Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Rajd Liczyrzepy Krośnice edycja zimowa


Druga już w tym roku impreza na orientację za nami. Było rewelacyjnie! Ale od początku…

Zajechaliśmy na miejsce, rozpakowanko, szykowanko itp. Ale parę słów o samej orientacji, a raczej jej rodzaju. Generalnie – tak nam się wydaje – są dwa rodzaje orientacji: liniowa i scorelauf. Liniowa polega na tym, że punkty na mapie połączone prostymi trzeba zdobywać w określonej kolejności wg mapy, z czym mamy do czynienia w naszych pięknych Załęczańskich klimatach, gdzie już w tym miejscu zapraszamy na 3. edycję RJnO 6 maja, a biegaczy 5 maja na BnO do Załęcza Małego. Jeśli chodzi o scorelauf natomiast to wybór dowolny, jeśli chodzi o zaliczanie punktów. Tym charakteryzują się IT Orient, Bike Orient, OrientAkcja i inne bliźniacze imprezy w większości. Scorelauf ma jeszcze jednak małego kikuta, którym jest rogaining. Rogaining (piękne słowo) cechuje się tym, że twórcy map zadbali o to, żeby punkty, które nanieśli nie były możliwe do zdobycia w komplecie, jeśli mamy zdążyć w limicie czasu. Punkty w tym przypadku są hmm… punktowane 😀 Najbardziej wartościowe mają poziom rzędu 90 punktów, te najmniej – 10. I teraz zaczyna się zabawa: musimy sobie ogarnąć swoje punkty doliczając do tego czas, bo przekraczając limit czasu za każdą minutę zabierają nam 10 punktów. Jest ogień, co? 😀 Zerknijcie na mapę. Wybraliśmy wariant wschodni, licząc na intuicję ogarnęliśmy wszystko, co chcieliśmy oprócz dwóch ostatnich, ale za to dwa dodatkowe w środku, których nie braliśmy pod uwagę. 

Sowa pożyczył jakiemuś dziadowi pompkę i sam musiał być na łasce któregoś z kolegów rywali. Zaraz  start.

Odprawa techniczna: krótko, zwięźle i na temat. Pani Kierowniczka zawodów, Alicja. Prezes czuł się jak w krainie czarów i to po drugiej stronie lustra 🙂 

Przyjmujemy atak na punkt pierwszy. Niby polanka, ale dobrze że zmroziło, bo nie byłoby tak wesoło 🙂 Małe bagienko. Linijka i licznik idą w ruch, do tego nasz zmysł terenowy x3. Jest moc! Udowodnimy.

No i proszę. Pierwszy idzie jak po maśle. Rowery gdzieś zostawione za drugą polaną przy strumyku. Czas na mały truchcik po kretowiskach i zalanej, zmrożonej łące.

Jest i Daruś, nasz skoczek. Wyobraźcie sobie, że wylądował telemarkiem. Nie ma zdjęcia, więc tylko wyobraźcie 🙂

Atak na kolejny punkt. Wg opisu jest to 3 metry od kamienia na północ. Ale tłok! Biegacze niby pierwsi, ale zaraz objedziemy towarzystwo 🙂 
Jak już tu jesteśmy, to mamy jeszcze dwa punkty na północ to ogarnięcia. Jeden za dychę, drugi za cztery dychy. No co… no to lecim! 🙂 Dycha wpada…

Lecimy na ten droższy. 
Mijamy kolegę, który mówi, że stamtąd właśnie wraca i stwierdza, że nie jest łatwo! A w opisie punktu wisi jasno i wyraźnie: NORA. No to sprawdzimy 🙂

Wg linijki i licznika odbijamy od drogi prostopadle w las i szukamy między dołami nory. Zaliczamy w sumie trzy nory, ale przy żadnej nie ma PK. Rozpierzchliśmy się, jak partyzantka i to odnosi skutek. Prezes pierwszy dopada. Z radością pogwizduje na swoich kamratów. Cokolwiek to znaczy. Wbijamy zęby w glejt.

Powrót tą samą drogą, mijamy dwóch kolegów ubranych w białe uniformy. Spotykamy się na punkcie. Mówią, że nazywają się Tour de Sklep. A tu dziś wg mapy żadnego sklepu. Oj będzie sushić! 😀

Urywamy się paręset metrów do przodu, gdzie droga się kończy, ale spokojnie, lecimy wg mapy, to musi tam właśnie być! Opony przystosowane na jazdę po niczym, więc Sowa z Darusiem ogarniają temat, ale Prezes zobaczywszy ich tempo stwierdza, że przygotuje się tutaj do Biegu Tropem Wilczym. Porzuca rower i biegnie za nimi.

