Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Urodziny Rowerowego Wielunia i zmiana sezonu


Mimo, że pogoda rozpieszczała, dziś w końcu nie tyle zamknięcie sezonu, co otwarcie następnego i dodatkowo urodziny Rowerowego Wielunia i frekwencyjnie liczyliśmy na więcej nowych twarzy. Widocznie musieli obierać maślaki, po prawdziwki same poniżej 🙂

Patrząc na grupę, to każdy chciał jechać do Przywozu. Nie każdy jednak miał na tyle sprzętu, by dojechać planowaną drogą przez gównodowodzącego 😉 Nie każdy – to Radek na szosie z lemondką.

Dziś o dziwo nie przyjechał nikt, za kim musielibyśmy czekać oprócz tych, za którymi czekaliśmy 🙂 A było ich tak niewielu, że na palcach dwóch rąk i dwóch nóg moglibyśmy zliczyć. A były to kończyny drwala 😉 A taki widok jest już spotykany na rogatkach Wielunia.

Dziś trasa mieszana. Coś dla ciała, coś dla ducha… wyzionięcia 🙂 Pole, asfalt, las, szutrówka, górka, dołek, słońce, piasek. Z Rychłowic (niektórzy namiętnie mylą to z Rychłocicami, ale jak jeszcze raz ktoś pomyli, za karę jedzie na Rychłocice) nowym asfaltem na Kamionkę. Tu jest segment prezesa na stravie, gdzie jeszcze nie było asfaltu i KOM jeszcze szutrem, który ustanowił właśnie prezes, wciągając się tutaj ze średnią 29,6 km/h. Do tej pory nie może tu poprawić nawet na szosie 😀

Asfalty, asfalty, mordy cieszą oponenci wąskowi, czyli ci, co wydają na opony dwa razy mniej, niż mtb 🙂 Czas to zmienić, rampampam i w las, pod słońce. Nie wszystkim się to podoba, ale pytając jak im się jedzie, odpowiadają analogicznie, jak mieszkańcy Korei Północnej zapytani o to, jak im się mieszka w tym cudownym kraju: NIE MOGĘ NARZEKAĆ. Prezes wszystko słyszy 🙂

Pięknym, jesiennym klimatem trafiamy przypadkiem tam, gdzie poczta idzie cztery dni, a skarbówka nie pobiera podatków, bo nikt nie wie, gdzie to jest 🙂

Po wjechaniu na asfalt czas na głębszą penetrację. Jak to wszyscy usłyszeli, to tak wypruli do przodu, że nie wiadomo, czy się ucieszyli, czy przestraszyli. W każdym razie tempo nabrało tempa, mimo, że było tępo 😉

Pątnów zostawiamy w tyle i lecimy przez Bieniec na Łaszew, ale nie do końca. Przejeżdżamy przez jedno z pól, gdzie właściciel nieskalany myśleniem nie ma w zwyczaju podnosić bron czy pługa, przejeżdżając nad drogą. Mieliśmy nawet sytuację, gdzie rozpędzeni drogą dojeżdżaliśmy do asfaltu, a gość stał w poprzek swym zajebistym traktorem i nie śmiał ruszyć ani w tę, a ni we w tę. Pole buraczane zapewne, więc czego chcieć od buraka?

Relacja, jakbyśmy jechali piąty dzień, bo pewnie ani Wam, ani mnie nie chce się tego robić, ale mimo wszystko jak już tutaj dobrnęliście, to doceńcie, że po zrobieniu tego zdjęcia wziąłem i się spiąłem i wygarnąłem wszystkim pod ten podjazd oprócz tych, którym nie zdążyłem, bo się górka skończyła. Zostaw lajka, będzie wiadomo, że jednak ktoś to gówno czyta 😀
Po mocnym podjeździe jak zwykle oczekujemy na resztę grupy. Ale jak to Janek mówi, reszta została w sklepie. No i bąćtumondry 🙂

