Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Akcja Wisła!


Dzień pierwszy.
Pomysł Wiślany zrodził się w głowie naszego maestra Sowy już jakiś czas temu, chyba jakoś w tamtym roku na jesień. Oczywiście czekaliśmy sobie cierpliwie do momentu, kiedy to my będziemy decydować o wyjeździe, a nie pogoda. Ogarnęliśmy trasę na trzy dni kręcenia, łącznie coś ponad 300 km. Oczywiście u nas ponad 300, to prawie 400 🙂 Dobra, do rzeczy. Pociąg na południe kraju mamy coś około 4:07. Jest punktualnie, bo startuje ze stacji Wieluń Dąbrowa, więc żaden wyczyn 😉

Wyczynem było dla konduktora pomnożenie, dodanie, czy jakiekolwiek z działań matematycznych powyżej 5 typa, nie wliczając w to rowerów 🙂 No i masz. 7 typa, 7 rowerów 🙂 Będzie życiówka jak się uda! Siedzieliśmy na końcu składu, poszedł pan na początek i z pół godziny go nie było. 4 rano a tu jeb! Taki matematyczny rebusik 🙂 Pewnie i maszynista wciągnął się w zadanie, bo pociąg przejechał przez parę stacji, jakby niezauważonych 😉 Ale mamy to! 3/5 wydruku to bilety na nas, 1/5 na rowery, a 1/5 to instrukcja, jak czytać ten bilet 😀 Jest sztos! Teraz nie boimy się o brak srajtaśmy na naszej wyprawie 🙂 O dzięki wam PKP! 🙂

Z wbijaniem się bardziej w głąb kraju, znaczy na południe, z każdą przesiadką komfort jazdy wzrastał. Nawet Sidi jakiś taki bardziej wyjściowy się stał 🙂 Wyświetlacze pod sufitem, gdzie się znajdujemy aktualnie, jakaś smutna pani nadająca przez szczekaczkę, że taka a taka stacja zaraz i takie tam… lecz drugi pociąg, a wieszaków na rowery brak.

Przesiadka numer dwa. Pierwsza była w Tarnowskich, drugą mamy w Katowicach. Na szczęście 5 i 10 minut na te dwie przesiadki spokojnie ogarniamy. Robi się coraz cieplej. O 4 rano było jakieś 5 stopni, teraz jest 8.  

Ostatnia prosta do Czechowic- Dziewic. Znaczy Dziedzic. Ale my w sumie to rozdziewiczamy 🙂 I proszę. Tu już lecimy niskopodwoziówką, nawet są wieszaki na rowery. Konduktorka, która próbowała nam zwrócić uwagę, dlaczego nie powiesiliśmy ich na haki, dostała szybko zadanie matematyczne do rozwiązania: psze pani… wieszaki są trzy, rowerów siedem… po makale 😉

Jesteśmy prawie punktualnie, bo lekko poza czasem, ale nam się nie spieszy 🙂 Czechowice Dziewice właśnie dały zielone światło na start.

Aaa… no jeden, bardzo ważny temat tej wyprawy. Roman ma sakwy z Lidla. Pożyczył chłopina, bo wiecie, jak małżonka pakuje chłopa na wyjazd, to byle plecak nie wystarczy. Właścicielowi sakw jednak było zazdro z wyprawy i zrobił sobie pewnie taką małą laleczkę woodoo Romana i grzał szpilami ile wlezie, bo już na gładkim asfalcie zaczęły stękać. A może po prostu to taka jakość jednego z niemieckich marketów? 🙂 Wzmacniamy je zatem naturą i techniką, czyli w ruch idą badyle i trytki 🙂

Dobijamy prawie do Wisły. Odcinek szutrowej drogi około 500 m, wyjeżdżony przez ciężarówki, które wywożą coś mokrego obok z wykopalisk sprawia, że wystarczyło upieprzyć nasze smoki na resztę wyprawy. Nawet Sylwek postanowił przyjrzeć się sprawie bliżej: łokciem i kolanem.

Widoki rekompensowały jazdę po tej sraczce. A za chwilę Wisła!

Tam gdzieś za tymi polami i łąkami snuje się leniwie nasza największa polska rzeka. 

