Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Silesia Race czyli pierwsza w tym roku RJnO


Rower, zima, mapa, nieznany teren = jedna wielka niewiadoma.
Jedziemy! Przewińcie w dół, jeśli nie wyświetla się pod tym zdaniem mapa, relacja parę scrollów niżej 🙂

Pamiętacie pewnie ostatni wpis z Rowerowej Jazdy na Orientację z Zendka, gdzie Ania próbowała poderwać nas na śrubokręt? 😉 Jak tylko pojawiły się zapisy na Silesię, od razu napisała do nas maila, czy startujemy. No jak nie, jak tak?  Umówiliśmy się, że póki Sergiusz nie wydobrzeje, to będziemy jej pomagać ogarniać te podia 😉 Pozdrawiamy Sergiusz z tego miejsca i mamy nadzieję, że następne kręcimy wspólnie! 🙂 Wracamy jednak do organizacji. Na początku opiszemy mapę, albo raczej mapy + instruktaż do punktów. Dziś piszę tu prawie monolog, jeśli chodzi o wpis, bo podzieliliśmy się na dwie grupy. Instruktaż do punktów nazwałem zniewieściałą szmatą, bo nie wiedziałem, gdzie mam go wsadzić 😉 Ja wiem, co teraz każdy z Was myśli i chciałby podpowiedzieć mi, gdzie 😉 W każdym razie przez pierwszych parę km woziłem go w łapie, trochę w zębach, potem chowałem za pazuchę 🙂 No trochę przeszkadzał, nie powiem 🙂 Mapa. Główna. Do ogarnięcia 13 podstawowych punktów + bonus zakreślony prawie idealnym kółkiem 😉 z napisem RJnO.

A to właśnie bonus, który nieźle nas ściorał, miejscowi nas tu chyba kładli znajomością terenu, chociaż niekoniecznie… 🙂

A to właśnie zniewieściała szmata, do której będę się parokrotnie tutaj odnosił… 😉

No więc zaczynamy… zajechaliśmy przed 8, odebraliśmy pakiety startowe, przebraliśmy się i poszliśmy na zbiórkę techniczną. Nihil novi, więc poszliśmy montować sprzęty. Ania gdzieś już do nas pędzi. Irek i Alex dzisiaj po raz pierwszy będą lizać jazdę na orientację, ale również jeszcze ich nie ma. Czekamy.

Jest Irek i Alex, od razu pierwsza jazda, od razu wywiady do lokalnych mediów. A ja tu stoję i nic. Zero zainteresowania! 😉 Bo celebrytą trzeba się urodzić, jak widać 😉

Jest I Ania 🙂 Dzisiaj chytry plan, że może podzielimy się na dwóch nawigatorów i dwie grupy, czyli ja z Anią, a Jogi poprowadzi świeżaków 🙂 

O 9 byliśmy umówieni z burmistrzem Tarnowskich Gór na rynku, na małą pogaduchę. Znaczy on gadał, my słuchaliśmy 😉 Jest pięknie! Jeszcze do startu parę chwil, ale sam klimat rynku robi pozytywne wrażenie.

Z minuty na minutę rośniemy w siłę, zapisanych ponad 300 uczestników w różnych kategoriach biegowych i rowerowych. Mariusz Ochal z Oskarem dość rozjeżdżeni, więc mają szansę powalczyć 🙂 Pozdro chłopaki! 🙂

Wystartowaliśmy z rynku i atakujemy pierwszy punkt, z numerem 13. Gwarek. Jakiś krasnal, trochę niższy ode mnie, bo metr wg opisu 🙂 I tu powinien znajdować się lampion… Nie dziwi nas teraz fakt, że czerwoną, wytłuszczoną czcionką napisano w ostatnim biuletynie, żeby wziąć zapinanie i zapinać rowery każdorazowo, jak się tylko oddalamy… Bożesz Ty moj! Robimy zdjęcie na dowód, że lampion już ktoś sobie pożyczył 😉 Pytamy dodatkowo miejscowych, czy to jedyny Gwarek tutaj, pięciu zdezorientowanych nagle stwierdza gremialnie: nie jesteśmy stąd! Taa… 😉
Lecimy na 12, wybierając wcześniej wariant północny. Na razie wszyscy ładnie razem, rozkręcamy się.