Są dwie polany. Rozpierzchamy się jak partyzanci… ble ble ble… Mamy punkt. Jeszcze tylko mordercza przeprawa przez rwącą i zagadkowo nieszumiącą rzekę i hop 🙂

Tour de Sklep ciśnie na punkt. Trzymają linię jakby szli na Staliningrad 😀

Wracamy po tej samej trajektorii. W międzyczasie mija nas koleżanka Ania z bratem. Pozdro Ania! 🙂
Następnym PK wg opisu jest cmentarz… Więc cmentarną aleją… no robi się lekko Hitchkockowo…

Groby, groby, jeden nawet rozkopany. A za nimi PK. Dobrze, że to prawie samo południe, bo klimat o godzinie 17 spowodowałby obciążenie spodni czymś ciepłym 😛

Lecimy na kolejny PK. Tym razem gdzieś na przepust. Mijamy zaprzyjaźnionych wariatów Aramisów, którzy podejmują walkę na TR100. 
Zaliczamy przepust. Niektórzy dosłownie 😀

Od przepustu złapaliśmy asfalt, który wywiódł nas na kolejny, piękny klimat. Między stawem Młyńskim i stawem Karol mamy atak na punkt od południowej strony mostu. Na zmianę pada śnieg i wieje wiatr. Nie przejmujemy się. W końcu zima jest po to, żeby było zimno. Ale jesteśmy rozczarowani, bo obiecywali -20 w weekend. Ale chyba z kumulacją 😀 -5 w czwartek, -5 w piątek, -5 w sobotę i -5 w niedzielę 😀
Następny PK trochę poje.chaliśmy źle. Tak się zakręciliśmy, że orientacja nam zwariowała o 90 stopni. Straciliśmy jakieś 15 minut, ale nie jest źle, nie ryczymy, odnajdujemy się! 🙂 Skraj bagienka. Nawet znalazł się jakiś biegacz. W sumie w tym punkcie to sami biegacze. Tylko dlaczego w kaskach? A… bo do drogi jakieś 243 metry 😀 
Widzieliście kiedyś, jak rży koń? A jak rży Sowa? 😀 Taki szczęśliwy! Oj jaki on! 😀
No i rżniemy punkty jak tartak dechy. Przed nami jakiś tajemniczy punkt przy skraju polany od wschodu. Ile było zachodu, żeby go zaatakować od wschodu…

No ale się udało. Tym razem znowu organizatorzy postarali się o to, że jak ktoś miał za słabe onuce, to sobie na tych odcinkach stopy ogrzał spacerkiem, truchtem, skokami, itp. O Alicjo! 🙂
Ośmiotysięczników nie zdobywaliśmy, ale klimat naprawdę dziś iście zimowy. Może sopelka? 😀

Nie wstanę! Tak będę trzymał! Daruś szczęśliwy posiadacz kominka upolował sobie mały wsad, ale po przeliczeniu, czym przyjechaliśmy, odpuścił.

Wracamy do rowerów. Ania nas prześladuje. Pozytywnie. Urywają się gdzieś poza mapę. My się tam boimy wyjeżdżać, bo za mapą może być diabeł 😉

Kolejny punkt, jaki mamy do zdobycia, to ambona. Położony jest on przy stawie o nazwie Duża Przystań. Ale żeby tam dojechać musimy kierować się groblami. Klimat przepiękny! Łapiemy towarzystwo. 
Towarzystwo jednak woli się cofnąć, prezes stwierdza, że lecimy dalej. 900 metrów i dojeżdżamy do drogi. Jednak na mapie jest czarna kreska sugerująca drogę. No jest. Ale to tyle. My mamy za to brązową kreskę na czarnych spodniach przeprawiając się przez most, którego nie ma, ale wybudowaliśmy go chwilę przedtem. Już za chwileczkę, bo za 15 metrów od tej wspaniałej przygody jest szutrówka! 😀
Broda zamarza. Nie wspominając o ciepłym piciu w plecaku. No niby plecy grzeją, spoko. Ale, rurka jest na zewnątrz. No nie było pite! 😀
Wychodzimy na prostą. Może i dalej, ale bliżej. Bo tutaj w tym sporcie trzeba myśleć nie tylko nogami 🙂
Staw. Chełm się zwie. Szukamy charakterystycznego dębu. Tam jest kolejny PK.