Jedziemy właśnie wiślanym wałem. Oznaczenie jako Wiślany Szlak Rowerowy. No szosą nie bardzo, ale mają pewnie w planach oblać tu trochę asfaltem, jak będzie to miało miejsce w dalszych częściach trasy.

Wracając do Sylwka – 5 km na adrenalinie, dopiero teraz go puściło. Poprzytulaliśmy, opatrzyliśmy, daliśmy buzi w czółko i jazda dalej. No chyba, że zostaje. Sidi pewnie ma jakąś saperkę w sakwie.

Podbijamy na Oświęcim. Obóz zagłady. Słoneczna pogoda sprawiła, że trochę mniejsze emocje towarzyszyły nam, gdy bylibyśmy tutaj pewnie w jakimś szarym klimacie i bez tych tłumów turystów, ale ogrom tego, co zobaczyliśmy i tak odbił się gdzieś w naszej psychice.

Trafiliśmy jeszcze na tzw. Judenrampe. Minutą ciszy uczciliśmy miejsce zagłady i wróciliśmy do naszego rowerowego tematu.

Wbiliśmy na oświęcimski rynek. Ogarnęliśmy jakiś spożywczak, wróciliśmy na rynek i spożyliśmy śniadanie. Niestety musieliśmy dzielić ławki, bo nie były przystosowane do przyjęcia tylu typów 🙂 Buri jeszcze w międzyczasie poszedł do cukierni zapodać jakiś cukier, w międzyczasie wyskoczyły do nas dwie zaciekawione sprzedawczynie, więc wywiązał się dialog:
– skąd jesteście?
– z Wielunia.
– gdzie to?
– tam gdzie pierwsze bomby podczas II wojny itp.
– ooo no to niezły wyczyn!
– jedziemy z Czechowic-Dziedzic.
– łeee, myślałyśmy, że z samego Wielunia…
No nie udało się wyrwać, ale mamy nauczkę: kobietom trzeba mówić nie prawdę, ale to, co chcą usłyszeć 😉

Kierujemy się nad Wisłę. Wiecie, że tam jest nawet pieszo-rowerowy most, oddzielny od mostu samochodowego? Aaaa! I nawierzchnia! sic! Asfaltowa! 😀 W ogóle to w Oświęcimiu zaczepiło nas dwóch „urzędasów”, sczytali, że mamy herb gminy Wieluń i krzyczą: pozdrówcie burmistrza! No Paweł, chyba wiesz od kogo masz pozdro? 🙂 Bo nawet nie pytaliśmy 🙂
Kręcimy na Kraków. Jakoś tak wyliczone, że dziś niby średnio z wiatrem, bo kręcący, ale jutro i pojutrze to już w żagiel 🙂

Widoki chwytające za serce. Co powieki mrugną, to jeb: tysiąc endorfin 🙂 Ale najlepsze jest to, że to nie jest ta sama Wisła, co np. we Włocławku 🙂 Zobaczcie, jakie to grzeczne wszystko 🙂 Coś pomiędzy Prosną a Wartą 🙂

Zastanawiamy się, czy są egzekwowane kary za wypalanie łąk. Raczej sąsiad sąsiadowi nie podpala, no nie? 🙂 Spotkaliśmy na swojej drodze wiślanej setki hektarów. To jest pewnie tak samo egzekwowane jak jazda quadami czy crossami po lasach. Ale przejdź 10 metrów od przejścia dla pieszych…

Mamy prawie 70 kilometr, trzeba ogarnąć jakiś popas. Nie obciążamy się specjalnie dodatkowym prowiantem, bo mamy już sakwy i plecaki. Zbijamy z wiślanej trasy, gdzieś na wichurę. Zjechaliśmy do Źródeł, żeby dowiedzieć się, że sklep jest w Okleśnej, ale skitrany tak, że jazda na orientację się kłania 🙂 Ogarniemy 🙂   Buri poszedł do przodu. My za nim. To on tak kurzy? Nie! To zawoalowana ciężarówka za Sową. Bydlak wszystko zasłania.
Wygląda to groźnie. Aż wiewiórki uciekają.

