Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Srebrna Góra Enduro Trails, czyli Polak potrafi


Po kilkukrotnym odwiedzeniu Rychlebskich Ścieżek i Lipowskich na samym początku istnienia grupy, czas na coś innego, po naszej stronie granicy. Rośnie spory fejm na temat Srebrnej Góry, która podobno kończy właśnie dopiero drugi sezon. W sumie w ośmiu na dwa, a ostatecznie w dziewięciu na trzy auta jedziemy zobaczyć, co się tam kryje. Znaczy się Irek i Alex byli tam już parę razy, a ostatnio zabrali Macieja, więc mamy tutaj ogarniętych przewodników. Na początku Irki i Alexy proponują nam wjazd na oślą łączkę i poćwiczenie na rozgrzewkę i zrozumienie pewnych kwestii, czyli stałych fragmentów gry, spotkanych na zjazdach. Alex doskonale tłumaczył przy pomocy taty, jak należy się zachowywać i jakie pozycje przyjmować na zjazdach, Maciej pokazał, jak nie należy pokonywać hopki 😉
Śmigamy na wyprofilowanych zakrętach, przejeżdżamy przez mostki z drewna, skaczemy przez różne przeszkody, generalnie wszystko to, co spotkamy potem na trasie.

Hopa! Można polatać, nawet na hardtailu, ale Irek z Alexem wkurzali nas swoimi umiejętnościami, dokładając przy tym miękkie ramy 🙂

Po dobrej lekcji wspólna fota na wypadek, jakby kogoś poniosła fantazja i puścił hamulce 😉

Mamy porównanie z Rychlebami i mimochodem będziemy porównywać tę miejscówkę do czeskich braci. Tutaj jest o tyle fajniej, że prawie pod sam szczyt wjeżdżają „tarpany”, czyli auta załadowane krejzolami, a przyczepki ich rowerami. Jest to na pewno spory zysk czasu w porównaniu z podjazdem, który wynosi około 6 km cały czas pompując w górę. Jednak my, którzy lubimy mocne podjazdy decydujemy, że pierwszym podjazdem oddamy hołd górom i pokonamy go samodzielnie 🙂 Nie jest lekko, ale ciężko też nie 🙂 Irek i Alex nie pojechali z nami, bo wiedzieli czym to pachnie. My wszyscy prawie na hardtailach mieliśmy dużo łatwiejszy podjazd, niż oni na ęduarasach.

Zakładamy dzisiaj trzy do pięciu zjazdów. Zobaczymy, Irek realista stawia na trzy, Prezes optymista – na pięć. Jedziemy najdalej pod górę, bo na start trasy o nazwie Romet Red Line. Podobno najłatwiejsza. Sprawdzimy.

Jest szczyt, tu zaczynamy zabawę w dół. Odliczyli się wszyscy, a Alex z Irkiem czekają na nas niżej, na początku zjazdu trasami ABC. Piździ okrutnie, a przecież to nie kieleckie 🙂 Dobrze, że mamy kaski zapięte, bo łby mogłoby pourywać 🙂

Koniu zajarany jak dzik lochą już nie może się doczekać, jaki tu jest flow. Startujemy.

Na zjazdach słabo ze zdjęciami, więc staramy się łapać chwile tam, gdzie możemy spokojnie policzyć wszystkie zęby 🙂 Tu jakiś czas temu skończył się rometowy flow, trzeba się trzepać stokiem trawiastym, który generalnie idzie pod górę, a miało być już w dół.

Romet szczerze powiedziawszy nie zachwycił, żyjemy cały czas Rychlebami, mając we wspomnieniach Superflow. Tutaj co prawda na żadnej zjazdówce nie uświadczyliśmy tej białej masy, którą utwardzone są Rychleby, ale trzeba zaznaczyć, że Rychleby dzielą się na dwie części: południe i północ. Wszyscy cisną na południe, a północ taka traktowana po macoszemu, a naprawdę można tam nieźle się wyszaleć. Ale wracając do tematu Srebrnej. Docieramy na rozdroże szlaków BC, dalej w dół idzie A1 i A. Irek z Alexem już czekają, w międzyczasie dojeżdża „tarpan”.

