Chmury zaczynają powoli ciemnieć, ale nie przejmujemy się. Odbiliśmy już pięć PK, lecimy na szósty, spotykamy po drodze grupę zorientowanych albo i nie 🙂

Najechaliśmy na punkt od drugiej strony, przestrzeliwując się dosłownie o niecałe 100 metrów, ale uratowały nas krzyki i wrzaski z prawej 🙂 Znalezliśmy punkt, zrobiliśmy pamiątkową fotę kolejnej grupie, ale takie słabo ostre, bo tu zgubiłem okulary… co prawda przeciwsłoneczne, ale jednak :/
Kolejny punkt to PK1 z bufetem. Przepraszam orgów z góry, ale placek był wyśmienity. Zarówno jeden, jak i drugi. To ja zjadłem pół blachy 😀

Wspieramy po drodze kolegów, którym się chce mniej 😉

Mamy kolejny PK. Wieje. Piździ. Kieleckie welcome to! 😛

Kolejny PK jest na odbiciu z czerwonego szlaku pieszego, zwanego diabelskim. A nie. Piekielnym. Nieważne. Przy małym strumyczku ma się znajdować wg opisu sosna na szczudłach. Cokolwiek to znaczy. Co też te orgi biorą, wymyślając takie miejsca i opisy? Nie chcą się skubani podzielić 🙂 Na punkt niestety nie najeżdżamy odpowiednio, bo jak amatorzy sugerujemy się grupą turystów, którz właśnie skręcili drogę 100 metrów za daleko 🙂 Ale od czego jest zmysł gołębia i nos psa gończego 🙂 Parę kluczeń przy strumyczku i mamy to! 🙂 Wracamy do rowerów 🙂
W międzyczasie, gdzie nadrabiałem na dystansie przed moimi kompanami, oni nadrabiali głupimi minami, gdy ja w tym czasie jadłem jagody 🙂

No to kolejny punkt. Mogiła. Nie możemy zdradzić czyja, bo RODO 😛

Następny jest dość trudny, bo wg mapy grubo w dół, a potem z powrotem 🙂 No ale chyba damy radę, co? 

Zjeżdżamy z ledwo co lizniętego asfaltu, by wbić się gdzieś w domostwa. Strzeliliśmy w drogę z prawej strony zabudowań, co szybko skorygowaliśmy, bo mieliśmy wjechać między dwa gospodarstwa. Okazało się jednak, że niechętnie ta droga jak widać jest. Bo jakaś żerdź leży niechcący, ale właściciel pozwolił, to zbijamy w dół.

Po ponad kilometrowym downhillu wyprostował się teren, więc uśpiony organizm, zasłonięta trochę trawą koleinowa droga i zasłonięte przednie koło mapnikiem przy dobrej prędkości nie pomogły, gdy koło zblokowało się o kamień i wyskoczyłem skatapultowany trafiając prosto w glebę, gdy z katapulty pocisk odpowiednio wcześnie nie wyleci. Kolano i łokieć jeszcze do przeżycia, ale biodro… jedno słowo się tu nasuwa, żeby opisać sytuację. A w sumie dwa: KURWA MAĆ! Michał drżącymi rękami próbował ustabilizować obraz, ale pokazałem: jest ok, lecimy dalej. Pisząc tę relację właśnie okładam się kilogramem lodu 🙂

Na sporej dawce adrenaliny zostawiam chłopaków na podjeździe i za chwilę czekam na nich dobrych parę minut. Wymyślam, że zamiast zjeżdżać asfaltem można skrócić kawałek szutrem i potem jakąś leśną przecinką. No nie. 1 km zaoszczędzić? Przecinką? CO orgi mówiły! Przecinki FE! I faktycznie. Nie dość, że tu drzewno wyciągali z lasu, to taka sraczka się zrobiła, że niby ten asfalt tylko byśmy na dole przecięli lecąc na azymut idealnie kolejnego punktu, to nie wylecielibyśmy jednak na ten asfalt, jak się póżniej okaże. Wracamy do asfaltu. Około 7 minut w plecy. Mnie już jest wszystko jedno. Dobrze, że mam SPD, to sobie kręcę zepsutym biodrem lewą nogą 😉

Mamy kolejny PK. Czarne chmury nad nami zaczynają coraz bardziej dawać o sobie znać swoimi czarnymi chmurami 😉 Ja się nie przejmuję, bo nie przemoczę sobie kurtki przeciwdeszczowej. Przecież jej nie mam. Nic nie mam. Tylko stłuczone biodro. Nawet się w nie pocałować nie mogę 🙁 Podobno jak się całuje, to przestaje boleć. Chłopaków wstyd prosić, jeszcze się któremuś spodoba… a to ucieknę 😉

Ten kto jedzie w prawo, to wiadomo. My w lewo. Deszcz zaczyna siąpić.