Mamy sklep. Odhaczamy naszą obiegówkę na perforatorze i wracamy na szlak.
Tu są różne nawierzchnie. W większości jest asfalt, ale jest też takie glinopodobne podłoże, czy szuter, co nam absolutnie nie przeszkadza w jeździe, mimo, że ktoś się tam chwalił, iż przejechał tę trasę szosówką. No… cinszko…

No czyż nie jest pięknie? Wisła zaczyna nabierać na sile 🙂 My też, bo się posililiśmy 🙂

Tu jeszcze nie ogarnęli trasy wałem, więc szlak puszczony za wałem, ale widoki nieszczególne, więc prezes pędzi górą i zdaje relację na bieżąco: Wisła skręca, teraz prosto, leci skowronek i takie tam.

Wszędzie na oznaczeniach tras widnieją informacje o MOR-ach. Czyli Miejscach Obsługi Rowerzystów. Nasz skrót brzmi trochę inaczej 😉 W każdym razie wszelkie info są pozakreślane, bo MORów tak naprawdę nie ma. Ten jest pierwszy, spotkany gdzieś na naszym 90. km od Czechowych Dziewic. Ale my nie potrzebujemy obsługi 😉

Sowa jako że najdłuższy, wypatrzył u kogoś na podwórku dzwonnicę. Tak to wygląda przynajmniej. Nie wyciągał aparatu, więc zwraca się do prezesa:
– ściągnij tego jezuska, jest rewelacyjny.

Cholera – myśli prezes. Jezusek wysoko, płot też wysoki, właściciel już biegnie z widłami… jak tu go ściągnąć? Chyba Sowie jednak chodziło o zrobienie zdjęcia 😉
Nieubłagalnie zbliżamy się do Krakowa. Jedzie się fenomenalnie. Lepszej pogody wymarzyć sobie nie mogliśmy. Za plecami mamy Skawinę, której nawet nie byliśmy świadomi istnienia w tym miejscu 🙂

Przed nami góra Grodzisko, a za nią kryje się zamek w Tyńcu. Wisła cały czas nam towarzyszy.

Mamy za plecami zamek w Tyńcu. Niepewni tak fantastycznego widoku na zmianę się oglądamy, czy aby na pewno stoi 🙂
No i jest. Przepiękny. A za nim za chwilę Kraków. I już nie będzie tak fajnie, bo co chwila telefony od kolegów z grupy: tylko gnój od smoka przywieźcie!
Im bliżej Krakowa, tym większy ruch na wisłostradzie. Nawet jakiś idiot trafił się na quadzie. Ale nie chciał się zatrzymać na pogawędkę 🙂 W każdym razie spotkaliśmy spacerującego rowerzystę ze swoim rowerem. Nawet zaczął z nim biegnąć, więc pewnie awaria, a sam on chciał się dostać jak najszybciej do domu. Nas nie trzeba dwa razy prosić o pomoc. Nawet raz nie trzeba 🙂 Tak jak w pewnym dowcipie o harcerzach 🙂 Skleiliśmy dętkę i okazało się, że to był pierwszy jegomość, którego dogonić nie daliśmy rady jak poszedł do przodu 🙂 Może bał się, że za słabo sklejona i wolał wykorzystać te zasoby powietrza na ile mogłyby mu wystarczyć 😉

No nic… ogarniamy trasę dalej. Zjechaliśmy niechcący z wału, ale tu jest dopiero zajebiście 🙂 Nawet się jakiś przypadek na fotę załapał 🙂
Już za chwileczkę, już za momencik wieczór z Krakowem zacznie się kręcić 🙂
Szturmujemy drugą stolicę Polski wieluńskim szwadronem 🙂
Wawel prawie zdobyty, tylko się przeprawić na drugi brzeg! Ale podobno mają tu mosty, więc będzie łatwiej 🙂
Za to ruchomych schodów na Wawel jeszcze nie wybudowali. Skandal! 😉Ponad 120 km za nami, czas ogarnąć może jakieś żarcie. Wbijamy na krakowski rynek.