Za Bińcem Małym jest zaraz za zakrętem kończącym zabudowania niedawno odkryty zjeździk. Wszyscy zostali nim zaskoczeni oprócz tych, którzy tędy jechali. Końcówka jednak jest najlepsza: robisz takiego łaszewskiego downhilla, na końcówce masz hebel i kiera w lewo i prawo i nagle strumień. Ciepło jest, to się tylko dokręca i zwilża plecy 🙂

Przejechało paru facetów. Był Maciej, Roman, prezes… iiiIrek! Irek naprawdę wszedł rewelacyjnie w temat, zdjęcie oddaje wszystko. Ale następne, bo tu ciśnie Maciej 🙂

Oto on! Ireneusz! I takich zdjęć życzymy sobie w relacjach na wysokości 80%!

Wracając jednak do reszty grupy… ci, którzy nie chcieli zamoczyć sobie czegokolwiek, musieli zapłacić myto w wysokości jednego piątaka, żeby móc przeprowadzić przez mostek emeryta. Na pierwszy ogień w kolejce stanął Marcin zwany Stanisławem. Nie zapłacił, a się wcisnął. Zwindykujemy 😀

Trasa do Przywozu od momenu strumyka zrobiła się nie tyle nudna, co szybka, bo każdy zamówił sobie kiełbę z grilla zwanego ogniskiem, mimo, że Ądżeja i Mai nie było. Za Ądżeja robił Sowa, a prezes przyprawił sobie cycki i jako Majka też nieźle wypadł, niczym cygan z Seksmisji 🙂

Było tak romantycznie, że przy ognisku zaczęły tworzyć się pary 😉
Wszyscy tak zajęci żarciem, gadaniem i tym, co władza ma do powiedzenia, że nawet z posiadówki zdjęć nie porobili. Ale jak już rowery zobaczyli, to od razu chcieli wracać.

Ale ale! Jest dziś z nami Jarek. Jarek ma fajny, damski rower. Piękne, różowe sakwy, które Sowa od razu wypatrzył i stwierdził, że muszą być jego. Na razie takie oklepywanie konia po zadzie, ale za chwilę…

Dosiadł. Kurwa mać. Pamiętacie swoją pierwszą komunię, pierwszy rower, pierwszą radość i łzy chrzestnego? Sowa był jak ten komunista, a reszta jak tacy chrzestni. Wszyscy ryczeliśmy jak bobry.

Jednak Sowa nie poprzestał na tym. Poszedł za ciosem i zaczął wypytywać, kto ma coś najdroższego i damskiego. Irek miał drogi, czerwony plecak, (dziewczyny wiedzą, o co kaman, bo niebieskie są tańsze). Sowa musiał przymierzyć. Pasował jak ulał, tylko Masakra szukał czegoś w środku, żeby się jednak nie ulał, bo podobno tam bukłak 3 litry wchodzi 🙂
Mimo, że złych gospodarzy nie było, to Ewelina i ekipa spisali się dziś wyśmienicie.  Dajemy temu miejscu jak zwykle full gwiazdek, bo aż pińć na pińć i bierzemy Ewelę do zdjęcia w gratisie 🙂 Kiełba jak zwykle smaczna i klimat tak świetny, że aż kanie sobie u Andrzeja na ogrodzie rosną 🙂 O opieńkach nie ma co pisać, bo zaraz by się rzucili nazrywać 🙂