Szukamy 12. Z opisu wynika, że szukamy brzozy w miejscu przecięcia rowu i przecinki. Ania wprawiona w przeskakiwaniu rowów pokazuje reszcie, jak robić to z gracją. Chłopaki baczni obserwatorzy dopiero się uczą, ale hycają jak młode zające 😉
Mamy 12.

Porozrzucane rowery, nic tylko brać. I to żaden nie przypięty! Aaaa… no przecież już wyjechaliśmy z Tarnowskich, to już nie trzeba 😉

Atak na 11. Idealnie odmierzam linijeczką odległość, Ania robi dzisiaj za pomiarowego, z licznika podaje, gdzie mamy skręcić. No niby ta droga, jednak nie  ta. Szukamy delikatnego skrętu strumienia. To jednak jeszcze nie ten strumień. Musimy się pilnować. Co z Anią uciekniemy pozostałej trójce, to na takich wyczerpach zaraz nadrabiają.

Jest strumyk. Gdzie jesteś lampioniku? 🙂
Jest! Atak!

W takich sytuacjach zastanawiam się, dlaczego tylko jeden perforator wisi? 😉

Jest kolega, który dojechał nas i będzie się w tej relacji jeszcze przewijał 🙂 Pozdrawiamy i dzięki za wspólne kręcenie! 🙂
Następny atak na punkt to 10. Granica lasu i polany – czytamy ze zniewieściałej szmaty. Opis nieco bardziej dokładny podpowiada, że na wschód od drogi i po południowej stronie strumienia. Kilka metrów od drogi brzoza. Linijka idzie na pierwszy ogień i spokojnie zasypaną szutrówką ciśniemy zerkając na licznik. Dojeżdżamy do granicy łąki i lasu i dupa. Jogi i duet I&A polecieli dalej, ja z Anią zostałem, bo tam mi lampionem śmierdziało. Okazało się, że nie po tej stronie drogi szukałem 😀 No cóż… zachód i wschód tak przecież podobne… 😉 

Zawróciliśmy chłopaków, którzy już prawie gotowi byli zaatakować wagony bez ścian, a tym bardziej bez dachu, między którymi znajdował się kolejny , 9. punkt. 
Ja z Anią już wyrobiłem przewagę nad pozostałymi, więc podejmujemy atak. Pierwsza atakuje Ania 🙂 
Przypuszczamy atak na kolejny punkt. Rozłożyste drzewo i coś tam coś tam o krzakach piszą dwumetrowych, które biegną na zachód. Okazało się, że krzaki jednak nie biegły. Za to Ania jechała. Jak po kartoflisku, bo była droga, której nie było 🙂

Oto i rzeczone, rozłożyste drzewo. Jest i punkt! Perforujemy swoje karteluchy i ciśniemy zdobyć bonus.

Wjeżdżamy w zaznaczone prawie kołem tajemnicze miejsce, gdzie musimy zmienić mapę na drugą. Skala nam się robi z 1:50000 na 1:10000, więc i w głowach trzeba się przeskalować, chociaż jest trudno. Dopada nas lekkie zmęczenie, atakujemy najpierw punkt B. Ania pierwsza. Ja niepewny czekam, czy to na pewno B, bo rowery z mapami zostały na górze. Ania ogarnia i wraca, pytam: B? Słyszę zza skarpy niewyraźnie: …a….k! No to tak, czy A? Be! Jak baran! No to zabeczałem, podbiłem i popędziłem owczym pędem do roweru 😉

Z B do C mieliśmy albo na szagę, albo ścieżką. Na szagę wiązało się z pokonaniem strumienia. Podjedziemy, zobaczymy. Mijamy kolegę, który jechał rewersem naszej trasy i powiedział, że po kamieniu się da. Przeprawiłem się pierwszy, żeby pomóc Ani, nie zdążyłem jednak krzyknąć w porę, żeby poczekała i wyprała sobie buta po kostkę.