Czekamy na hejnał, ale mówią tutejsi, że już po. No bo w sumie to już 15:20. Szukamy miejsca na jedzenie. W sensie nie w żołądkach, a w ogródkach okalających sukiennice.

Marny nasz trud, bo jakaś pełnia chyba i wszyscy wyszli na ulice i zaparkuj tu 7 bajków, zjedz coś jeszcze w dodatku. Plan zatem jest taki, że uderzamy na pierwszy nocleg i tam kombinujemy, co z naszą romantyczną kolacją 🙂
Podobno jakieś 50 metrów od naszego noclegu jest pizzeria. Była. Zamknięta z relacji naszego pana z recepcji jakiś tydzień temu z niewiadomych przyczyn. Najbliższa to centrum M1. 15 minut z buta. W spd-kach trochę dłużej 🙂 Wbijamy, zamawiamy. Sidiemu jako jedynemu gdzieś przeoczono zamówienie, ale zaraz dostał w nagrodę i przeprosiny pizzę w gorczku, za chwilę już tę właściwą, ale nie mógł zmłócić, to stwierdził, że te trzy kawałki weźmie sobie na nocleg, na wynos.
Niestety wieczorem ślad po nich zaginął. Gastrofaza, to gastrofaza i trzeba się z tym liczyć 🙂 Chodził jeszcze z tym kartonikiem rano, jakby to jakaś relikwia była… 😉
Dzień drugi.
Niektórzy zapomnieli, jaka powinna być kolejność korzystania z łazienki. Najpierw myjemy zęby! 😉 Ewakuacjaaa! 😛 Jest jeszcze jedna kwestia: Roman oparł sakwy o rower prezesa, a one jak wiadomo – laleczka woodoo. No i pewnie się coś wydarzy…
Ktoś sobie rano przypomniał, że laleczka woodoo po coś była zrobiona. No to jeb Romkowi 🙂 Rekonstruujemy sakwy i ciśniemy dalej.

Wydobywamy się z Krakowa. Jest wcześnie rano, nie ma ruchu. Na szczęście.

Odkryliśmy właśnie, skąd się bierze smog w Krakowie. Jak się ma tak nieszczelne kominy, co przepuszczają na 10 piętrze, to wszystko spada 😉Trasa trochę odbija od Wisły, ale zjeżdżamy do Niepołomic. Tu zahaczamy o piękny zamek królewski, gdzie trwa dziś X Małopolski Konkurs Sygnalistyki Myśliwskiej „O Róg Zbramira”. Niestety nie pozwolono nam wejść z rowerami, więc na czatach został Sidi i Jogi.

Niech sobie z relacji zobaczą, jak wygląda dziedziniec 😉

Na naszej trasie jeszcze leży nieopodal kirkut. Nie jest taki spektakularny jak ten w Krzepicach, ale też robi wrażenie.
Wyruszyliśmy w stronę Wisły, ale kogoś zaczęło brakować. Okazało się, że Romano się nie pozbierał z cmentarza, więc Sowa po niego wrócił.

Sakwy znowu Romanowi zaczynają dokuczać, pewnie jakieś macewy z cmentarza wiezie, bo miota nim, jak szatan zakonnicą 😉
Tempo dziś całkiem sympatyczne, nawet ukręcamy paru szosowców 🙂
Jest już godzina na papu, więc akurat trafia się fajna miejscówka za lasem. Tu mamy dłuższą przerwę na rozkminę, co dalej.
Apteczka na takich trasach to podstawa, wczoraj na przykład przydał się plaster i bandaż. Gift z tamtego roku od fundacji Allforplanet 🙂
Po napełnieniu kałdonów kurzymy dalej, na wał. Dziś mamy nocleg w Woli Mędrzechowskiej. Miał być trochę wcześniej, żeby się nie zajechać, ale w sumie na takim dystansie te 20 km nie robi naprawdę żadnej różnicy 🙂
Najlepsze jest to, że nie czujemy praktycznie w ogóle zmęczenia, a mamy już za sobą 60 km. Albo dopiero 🙂 Wisła nadal wąska, ale już dorównuje swoją szerokością naszej Warcie.

