Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Zalew Sulejowski w rewersie


Jako, że Zalew Sulejowski niektórzy z nas objeżdżają dziś po raz czwarty, a niektórzy nie byli tu w ogóle, to żeby wszystkim było miło i przyjemnie, a trasa zróżnicowana, jedziemy dziś w przeciwną stronę, niż jeździliśmy do tej pory. Miejsce startu co prawda to samo, ale odwrócona trasa dla stałych bywalców jest zupełnie nowym doznaniem. Rozpakowujemy sprzęty i ruszamy na wał.

Opuszczamy Zespół klasztorny opactwa cysterskiego w Sulejowie – położony w Podklasztorzu (obecnie dzielnica Sulejowa) jeden z najlepiej zachowanych zespołów cysterskich w Polsce, będący zabytkiem architektury romańskiej.

Będąc już na wale rzeki Pilicy uwieczniamy właśnie nasz klasztor w tle. Temperatura około zera stopni, lekki zachodni wiatr i słońce 🙂 Można jechać 🙂
Pilica o tej porze roku ma bardzo wysoki poziom, o czym przekonamy się na powrocie po drugiej stronie, gdzie jadąc w tamtym roku plażą i rozjeżdżając muszelki dzisiaj tego nie osiągniemy, bo plaża szerokości około 20-30 metrów jest pod wodą. Humory dopisują, jesteśmy w dobrym czasie.

Jako że jedziemy od tyłu, staramy się trzymać prawie zawsze linii brzegowej, bo droga w drugą stronę prowadzi często odchodząc od zalewu. Jak widać, nie zawsze da się jechać, chociaż tu się dało 🙂

Po kolejnym braku drogi szkoda czasu na spacery, jednak wiemy, że dziś będzie dużo trudniej niż latem, ponieważ poziom wody jest zupełnie inny, przez co dopływy do zalewu są na bardzo wysokim poziomie 😉
Droga na mapie jest, ale tylko do tego momentu. 50 metrów bagienka do kolejnej drogi każe nam zawrócić, co też grzecznie czynimy. Mamy zapas czasu, więc możemy sobie pozwolić na pewne ryzyko i nurkować drogami niespodziankami 🙂
W tym miejscu zawsze była przeprawa na dwa, czyli z lewej strony były zwalone drzewa na małą wysepkę znajdującą się na kanale, dziś trochę trudniej, bo lekko zaśnieżony kawałek zwalonych drzew w połączeniu z spdkami na nogach nie czyni tej przeprawy pewną.

Trzymając się cały czas, albo starając się trzymać brzegu trafiamy na bazę mrówek. Wszędzie tabliczki ostrzegawcze, jedna śmieszniejsza od drugiej, a najśmieszniejsze, że mrówek nie było 🙂

Tu za  mrowiskiem pojawiła się kolejna przeszkoda: płot, który wchodził aż do wody, co jest oczywiście niezgodne z prawem wodnym, gdzie dostęp do linii brzegowej powinien być zapewniony przez właściciela gruntu na pasie 1,5 metra. Tu niestety przepis został złamany, jak i nasze nadzieje, gdzie wjechaliśmy w miejsce obozu harcerskiego szukając przejazdu.

Wcześniej jednak jeszcze rzut na zalew, póki słońce świeci, bo za chwilę zrobi się smutno i szaro.

Obozowisko harcerzy opustoszałe, nawet wiatr tu nie zagląda. Łódki z czasów PRLu, jak i reszta klimatu, ale jest tu specyficznie i fajnie 🙂

Po wydostaniu się z ośrodka i objechaniu go, trafiamy na drogę, którą wracamy do brzegu.

Prym w dzisiejszym nawigowaniu próbują wieść Daruś i Sowa. Pierwszy z różnym skutkiem, bo jak wiadomo w grupie, że kiedy pojawia się Daruś i jego wspaniała mapa z czasów wehrmachtu, to zawsze trafimy na jakąś wodę. Dziś akurat prezes dotarł do bagienka bez pomocy Darusia, ale zgonił na niego. Natomiast Sowa wyprowadził grupę w jakieś sitowia i musieliśmy zawracać, ale żeby zawrócić i pomylić drogę powrotną i zawracać podczas zawracania? Robi się coraz ciekawiej 🙂
Kolejna przeprawa przez dopływ do Pilicy. Tym razem musimy górą, bo jak zawsze przejeżdżaliśmy tutaj dołem, tak dziś nawet rybom było za głęboko 🙂

Istotnym elementem na tej trasie jest fakt, żeby upuścić sobie powietrza z kół do wartości mniej więcej półtorej atmosfery, bo droga jest mocno ukorzeniona, a klejąca opona do gruntu daje dużo więcej frajdy, niż nabita, która odbija nas co chwila od podłoża, powodując drętwienie różnych kończyn i ból pleców, szczególnie poniżej pasa 🙂 Niestety czasem można przetrzasnąć dętkę, ale to jest to ryzyko, które jesteśmy w stanie ponieść 🙂