Nauczeni po ostatnim rajdzie, że druga para skarpet to podstawa, zwłaszcza o tej porze roku, więc szybka przebierka, podpowiadam jeszcze, że jakaś foliówka na stopę, żeby odizolować wchłanianie wody z buta przez skarpetkę, no i kanapka chyba musiała zostać zjedzona wcześniej 😉

Dotarliśmy  do C. Tu można było zęby zgubić, jednak wszyscy z pełnym uzębieniem prezentowaliśmy swoje uśmiechy 🙂

No i jakby to powiedzieć… niby zimą łatwiej, bo biegacze pomagają zostawiając ślady, jednak wg zdrowego rozsądku powinniśmy wrócić się prawie pod strumyk, gdzie prawie suchą stopą przeszliśmy, ale co tam, skrót to skrót 🙂 Wg zdrowego rozsądku… jednak nikt normalny w takich zawodach nie startuje 😀
Pod górkę, po jakimś terenie, po którym jechać dało się tylko dzięki dobrze pracującej głowie, bo często nogi to nie wszystko. Słońce i ten śnieg rekompensowały wszelkie zmęczenie. 

Zmęczenie? No Ania się uśmiecha, jak na złość. Ja zżarłem tu pół chałwy. Trzeba uzupełnić trochę cukry. Przez całą drogę zjadłem tylko tę chałwę, więcej nie było potrzeba. Technicznie dobrze się przygotowałem, wystarczył do tego jeszcze litr izotoniku i można było spokojnie ogarnąć na tym paliwie tę krótką przygodę 😉

Punkt H zaliczamy wzorowo. Za nami tłumy. 

Podbiliśmy do najwyższego punktu na tym terenie, czas na zjazd. Przepiękną ścieżynką zbijamy do kolejnego punktu – D.

Ania! Ania! Za mostkiem w prawo! Znowu popieprzyłem, już mamy wracać, bo miało być przed mostkiem w lewo, ale Ania dostrzega jakiś lampion. No nie przeskalowałem się na tej mapie jeszcze i te odległości są tak szybko pokonywane, że dwa kręcenia korbą po twardej nawierzchni i już. Spotykamy lekko zdezorientowanych rowerzystów, którym wydaje się, że to punkt B chyba. No jednak nie bardzo 😉
To punkt E, który zdobywamy rzutem na taśmę 🙂

Kolejny, już książkowo D. Teraz się wstrzeliłem w skalę. 

Lecimy dalej. Nawet nie znacie tej radości, kiedy facet znajduje punkt G! Yeaaahhh! 🙂 Z mapą, bo z mapą, ale mam to! Ktoś z Was już go znalazł?

No jest taki jeden… prześladuje nas… 😉 Co prawda znalazł go szybciej dzięki mnie, bo ja stamtąd właśnie wracam 😉

W międzyczasie wbiliśmy jeszcze punkt F i A, gdzie na tym drugim jest bufet z żarłem i gorącą herbatą. Doświadczenie mówi mi, żeby odhaczyć i spadać, bo zagrzejemy się w pomieszczeniu i wymarzniemy za chwilę… niebezpieczne i zdradzieckie, więc zęby w kartkę i wyjeżdżamy z bonusu. Wracamy do mapy 1:50000. Szukamy piątki. Gdzieś na wysepce. Urokliwej. Uroku dodała jej grupa myśliwych, którzy mieli tam jakieś swoje 30-lecie. Pozdrawiamy, następnym razem uczcimy z Wami! Dziś nam się trochę spieszyło 😉
Atak na 4. Wg zniewieściałej szmaty próba jest możliwa tylko od południa. Ania, poka kompas. No jesteśmy od południa. Punktu niet. Liniałka idzie w ruch i wg niej mamy 250-300 m od zachodniej części wyrobiska.  Jeździmy, prowadzimy, wbijamy w każde możliwe odbicie pod krawędź wyrobiska. Śladów butów i opon przed nami już się uzbierało, czyli to musi być tutaj. Kompas nie kłamie. Sprawdzamy na drugim. To samo. Południe to południe. Może chodziło o to, że trzeba w południe atakować ten punkt? 😉 Zmarnowaliśmy tu dobre pół godziny, dopiero dostrzeżeni na dole dwaj biegacze odpowiedzieli niczym echo zapytani: punkt jest? Jest! Jest! Jego mać! No to lecim. Atak jednak od SE, a nie od S. 
O! Kolega znalazł się z nami jeszcze na górze, to już go pociągnęliśmy w depresję i razem przyatakowaliśmy nieszczęsną czwórkę. Tam kazali wejść. Wszedłem na stojaka 😀 😀 😀