Startujące bociany, biegające pod nogami bażanty, sarny tańczące pogo, czy zające grabiące siano – tutaj takie widoki nikogo nie dziwią 😉Zbliżamy się do Uścia Solnego. Tu jest plan wbicia na rynek, bo ktoś tam wcześniej tędy jechał i polecał – tak przynajmniej Sowa hukał 🙂

No to zjeżdżamy z wisłostrady. Domy z drewna robią wrażenie.

Odkopaliśmy jakiś pomnik, więc trzeba jakieś lansiarskie foto trzepnąć przy użyciu przechodzącej niewiasty 🙂

Spoczęliśmy chwilę w czymś przypominającym altankę, a z wisłostrady przyczłapał się kolarz, prowadząc swoją szosę i to w dodatku na bosaka. I on i ona prawie na bosaka, bo w szosie opona rozdarta, jak jego serce. I nasze za chwilę. Bo takie widoki chwytają za serce i nie potrafimy przejść obojętni. W sumie to już mieliśmy się zbierać, bo dobre 20 minut na postój to trochę przydługo, ale jest szansa pomóc.

Mały dialog i jako jedyny z naszego towarzystwa Sidi jest prawie na rowerze szosowym, ale tak naprawdę to jest grawel. Sidi ma nawet zapasową oponę 😀 Powinna wejść 🙂 Kolega szosowiec daje do podmiany nową dętkę, okazuje się jednak, że gdzieś puściła wcześniej na boku i Sidi znowu z czeluści swoich sakw wyskrobuje kolejny gadżet ratujący życie 🙂

Działamy 🙂 No niestety… mimo szczerych chęci opona grawelowa w typową ramę szosową wejść na tył nie chce… ale ale!

Widelec z przodu ma większy przelot, niż tylni, więc robimy swapa: tylna opona za przednią itd.
Udało się! Jazda testowa przeprowadzona, kolega wraca do Krakowa, stąd jakieś 60 km. Dajemy wizytówkę z prośbą, żeby się odezwał, jak zajedzie bezpiecznie. Nie odezwał się. Sidi stwierdził, że może go coś rozjechało 😉

Na nas czas. Godzina przystanku to dużo, jak na dzisiejszy dystans.

Jak do tej pory drzewa między wałem a brzegiem Wisły były rzadkością, tak teraz coś zaczyna się w tym temacie pojawiać. Nie da się ukryć, że początki trasy były strasznie monotonne, jeśli chodzi o widoki, ponieważ krajobraz bez drzew był strasznie jałowy na dłuższą metę, więc łapaliśmy koło i oglądaliśmy oponę kolegi przed nami 😉
Coś tu się stało, ale poszło w niepamięć, jednak fajne zdjęcie ze oznaczeniem Wiślanej Trasy Rowerowej to zawsze +10 do lansu 🙂

Trasę polecamy wszystkim, bez względu na umiejętności, kondycję, sprzęt itp. Warto się przejechać chociażby tylko małym kawałkiem, bo wymagań nie stawia żadnych 🙂

Tutaj jakoś przepisy są bardziej respektowane, niż na naszej ścieżce szlakiem kolejki, która jeszcze nie została oficjalnie otwarta, a drogowi Janusze robią tam sobie regularne przejazdy. Tu stał malacz. Na dole pracowało dwóch gości przy udrożnieniu kanału. Kulturalnie zapytani, czy mają pozwolenie na wjazd odpowiedzieli, że a tak, a i owszem, naturalnie. 

Zbliżamy się do czarnego punktu. Zawijamy tą ścieżką na dół, jest tam mostek i trochę szutru.
Okazuje się za chwilę, że ten szuter jest tak ostry, iż przecina dętkę i oponę w prezesa smoku. Ktoś burknął: przecież sakwy Romana dotykały tego koła! I wszystko jasne. To jest dowód na to, że karma wraca w odwróceniu ról. Ale tylko na chwilę 🙂

