Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Pieczyska i Zalew Kurowski


Dzisiaj w planach objazd trasy maratonu niepodległościowego MTB Wieruszów, w którym nie weźmiemy udziału ze względu na zbyt wysokie wpisowe w połączeniu z dezorientacją z tamtego roku… zachęceni po zawodach dwa lata temu na kolejne, szybko się zniechęciliśmy po zeszłorocznych, więc wolimy się tam pobawić sami 🙂 Pogoda dzisiaj marzenie jak na listopad: 13 stopni, słońce, ciepły wiatr, tylko nie wiadomo, czemu większość poubierała zimowe kurtki 🙂 Na początek trasy zbadamy tworzoną ścieżkę szlakiem wąskotorówki. Chodzą słuchy, że już na krótkim odcinku wylano pas asfaltu. Jedziemy obczaić. Hmmm… mamy nadzieję, że ten asfalcik to podbudowa głównej nawierzchni, bo na góralach tam trzęsie, a po środku jakiś niefart w postaci placka łatającego fragment… jak miałaby tak wyglądać nawierzchnia, to byłaby to jakaś masakra, a wysokość nawierzchni względem krawężnika trochę nas przeraża 🙁

Parę dni temu pisaliśmy o altanie, która uległa z pomocą czynnika ludzkiego wykończona przez wiatr, a jeszcze dobrze nie stanęła. Rano dostaliśmy cynk, że jest ekipa, która reinkarnuje zwłoki i faktycznie 🙂 Już prawie stoi cała 🙂 Cieszy oko 🙂

Jest na dzisiaj taki plan, że bez zbędnych ceregieli jedziemy prosto asfaltami na Czastary, a tam dopiero w lasy i zaczynamy bawić się na pętli przy Pieczyskach. No ale jest Daruś ze swoim garminem i 120-letnim doświadczeniem w podwieluńskich terenach, i gdzie on nie jeździł! 🙂 Na początek błądzenie w sadzie, bo nikt nie chciał Darusiowi wierzyć, że trzeba skręcić tam, gdzie czołg by się utopił. Także wracamy.

Daruś się chwalił, że jechał tędy. Jakieś 20 lat temu. Tu ma powstać zbiornik kurowski. W sumie jak się dalej przekonamy, to on już nieformalnie powstał patrząc na pewne przyrodnicze niuanse.

Te niuanse widać na zdjęciach, ale uwierzcie, że w rzeczywistości to nie są żadne niuanse 🙂 To się dzieje w ogromnej skali! Te małe punkciki wznoszące się nad horyzontem i drące mordy na całą okolicę, to setki czajek! Widok przecudowny, tyle ptaków na raz! 🙂

Wcześniej jednak zwróciły naszą uwagę w dalszym planie większe ptaszyska, które też w liczbie setek okupowały kolejną zalaną łąkę. Kiedy zbliżaliśmy się w ich stronę, całe stado zerwało się w górę, drąc mordy jeszcze głośniej niż minięte przed chwilą czajki. Nie liczymy już saren, zajęcy, czy bażantów, które w dość bliskiej odległości uciekały bardzo leniwie. Jesteśmy za tym, żeby ten zbiornik powstał jak najszybciej, bo ostoje ptaków są na to najlepszym dowodem, że klimat jest tu naprawdę sprzyjający. Na kolejnej łące z kolei pływała sobie para łabędzi.

Tacy zachwyceni krajobrazem dookoła stwierdziliśmy, że chyba jesteśmy w samym centrum zbiornika zalewowego. Droga zamieniła się w rzekę, którą to mieliśmy dopłynąć do mostu na Pysznej. Ale Daruś zna 🙂 Zna…czy się jechał tędy 20 lat temu 😀 Poszedł po ambicji i ruszył jako pierwszy desperacko szukać przejazdu czymkolwiek. Cokolwiek to była łąka, która wyglądała raczej jak pole ryżowe. Wody niby nie widać, ale jak przejechaliśmy tędy we dwójkę, to sami widzicie, jak się odkryła 🙂 Kręcić trzeba, a buty w dolnym położeniu pod wodą 🙂 Reszta grupy zaczęła kombinować, kręcić nosem, więc rozdzieliliśmy się i Sowa z Maćkiem i Jogim próbowali zaatakować kolejne rozlewisko z prawej strony. Złorzeczący Prezes na Darusia mało co go tam nie utopił 🙂

Dojechaliśmy we dwójkę pierwsi do mostku na Pysznej. Czekamy dobre 10 minut na resztę ekipy. Fajna droga na zdjęciu, co? Ha ha 😉 To nie droga! To Pyszna! 🙂 Zarosła dla niepoznaki 🙂 Żeby taki Daruś się skusił 🙂

Ale nie. Daruś wykręca to, co zabrał na łące do butów 🙂 Tutaj jest po prostu jedno wielkie zajebiste rozlewisko 🙂 Dobrze, że jest 13 na plusie i słonecznie, bo pewnie tu skończylibyśmy przy gorszych warunkach dalszą jazdę. A tak wykręcamy i dopinamy klamry w butach na maksa, żeby było ciasno, przez co nie dawało odczuć się tak wilgoci.