Ten po prawej to charakterystyczny dąb. Sowa robił zdjęcie, więc trzeba posiłkować się opisem i wyobraźnią 😀
Rozkręcamy. Jakiś słupek ma być przy kolejnym PK. Trudno znaleźć. Kolega napotkany 2:34 minuty wcześniej stwierdził, że złaził już tu sporo i ni ma… no jak ni ma? Rozpierzcham się jak… no jak partyzanci! No i jest! 😀

Atak na kolejny punkt. Czujemy się, jakbyśmy oglądali telewizję na balkonie zimą za komuny: nie dość, że czarno-biało, to wieje w ryj i śnieży. Ale warto. Cudo! Tam gdzieś za tą wyspą jest kolejny punkt, jak zaliczymy jeszcze jeden 🙂
No i jest jeszcze jeden, przy ogrodzeniu wg opisu. Jak jest perforator wysoko, to albo nam Sowa podbija, albo nas podsadza. Ale tutaj z Darusiem daliśmy radę 😀
Następny punkt to „na cyplu”. Jest wyzwanie, bo od wschodu szybki atak, ale mapa pokazuje rozlewisko. Od zachodu trzeba jednak trochę zachodu, żeby się doczłapać. Rowery od drogi porzucone samopas gdzieś w połowie odległości na punkt. Spotykamy Aramisów. Basia i Grzegorz. Dziś bez szpad. Spotykamy się już kolejny raz na RJnO. I w tym miejscu zapraszamy gorąco do nich na orientację 17 marca, która odbędzie się w Kobylanach. Wiosenne Czarne Korno. Nie trudno nie znaleźć. Jest plan, żeby uderzyć 🙂 Atakujemy ten punkt, śmieszki, heheszki, docieramy i co? Ej a który punkt tu podbijamy na karcie? 😀 Wmawiamy sobie, że to 64 po paru próbach przypomnienia, bo mapy przy rowerach… ryzyk fizyk! 😀 No i mamy to 🙂Wracamy nazad. Uderzamy na punkt 82. Za 80 punktów. Daruś! Gdzie masz karteczkę? 😀

Liczymy czas. Który niestety kurczy się nieubłaganie. Mamy wg planu jeszcze podbić się na trzech punktach, ale wiemy, że pół godziny to niestety, ale nie do ogarnięcia. Więc haczymy się przy grobie myśliwego i ciśniemy na bazę.
Adrenalina, panika, popieprzyliśmy drogi. Daruś mknie po torach, a z tyłu słychać parowóz. Nie! To nie parowóz. To Sowa tak dyszy! 😀

Do bazy wjeżdżamy 3 minuty przed końcem czasu. Prezes łapie Kierowniczkę, takie koszulki były dzisiaj do ogarnięcia. Piękne, prawda? 

Ale żeby było mało atrakcji, okazało się, że Sowa z Darusiem zazdrośnicy kiedy prezes poszedł na próbną resuscytację do ratowniczki medycznej tak mu rower zapięli, że przez parę km szły iskry, jak się wypiął i trzymał tylko na kołach spiętych w rynnę. Kierownica z prawej strony z klamką krótsze o 3 cm 😀 
Było bosko! Browar na mecie rzemieślniczy przecudo, żurek tak pyszny, że porcja niby nie do przejedzenia, ale z łakomstwa sama weszła, ogórek i chleb ze smalcem już tylko z legend Sowy zrobił furorę… 🙂
Dziękujemy za wspaniałą organizację, za śnieg, za wiatr, za mróz, za TERENY, za  coś zupełnie nowego, bo rogaining to dla nas naprawdę dziewictwo, ale już mamy swój pierwszy raz 🙂

Dziękujemy firmie Brubeck i Quest za tak wspaniałe ubrania! A ubrani byliśmy na tę okoliczność mniej więcej: Brubeck Termo + Brubeck Extreme  Merino Wool + Quest nasza kurteczka, spodnie z ocieplaczem, czasem dwie pary skarpet z merino wool + ocieplacze, rękawiczki ocieplane, kominiarka + czapka Quest, czasem broda 😀

Menu

Facebook