Z rozpieprzoną oponą to za bardzo nie pokręcimy. Jest parę opcji: wrzucić ją na przód i jechać bez trzymanki jak się da, podkleić łatką od spodu, ale pewnie puści… Sidi grzebie i grzebie w swojej sakwie i wygrzebuje żyłkę wędkarską i igłę. Szyjemy. Czuć jakąś siarkę w powietrzu, czy jakieś okultyzmy, bo igła łamie się po trzecim przebiciu przez oponę. Kleimy łatkę od środka, zmieniamy dętkę i próbujemy turlać się dalej. To dopiero 86 km trasy, a przed nami jeszcze 60. Nie mówiąc o dniu trzecim…

Za chwilę mamy na otarcie łez cypel, gdzie Wisła łączy się z Dunajcem. No i tu powstaje pytanie po tym, co zobaczyliśmy: co wpada do czego? Bo po wielkości w tej chwili to chyba Dunajec jest trochę większy 🙂

Prezes zostawia grupę i leci jako pierwszy, bardziej zachowawczo, reszta odpoczywa na cyplu. W międzyczasie przegrupowujemy się i spotykamy tubylca, który oznajmia, że za parę kilometrów jest w Wietrzychowicach wulkanizator.

Nieważne która godzina, właściciel zakładu jest tak sympatyczny i serdeczny, że sama robota trwa 5 minut, a pogawędka z pół godziny 🙂
I voilla! Zrobione! Za symbolicznego piątaka! Niech karma do Pana wróci w ogromnej dobroci! 

Jak część zamawiała pizzę w Wietrzychowicach, reszta poszła pomodlić się o wypędzenie złych szamańskich praktyk na naszej ekipie. I udało się 🙂

Bo jak nie pomoże, to kto? To małopolska! 😉 
Za żywopłotem, na włazie do studni tak romantycznie sobie prezes z Burim pizzę ogarniali patrząc sobie prosto w oczy 🙂 W końcu już jeden nocleg mają za sobą 😉

Żeby lecieć dalej wzdłuż Wisły musimy zjechać trochę w górę Dunajca i tam w okolicy Siedliszowic przeprawić się na drugą stronę. Charon na dzień dobry nie był miły, bo puścił zjebkę, że gdzie rowery, najpierw samochody! Nie czytane na znaku było? No raczej nie czytane, bo czcionka 15 pkt na wielkości tablicy formatu A1, a my nie mamy tu w planach nocować 🙂

Jakby monetę wartości 2 oboli zostawić, to wszyscy byliby pewnie zadowoleni 🙂 No nic… zobaczymy jutro, bo będziemy tędy wracać na Velo Dunajec 🙂

Tymczasem wiatr w plecy, dłuuuga prosta i aż się prosi, żeby trochę rozgrzać łydy 🙂

Tymczasem musimy, albo raczej chcemy odbić z wisłostrady do Zalipia, które od dawna słynie z malowanych chat. Zwyczaj ozdabiania wiejskich izb kwiecistymi malunkami wywodzi się z końca XIX wieku, kiedy to mieszkanki wsi zaczęły dekorować wnętrza chałup kwiatami wykonanymi z bibułki, wycinankami i pająkami ze słomy wiszącymi u powały oraz malowanymi na ścianach kwiatami. Malowidła wykonywano także na zewnętrznych ścianach budynków, studniach i płotach. W Zalipiu znajduje się obecnie ok. 20 malowanych domów.

Widoki niesamowite! Znaczy nie te, bo tu znaleźliśmy mobilną destylarkę do bimbru, szukamy tylko jakiejś linki, co by to pociągnęła 😉

Ale takie rękodzieła zawsze robią pozytywne wrażenie.

Im bardziej w Zalipie, tym piękniej. My też w sumie jak takie kwioty malowane 🙂

Tutaj kultowy domek, przewijający się we wszystkich przewodnikach, wspominających o Zalipiu.

Jest nawet możliwość wzięcia kąpieli, więc aż żal nie skorzystać 🙂

Tak się rozkokosiliśmy w tej miejscowości, że mamy godzinę 19, a nie mamy ogarniętych gadżetów na wieczór, więc dzwonimy na naszą stancję po informację, do której jest sklep w miejscowości. Do 20. Hm.. godzina jazdy przed nami, bo około 20 km mamy jeszcze do drugiego noclegu. Możemy też szukać jakiegoś sklepu po drodze, ale wozić prowianty nie mając na nie miejsca to średni pomysł. Dzielimy więc się na dwie ekipy: wydział pościgowy i wydział turystyczny. Trzy myśliwce puszczają się na bazę i lądują przed sklepem o 19:40. 
Zaczyna się zmierzchać. Prezes raz gubi swoją tylną lampkę na podwórku u wulkanizatora, Sowie udaje się wypatrzeć. Wiadomo, przecież Sowa ma sokoli wzrok 😉 Lecz gdzieś drugi raz lampka stwierdza, że już nie chce dalej być i znika nie wiadomo gdzie.