Co chwila natrafiamy na ciekawą przeprawę, ale ta zmusiła nas do wybrania przez każdego indywidualnej formy przebicia się przez błotniste bagno. Prezes z impetem wjechał na 90%, lecz koła utopione po ośki skutecznie zblokowały końcówkę, a on sam ratując dupsko zeskoczył w ostatniej chwili i uciekł do lasu. Maciek nie wiadomo jak przedostał się niepostrzeżenie, bo reszta dopingowała Darusiowi, który się mało co nie utopił parę metrów niżej, na szczęście miał filtr powietrza wyprowadzony powyżej napędu i jakoś przejechał. Monika znając karate, skaratowała to z buta a Sowa poniżej.

Sowa podpuszczony przez Prezesa postanowił pokazać, na co stać koło 29 cali w trudnym terenie. Niestety na samym końcu błotnistej przeprawy stał prezes, przez co Sowa musiał skapitulować, żeby nie przejąć funkcji prezesa przez przejechanie panującego 😉 Też więc buty w gównie musiał zamoczyć 🙂

Dojeżdżamy do zapory. Na półmetku jesteśmy w komplecie i chyba tak już zostanie do końca dzisiejszej eskapady 🙂 Chociaż kto wie?  Nie no, nie ma dziś hamulcowych, więc nic takiego się nie wydarzy 🙂
Wzmógł się wiatr, dość poważnie się zachmurzyło, chociaż pogodynka obiecała słońce na większości trasy. Kurtki z windstopperem robią dobrą robotę, bo jedziemy pod dość mocno wiejący wicher i nie mamy negatywnych odczuć.

Dojeżdżamy do pewnie tętniącej latem przystani, gdzie wszędzie kuszą banery i szyldy z zachęcającym, regionalnym żarciem: rybka z grila, kurczak, kebab 🙂 Maciek jak dziecko ucieszył się ze zjeżdżalni, zaczął już nawet na nią wchodzić, żeby sobie zjechać, ale stwierdził, że basen za głęboki i nie opanuje lądowania, a bark po Srebrnej Górze jeszcze nie w pełni sprawny 🙂

Na dalszej trasie znowu ślepa uliczka i trzeba zawracać.

Dojeżdżamy do pełnej trudnego do pokonania plaży piachu. Daruś mówi, że to plaża nudystów, ale chyba kłamie, bo żadnego nie spotkaliśmy.

Trafiamy na kolejną przystań. Jakim jest nasze zdziwienie, kiedy okazuje się, że jedna ze smażalni jest otwarta 🙂 Trzy razy pytamy właściciela, czy aby na pewno 🙂
Po potwierdzeniu siadamy na gorące płyny. Sowa pokazuje, jak nie należy postępować z cukrem 🙂 Po małej regeneracji czas ruszyć na ostatnie kilometry dzisiejszej wyprawy.

Pamiętamy, że ostatnio jadąc w tym miejscu, znajdował się błotnisty przejazd przez strumyk, opatrzony paroma belkami, po których można było przeprawić się na drugą stronę. Dziś woda wysoka, ale nie na tyle, żeby prezes nie mógł tędy przejechać na tzw. cykadełko 🙂 Reszta jednak jest na tyle normalna, że postanawia znowu spacerkiem i wydłużając sobie czas wycieczki, przeprawić się po swojemu 🙂

To nie był najgłębsze miejsce, głębiej było przez główną drogę 🙂

Za każdym razem, kiedy jechaliśmy przez rozlewiska Pilicy w drugą stronę, mistyczne mostki urzekały nas swoim klimatem. Dziś na szczęście zostawiliśmy je sobie na deser, tym bardziej, że pokonywaliśmy je około zachodu słońca i dopiero można było wczuć się w klimat.

Spójrzcie na to: niby jakiś taki mostek, który dopuszczony jest do ruchu, a u nas problem z przeprawą przez kanał Krzyworzycki, gdzie konstrukcja po kolejce wąskotorowej jest tam sto razy masywniejsza. Ale zabija nas biurokracja, w której toniemy w przeciwieństwie do kanału 🙁
Dojeżdżamy do Sulejowa, został nam tylko przejazd wałem i przed nami klasztor Cystersów.
Mimo, że to już praktycznie zima, to klimat nad Sulejowskim jest równie piękny co i wiosną, czy inną, cieplejszą porą roku. Dziś było sporo błota, sporo wody, no ale Daruś to nasza taka wodzianka, gdzie zawsze zapewni dodatkowe atrakcje 🙂
Po wspaniałej przygodzie z zalewem udaliśmy się na szamę, padło na Piotrków i pizzerię Tina na alejach 3 Maja, którą z całego serca polecamy 🙂 W przyszłą sobotę paru z nas rusza na zimowe KORNO, czyli jazdę na orientację, więc trzymta kciuki! 🙂

Menu

Facebook