Ale najpierw trzeba było podejść pod śliskie kamienie. Nieee… nikt tu piaskiem nie posypał 😀 Po prostu już tak tu wydeptali, że się dokopali 🙂 Widać zmęczenie na mej facjacie, ogarnąłem zaraz po tym resztę mojej chałwy. Szczęśliwi lecimy na trójkę, paradoks, bo w trójkę 😉
Jest punkt widokowy i jeden z ostatnich lampionów. Tutaj przykuty łańcuchem, co chyba znaczy, że to już prawie Tarnowskie 😉 Dodatkowo był w jakiejś pancernej obudowie 🙂
Kolejny punkt to Zabytkowa Kopalnia Srebra. I my. Szukaj punktu w  jednej z lokomotyw… Znaleźliśmy, jednak nie było to w jednej z lokomotyw, tylko w tej drugiej 😉

Poprosiliśmy przypadkowego przechodnia o fotę. Ten nie był wylewny w robieniu zdjęć, bo jakkolwiek daję telefon do zrobienia zdjęcia, to walą aż się prawie pamięć nie zapełni 😉

Jeszcze punkt nr 1 na mapie, który znajdował się pod mostem na trasie nr 11 i lecimy na kolejny. 8 punkt przejechaliśmy już na ślepo, gdzieś pod jakimś fitnessem obok Biedronki. Nic ciekawego, ale armata, czyli ostatni, 7 punkt wyznaczony wg nas to była już wisienka na torcie. Niestety trzeba  było się wdrapać. Przy moim wzroście miałem 4 nieudane podejścia 😀 W końcu perforator się zlitował i wyciągnął do mnie zęby 😉 Mamy to!

Jesteśmy odhaczeni, zdaliśmy obiegówki, spotkaliśmy jeszcze na finiszu naszych dobrych znajomych – Grześka Maturę z Luną i Arka Laskowskiego, którzy tym razem ogarniali temat piechty. Jogi, Irek i Alex gdzieś tam koło czwórki kręcą się jak my wcześniej.

Za chwilę dekoracja, dla nas już jesteśmy zwycięzcami, bo MAMY TO! Ogarnęliśmy całkiem niezłe wyzwanie! 🙂

Są nasze moruski! Dotarli! Wg mnie wygrali tytuł najbardziej przyciągających wodę i błoto 🙂
A i proszę! Ania zdobyła w swojej kategorii 2 miejsce! Gratki! Na Korno w Zendku zdobyła pierwsze, więc naprawdę dla mnie jest to większa frajda, niż ja miałbym tam stanąć 🙂 Ale w sumie w loterii fantowej zostałem wylosowany i zgarnąłem czarne, pudełko, którego zawartość organizator Marcin owiał tajemnicą 🙂 Powiedziałem, że otworzę dopiero pod choinką, ale paru niecierpliwych zmusiło mnie do otwarcia 😀 Mam fajne słuchawki 😀

Dzięki organizatorom za fajną frajdę, za tereny, za śnieg, za atmosferę nie do opisania no i same ochy i achy! Za tydzień ruszam z Sową i Darusiem na Rajd Liczyrzepy do Krośnic a już teraz zapraszam na BnO 5 i RJnO 6 maja w Załęczu Małym! 🙂 Do zobaczenia na następnych orientacjach! 🙂

Menu

Facebook