Tak zaczął siąpić, że w pewnym momencie nawet zaczął szczać i lać. O i tu zbawienie. Sklep nagle. Nie wiadomo skąd. Właścicielka też sama zaskoczona, bo wejście jak do domu, przedsionek, a tu po prawej mieszkanie, po lewej sklep przerobiony z małego pokoju. Ściągnęliśmy po małej pianie i kawałku naprawdę zajebistej wiejskiej kiełby i nagle przestało padać. To znak. Żeby zawijać i szukać PK 30 gdzieś nad jakąś wodą 🙂

Sorry, to zdjęcie niechcący. Został mi po prostu tryb samojebki ze sklepu 🙂

Już przestawione, właśnie gonimy chmurę. Tu niestety straciliśmy dobrych parę minut, bo nie chcieliśmy jej dogonić, żeby nie zmoknąć 🙂

Niedokładne te mapy. Nie było tej przeszkody na mapie 😛

Tu już była wersja extreme, tzw. trasa paprociowa. Raz Michała próbowała wciągnąć pod liście, ale się wykaraskał, bo miał karasia w kieszeni 😉

Jest 30! W tle kawałek zbiornika, który tak naprawdę zaczynał się gdzieś w połowie tego, co na mapie, bo chyba ktoś wyciągnął korek i odessało połowę wody 🙂

Kolega, który gdzieś nas zahaczył na pierwszym punkcie w kamieniołomie pojawił się po raz kolejny, wcześniej też go spotkaliśmy. Bidokowi rozmokła lekko mapa, wzięliśmy go trochę na hol. My mieliśmy prawie niezniszczalne, wodoszczelne, najszybsze. Mieliśmy jeszcze dwa punkty do zaliczenia. On miał tylko jeden… wiadomo co to znaczy?

Wiadomo, co to znaczy? Zgubić! Wrzucić w krzaki! Ale nie… pomogliśmy ile mogliśmy, wspólnie szukaliśmy jakiegoś dziwnie ukrytego sędziwego dębu atakując go z dwóch różnych stron.

A w międzyczasie: już są! Sezon na prawe uważam za otwarty! Ten miał szczęście, bo tylko pozował do zdjęcia 🙂

Ten też miał szczęście, też tylko pozował. A mogliśmy z nim wygrać… ale w sumie… w sumie to jest GOŚĆ przez duże G, dzięki któremu wskoczyliśmy na Jurajskiej Jatce z drugiego na pierwsze miejsce, bo zgłosił protest po nieuczciwej jeździe tych przed nami 🙂 

Jest sędziwy dąb. Chyba z piętnasty w tym rejonie. Wszystkie sędziwe, tylko dlaczego tylko ten miał lampion? Odhaczamy się z kolegą i biegniemy do rowerów zostawionych gdzieś na drodze. Oby były! Są! 🙂

Ostatni nasz punkt to miejsce po byłej leśniczówce. Szczerze? Tylko z opisu na mapie to wynikało, bo miałem saperkę i przekopałem okolicę, nawet śladu po fundamentach! 😛

Lecimy na asfalt. Już do końca teraz tylko asfalt. Michał przodownik, Jogi zabezpiecza tyły.

Trochę znowu pod wiatr, żeby przypomnieć, gdzie nasze miejsce.

Nawet woda tu pod wiatr płynie. Kieleckie. Aż się scyzoryk w kieszeni otwiera… 😀

Wjeżdżamy na metę, zajmując odpowiednio 6, 7 i 8 miejsce na 127 osób na dystansie Mega. Wykręciliśmy w wariancie 60 km optymalnym tylko 92 km 😀
Jak zwykle ambitnie 🙂 Impreza przednia, organizacja przepiękna, wiatry też, a pomidorówka i pierogi z kompotem na koniec po prostu sztos! Dzięki chłopaki! Do następnego! 🙂 Już się nie możemy doczekać 🙂

Menu

Facebook