Dojeżdża druga część ekipy po 15 minutach pod sklep. Okazuje się, że otwarte do 21. Można na spokoju kupić zapasy na wieczór. Dwóch młodzieńców siedzących pod sklepem podsłuchuje, jak prezesowi żal jest straconej lampki, taki sentyment.

Uwierzcie, że jeden z młodzieniasów podszedł do swojego roweru, wypiął swoją tylną lampkę i dał prezesowi mówiąc: trzymaj, mam jeszcze jedną taką. Przy takich sytuacjach dech zapiera i nie wiadomo co powiedzieć 🙂 Jest nadzieja w tym młodym społeczeństwie! Niesamowity gest! Jak to czytacie, to dzięki jeszcze raz! I nie chodzi tu o lampkę! 🙂

Wbijamy na nocleg. Rezerwowaliśmy przez booking, najpewniej no i mamy jakieś tam ulgi w niektórych noclegach.

Sowa zaklepał sobie swój erem! Jak jest najdłuższy, tak się tu zmieścił skubany!

Bo na przykład prezesowi nie poszło. Połasił się na pokój z dostawką 😉

W każdym razie miejscówa rewelacja! Całe poddasze nasze, łazienka w wysokim standardzie, nie mówiąc już o kuchni, tarasie i całym otoczeniu! 
Dzień trzeci.
Rano śpiew miliona ptaków i taki widok z okna obudziły nas przyjemnym powiewem wiosny. Tam dalej pod lasem dziesiątki zajęcy, które zmieniały co chwila swoje miejsce żerowania, to samo robiły sarny.

Odnośnie właścicieli tego obiektu: przesympatyczni, serdeczni i strrasznie gościnni! A pochwalimy się jeszcze! Pan Piotr to rajdowy Mistrz Polski 🙂
Roman zobaczywszy berneńczyka na podwórzu już poczuł wspólną więź z właścicielami i zaczął wymieniać się behawioralnymi radami na temat rasy 🙂
A Sowa jak to Sowa. Wszędzie widzi kuzynostwo i straszy nimi.

Muskaliście kiedyś o kwietniowym poranku swoje stopy rosą, którą skropił łąkę przechodzący tędy ciemną nocą księżyc? Nie? A Buri muskał 😉

Sowa nawet postanowił pozbierać krople rosy do kubeczka i przysiadł pod lipą obmyślając plan trasy na dzisiejszy dzień zapijając się rosołem 🙂 A tak naprawdę, to miał gdzieś rozczulanie się nad trasą, bo wiedział, że prezes wszystko ogarnie 🙂
Przy takiej ekipie trzeba być czujnym podczas śniadania, jak jajecznica wjeżdża na stół. Kury nie nadążają znosić 🙂

Tak nam się fajnie rozmawiało z właścicielami, że wyjeżdżać się nie chciało, dlatego opóźniliśmy swój wyrusz o godzinę. Ale nikt do nikogo nie miał pretensji, bo każdy czuł to samo 🙂 W międzyczasie właściciel z właścicielką zaczęli ogarniać jazdę na rowerze 🙂

Jest szansa, że jak wpadniemy tu następnym razem, to już gdzieś wspólnie pokręcimy po okolicy 🙂

Zdecydowanie najsympatyczniejszy nocleg w historii naszych wypraw 🙂

Żal wyjeżdżać, ale czas nagli 🙁

Żeby nie było samymi asfaltami, to szukamy jakichś leśnych przepraw i jak tylko możemy, to nimi kręcimy, bo za chwilę dużo asfaltów.
Wbijamy na asfalt w stronę Szczucina. Wszyscy oprócz Romana jedziemy marginesem. Roman ma sakwy woodoo. O właśnie trzeba napisać do producenta o nadanie im nazwy tego modelu 😉