Zjeżdżamy trasą A. Niby zaraz po Romecie najłatwiejsza, ale zafascynowani Rychlebami kręcimy nosami, że cały czas heble w dół i słabo z tym flow, który powinniśmy poczuć. Pierwsza część zjazdu strasznie zryta, tarka w wielu miejscach, ale w sumie przypomnieliśmy sobie słowa Irka: wytłuczone fragmenty z racji nieumiejętnego hamowania tylnym kołem, przez co wyrwana ziemia zrobiła swoje. W sumie to już koniec sezonu, więc trafiliśmy na ochłapy. Ale trzeba przyznać, że druga część już była płynniejsza, można było puścić klamki w wielu momentach i poczuć wiater w kłakach. W sumie to my amatory jesteśmy, więc i tak zjeżdżamy zachowawczo, jednak każdy ma prawo do wyrażenia własnego zdania 😉 Podjarani końcówką czekamy na „tarpana” po małym odpoczynku. Bo tu naprawdę można się zmęczyć stojąc większość na ugiętych nogach, ze zgiętymi rękami i próbując nie wypieprzyć gdzieś poza ścieżkę 🙂 Na jedno auto wchodzi chyba z 8, 9 typa, więc liczymy, że na dwa pierwsze transporty się nie załapiemy, ale trzeci jest ogarnięty dla nas. Jak się później okazuje, nawet wśród rowerzystów istnieją cwaniaczki, którzy w dupie mają innych, więc łapiemy się dopiero na czwarty transport, przez co mamy czterdzieści bitych minut czekania w dupę. A Janek mówił: już byśmy byli na górze, kręcąc samodzielnie 🙂 No ale… latem można sobie tu podjeżdżać, bo podjazd naprawdę świetny, ale tu listopad krótkimi dniami nas karze, więc nie kombinujemy i wciskamy od tej chwili w podjazdy silnikowe 🙂
Rozładunek i jeszcze kawałek dobrego podjazdu, by spróbować sił na trudniejszym rzekomo zjeździe, oznaczonym literką B.

Prezes zjechał B, wcześniej A i stwierdził od czego są te literki: A… może być, B… aardzo fajny zjazd 🙂 Generalnie jedni czuli się lepiej na A, chociaż bardziej dawał w dupę kończynom, B był bardziej dynamiczny, szybszy, dziki. Koniu nawet wyłapał liścia, a raczej bukiet liści w kask, kiedy to nie trafił w mostek i postanowił przy pikowaniu, że zachłyśnie się wodą prosto ze strumyka 😉 B generalnie zrobił na nas dużo lepsze wrażenie.

Został jeszcze C, ale czujemy, że jak na dziś to za dużo wrażeń, więc powtórzymy sobie jeszcze A i B. Kolejna podwózka za dychę i lecimy dalej, na szczyt.

Podjazdy tutaj są naprawdę wymagające, ale to jest coś dla nas właśnie. Lubimy się ściorać i w górę, i w dół 🙂
Podjechaliśmy na punkt startu, jest zjazd A1 i od razu ściana w dół. Odezwały się w nas dusze ekspertów, jednogłośnie stwierdzając: eeee… luzik. Dupa do tyłu, łapy na wyprost i do zjechania! 🙂

No i tutaj miała zacząć się kolejna zabawa, bo tym fragmentem jeszcze nie jechaliśmy, a to jest jakby odnoga trasy A, która łączy się za parę chwil z główną właśnie.
Jednak doświadczony Irek sugeruje, żeby najpierw zrobić około połowę krótszą B jeszcze raz, bo na A zmęczymy mięśnie i możemy nie zdążyć się zregenerować na kolejny zjazd. W sumie racja. Jedziemy jeszcze raz B.

Tym razem raz po raz B, to już inaczej wybiera się zakręty, już hamulce trochę puszczają, już pewne hopki można potraktować trochę brutalniej, przez co zjazd jest szybszy i dynamiczniejszy zarazem.

Alex tak się wczuł, że pociągnął snejka i pokrzywił felgę. Na dziś chyba już koniec jego zjazdów. W sumie u nas jeszcze jeden w planie.

Tak nam się ta karuzela spodobała, że Buri poszedł po kolejny bilet na łańcuchową 🙂

Prezes przypomniał sobie rolę Tytusa w wyprawie w Bieszczady z tamtego roku i cieszy się jak małpa, że jeszcze raz będzie mu dane zjechać 🙂

Rozpakowujemy „tarpana” po raz ostatni i udajemy się na A1.