Dojeżdża reszta topielców. Daruś to dzisiaj z legend taki „dziad borowy, który pojawiał się jako postać mężczyzny ubranego w mundur straży leśnej.” Tu miał akurat mundur Rowerowego Wielunia. „Czasami można go było rozpoznać po zbyt małym, czasami po olbrzymim wzroście i trupio białej twarzy. Najczęściej jednak nie wyróżniał się niczym szczególnym. Czekał na zbłąkanych, a następnie niby to im pomagając wyprowadzał na bagna (…) „

Udało nam się pokonać zasadzki dziada borowego i przez Brzozę, Poręby i bokami Łyskorni na Stępną dotrzeć do Czastar, a dalej to już prosta droga leśna na Pieczyska. Na zalanych łąkach większości po wodzie nie chciało się jeździć, ale do zdjęcia to który pierwszy 😛

Wzdłuż torów na zachód dojeżdżamy do Pieczysk, zaraz będziemy ujeżdżać ostępy leśne znanymi już nam singlami 🙂 Znaczy Maciek nie zna, ale pozna. Jogi po wjeździe do lasu stwierdza, że wykończył go kurowski zalew i on jednak poczeka na nas w Przyworach przy kapliczce.

Zaczynamy zabawę. Podjazd, zjazd, hopka, korzenie, kamienie. Teren bardzo fajny do jazdy i trenowania.Dobry zjazd zakończony hopką, którą jak widać pokonuje się różnie: skacząc, pikując, albo objeżdżając tak zwanym chicken linem 🙂

Nawet Prezes pokusił się jako jedyny o przejechanie przez trailowy odcinek po kamieniach. Na zdjęciu widać, że jedzie, więc niech tak zostanie 😉

Jedna górka w lesie, a heblujemy ją od trzech stron 🙂 Ci, co tu już byli przynajmniej ze 3 razy, znają podjazdy i zjazdy, więc wiedzą, gdzie, co i jak. A jak nie, to podpowiadamy 🙂

Jako, że zdjęcia często wypłaszczają teren, możecie zerknąć, jakie tutaj są podjazdy 🙂

W lesie wiatr praktycznie nieodczuwalny, za to odczuwalna jest temperatura na podjazdach 🙂

Ooo! A co tu się stało? Tego podjazdu jak się nie podjedzie dynamicznie, to właśnie tak to później wygląda 🙂

Po zrobieniu niepełnej, jednej pętli dojeżdżamy do Jogiego. Czyja to wina, że Jogi zarżnięty? Dziad borowy gdzieś tu jest, nie będziemy pokazywać palcami 🙂

Bokami – a jakże, bo asfaltami nudno – dojeżdżamy do Czastar. Tylko w Czastarach są znaki zagadki 🙂

W sumie mamy już ponad 50 km, zauważamy sklep, więc jest opcja na chwilę odpoczynku. O winogrono! Jakie pyszne! Jaki to rodzaj, że tak dobrze smakuje? Kradzione 😀

W Parcicach żegnamy się z Jogim, który pociekł asfaltami już na Wieluń, a my dalej na przeciw przygodzie! Nawet jakieś oznakowanie szlaku jest 🙂 EWI 11 🙂 No to jedziemy!
No i ch. Se pojechaliśmy. Sprawdzamy na mapach: żeby tylko na OSM był błąd mapy, to jeszcze pół biedy, ale nawet garmin Darusia pokazywał tutaj drogę… chyba w 45 😛 Wracamy do ostatniej jechanej przez nas drogi i obieramy azymut Wieluń, ale nie żadnymi asfaltami 🙂 Dzisiaj MTB z przygodą w tle 🙂 Albo raczej na pierwszym planie 🙂

Buty nam już dawno wyschły, aż kusi o jakieś mokradła, ale jak na złość sucho 🙂 Jeszcze tylko chwila nacieszenia się lasem, ale też nie wybieramy tej lepszej leśnej drogi, bo nie lubimy iść, a raczej jechać na łatwiznę 🙂
No i zjeżdżając w jakieś dziwne i mroczne tereny trafiamy najpierw na wilcze doły, a potem na jakieś przeraźliwe miejsce oznaczone straszliwą czaszką na kiju.

Okazuje się jednak po rysach twarzy i resztkach uzębienia, że to jakiś przodek Sowy. No jak dwie krople!

Jakoś umknęło uwadze, że na powrocie mamy często wiatr w czaszki albo z boku. Na szczęście dojechał nas rolnik leśnik, którego koła się zahaczyliśmy! Och jaka ulga schować się od wiatru! Na 100 metrów taka ulga była, bo chłopina nas wyprzedził i zaraz zjechał na posesję 🙁

Przejeżdżamy Kaziemierza, Słupsko i dojechawszy do Chotowa rozumiejąc się bez słów skręciliśmy na szlak wąskotorówki. Sprawdzimy, jak wygląda temat trasy do mostu na kanale Krzyworzeckim od strony Wielunia. No, trzeba przyznać, że wygląda grubo 🙂

Mała przenoska i już jesteśmy na terenie naszej gminy 🙂 Jak tylko Mokrsko ruszy z dotacją, to mamy piękny kawał dobrej i ciekawej trasy 🙂
Przestrzegamy jednak na tę chwilę jadących od Wielunia, żeby się za bardzo nie rozgadywali na końcówce przed mostem, bo można zostać wpędzonym w kanał 🙂 Wygląda niewinnie, prawda?
Dojeżdżamy do Turowa, buda już stoi, cała i zdrowa 🙂 Co prawda w środku akwen wodny, który to już Daruś chciał rozjeżdżać, ale pewnie niedługo przyjdzie tu jakaś podłoga i ławki, i zrobi się klimat 🙂
Nam jeszcze mało terenu, więc na zakończenie dzisiejszej rajzy singiel po naszym lasku 🙂 Maciek nie znał, ale spodobało mu się 🙂

Taka pogoda mogłaby rozpieszczać nas jesienią i zimą co weekend, dałoby nam to dodatkowego kopa do wymyślania ekstremalnych tras po naszym regionie 🙂 A do kurowskiego rozlewiska wrócimy pewnie na wiosnę 🙂

Dzięki za dziś, jutro Srebrna Góra!

Menu

Facebook