W Szczucinie jest muzeum drogownictwa. Dziś zamknięte, ale stąd też dobrze widać 🙂
Zbijamy ze Szczucina na wisłostradę. W końcu! Pod wiatr… w końcu… 🙂
Jedni dołem, reszta górą 🙂
Mamy 30. kilometr, trzeba ogarnąć może jakiś sklep. Zjeżdżamy z wisłostrady i docieramy do Pawłowa, gdzie zastajemy kolejny MOR. Ale sklepu nie. Zapytana miejscowa dziewczyna opowiada nam zgrabnie o Bolesławie, wiosce nieopodal. Tam jest stacja benzynowa, więc pewnie jakieś paliwo mają 🙂 Jedziemy.
Nie dość, że nie trafiliśmy na stację, to był odpust, a potem wbiliśmy do sklepo-baru, gdzie jak i u nas w Przywozie bardzo sympatyczna atmosfera. 
Mają nawet lodziarnię już czynną 🙂
Po małym postoju ogarniamy trasę dalej. Zobaczcie, jak można zrobić przystanek autobusowy! No aż się chce kupić bilet! 🙂

A my dalej: na Velo Dunajec. Dziś kończymy w Tarnowie. A tymczasem prom…

Pan dziś wyspany, więc nawet miło się gawędziło 🙂

Spotykamy dziś pierwszą rowerzystkę. Wymiana zdań i okazuje się, że już dziś 20 km zrobione i już czas na powrót. My się nie chwalimy wynikiem. Znaczy się moglibyśmy powiedzieć, że jedziemy z Wielunia – po lekcji, którą dostaliśmy w Oświęcimiu, ale dżentelmeńsko kłaniamy się i odjeżdżamy swoim tempem 🙂

Robimy postój na chwilę odpoczynku i zadumy przy pomniku Bohaterów Września, gdzie 8 września 1939 roku, podczas bitwy o Biskupice Radłowskie, wieś została w 80% spalona. Zniszczony został również most na Dunajcu. Dla upamiętnienia żołnierzy poległych w tej bitwie został wybudowany pomnik. Podczas II wojny światowej we wsi działała zbrojna organizacja ruchu ludowego Batalionów Chłopskich.

Jeszcze tylko parę kilometrów i mamy Tarnów. Dziś tempo jest naprawdę dobre, bo na odcinku 82 km mamy średnią ponad 22 km/h. I to w dużej części z dziwnie zawiewającym wiatrem.

Dunajec. Tarnów w tle. Niby małopolska i powinno być lekko górzyście, ale tylko to fototapeta robi górzystą robotę w tle.

Mamy to. Ostatni rowerowy przystanek.

Łydy opalone, wytopione. 360 km około przejechane. Nie licząc pociągów 🙂 Jazda pociągami i przesiadki bardziej nas zmęczyły, niż jazda rowerami 🙂
Rynek w Tarnowie musieliśmy ogarnąć, bo ponad godzina jeszcze do odjazdu pociągu, więc rozkmina przy obiedzie i browarze obowiązkowa 🙂

Polecamy Restaurację u Jana, bardzo smaczny obiad 🙂 Kotlet po tarnowsku z jajkiem deliszys! 🙂

No i niestety, wszystko co fajne, szybko się kończy, a może to my po prostu tak szybko kręciliśmy, że to wszystko tak nam mignęło? 
Następna taka wyprawa to Podlasie i jazda wzdłuż linii Bugu. Ale to gdzieś wakacyjny temat. Już nie możemy się doczekać. A tymczasem Intercity ogarnął nasze rowery w 7 sztuk bez problemu i o dziwo! Z Herbów na Wieluń też mieliśmy wieszaki! 🙂

Takie wyprawy integrują, pozwalają poznać kraj, siebie, nasze słabości, pokazują, jak należy integrować się w sytuacjach kryzysowych, jak można sobie pomagać, bo miłość do roweru to coś więcej niż tylko jazda na rowerze 🙂

Menu

Facebook