Jako, że zespół ekspercki po oględzinach pierwszej ściany stwierdził, że wszyscy tu zjedziemy, tak zjeżdżamy. Najpierw Prezes. Jego zjazd obserwuje Buri i mówi: poczekaj, to Ci fotę j.bnę, jak zjeżdżasz sprowadzając 🙂 Prezes po szybkim zjeździe od połowy odwrócił się i uwiecznił też piękny zjazd Buriego. Szedł jak szatan! Szedł… 😉

Za nami zjeżdżali Koniu i Sidi, piękny flow! Sidi nawet tak brał zakręt, że łokciem aż poczuł wewnętrzną 😉

Dobra, koniec żartów. Sprowadzaliśmy, bo już byliśmy na tyle rozluźnieni, a to był nasz ostatni dzisiaj zjazd, że łatwo było o mały błąd, a wtedy o wypadek nietrudno. No ale Buri! Że wszystko sprowadzasz do jednego? 😉

Szczerze powiedziawszy, to odcinek A1 zrobił na nas mega pozytywne wrażenie, bo połączony był dobrym zjazdem z paroma technicznymi momentami.

Skończył się krótki A1, wbiliśmy na A. Jest już dużo lepiej, bo szczerze powiedziawszy, to w dużej mierze na rowerze pracuje głowa i jak się źle nastawisz psychicznie, to nawet jak lubisz czekoladę, to nie będzie Ci smakować.

Po uwolnieniu pierdyliardów endorfin czas na wypłukanie Srebrnogórskiego błota, które rozjeździliśmy w paru miejscach. Na szczęście trasy były dzisiaj w większości suche, bo na mokrych liściach nie ma zabawy.

W pełni sezonu funkcjonuje tam buda z żarciem, podobno dobrym, lecz nie było nam dane dzisiaj spróbować, mimo dość sporej frekwencji na trasach. Jest tam taki właśnie food truck o iście rowerowej i zachęcającej do żarcia nazwie: Pycha Szprycha, ale to następnym razem, bo jeszcze tutaj wrócimy. Na wiosnę, czy jakoś tak. Janek nasz trenerzeżuńcio nie pojechał już z nami na dwa ostatnie zjazdy, lecz pokręcił się po okolicy przypominając sobie stare czasy, chyba z 42 roku, gdzie był tu na jakimś obozie… 😉 Wyhaczył dzięki temu jakąś knajpę, bo szukaliśmy jakiejś dobrej szamy. Stoi parę aut przed Karczmą Piwną Górska Perła, więc wbijamy. Jedzonko bardzo ok, obsługa jeszcze lepsza. Polecamy również to miejsce 🙂

Jeśli mamy porównać Srebrną do Rychlebów, to po przeczytaniu paru recenzji w necie możemy powiedzieć tak: Srebrna to połączenie Rychleb północnych i południowych. Północne dzikie, lecz generalnie płaskie, typowe XC. Południowe to typowy hebel pod górę, a potem flow. Tutaj właśnie było tak, że flow czuliśmy po dobrym heblu w górę, ale wśród dzikich i naturalnych zjazdów, bardzo zbliżonych klimatem właśnie do północnych ścieżek na Rychlebach. Szczerze, na pewno tu wrócimy i bardzo polecamy to miejsce! Mimo, że młode, to naprawdę nieźle się rozwija! Aaaa i jeszcze jedna, ważna sprawa. Kupując opaskę, wspieracie rozwój tego miejsca! Nie mogliśmy nie wspomóc, bo to przecież od nas, dla nas! Dzięki Irek i Alex za profesjonalne ogarnięcie tematu! Pozdrawiamy organizatorów Srebrnej Góry! I jeszcze drugie: trasy Srebrnej są częścią MTB Głuszycy, której część pokonywaliśmy w tamtym roku i również możemy szczerze polecić. Bardzo profesjonalne podejście i oznakowanie. Znają się chłopaki na robocie! A Ty Maciek wylizuj się i wracaj, bo nie możesz mieć wszystkiego na swoich barkach 🙂

Menu

Facebook