Ruszamy na Toporów. Odprowadzamy Sylwka, który nie chce się dać odprowadzić i stwierdza, że to on odprowadza 🙂 W międzyczasie mała zamiana rowerów między Kamilem a prezesem. Szosa nie do końca vs. 29″. Na asfalcie wygrywa jednak szosa, nikt nie podejmuje ataku, prezes pokazuje tak jak i Kamil, że nie liczy się sprzęt, a chęci. Chęci były, łyda podawała, sprzęt Kamila był zainteresowaniem Sowy, który już chciał przytulić do muzeum, ale Kamil jednak wyszarpał go dla siebie i powiedzmy sobie szczerze: jest to klasyk z tego gatunku, gdzie Clint Eastwood jest tym złym bandziorem na dzikim zachodzie, tak Kamila rower wpisuje się w ten klimat. Gdyby nie to, że nasz Treneżerzuńcio pojechał z deczka wcześniej, a wcześniej jeszcze pędził przypominając sobie czasy świetności, kiedy objeżdżał kolegę Szurkowskiego, czy Langa, to zauważyłby, że przerzutki zmieniane na rurce schodzącej do suportu były jego czasami świetności i rozryczałby się głośniej z sentymentu, niż syrena straży pożarnej przy remizie, na której tle się upamiętniamy 😀

Dość tego pier^*&lenia 🙂 Skręcamy na wąwóz abc 🙂 Wymyślamy sobie nazwy odcinków, żeby urozmaicić jazdę w okolicy. Irek jest za, a nawet przeciw 🙂

Jest i wąwóz. On był zawsze fajny, dopóki ktoś nie postanowił go wyregulować i wysypać grubszym grysem. Koniec dowhillu. Ale na dzisiejszym podjeździe stwierdziliśmy, że coś tu wróciło i warto spróbować rozpędzić się od tamej strony 🙂 Klimat jeden z lepszych w naszej okolicy.

Podjazd dla niektórych zdaje się nie mieć końca, więc zamieniają go sobie w podejście. Takie sprytne podejście ma Marlena 🙂 W końcu dała się ustrzelić 🙂

Tyły, jak zobaczyły, że Marlena jest focona pod górkę, jak prowadzi, wszyscy wsiedli na rowery 😛 Niezbadane są sposoby motywacji 🙂 Ale Anka! Nawet Krzysiu Cię nie zasłoni! 🙂

Wszyscy się już wdrapali, zaraz Opatów. A po prawej naszej widok na odkrywkę w Szczercowie i bełchatowskie kominy.  Nie pokazujemy tego celowo, bo to trzeba zobaczyć na żywo  🙂

Dojeżdżamy do drogi Kraszkowice-Mierzyce. Na wprost jest droga, której nie ma, więc konsternacja w grupie na szczeblu prezes i v-ce. Dłuższy i starszy chce jechać drogą, mniejszy i wredniejszy wiadomo gdzie. Zgadnijcie, na czym stanęło? 🙂

Na geoportalu droga jest, mówili. Jedź na wprost do lasu, mówili. A w przodzie, jak sie dobrze wpatrzyta, jelenie! 🙂 Ale tam dalej 🙂

Odtąd miało zacząć się prowadzenie, ale jednak chojni rolnicy rozjeździli drogę, której nie ma.

Budzyk po dojechaniu do ściany lasu znalazł przesmyk, ale nie wiadomo, czy otwierał bramę do lasu, czy wietrzył pachy. Nie chciał się przyznać.

Nie wiadomo tylko czemu takim pięknym asfaltem niektórzy urządzili sobie spacer 🙂

Aaaa! I najważniejsze! Jadąc nudną drogą w sugestii Sowy nie widzielibyśmy tylu jeleni! Nie mówiąc już o tych, którzy myśleli, że jednak będzie tu droga 😀

Co tam takie amatorskie zaoranie drogi, jak ktoś nam rzuca kłody pod koła! Nakręcona wataha nie ma czasu na zatrzymanie się, więc przemieliliśmy ten kawałek gałązki i ciśniemy dalej.
No ale ktoś tu próbuje być śmieszny. Jakiś Ksawery sobie tu w bierki grał. Przypomnieliśmy sobie grę w gumę 🙂

Za chwilę w małym przycłapskim lesie zaczęły się przygody, które można byłoby opisywać bez końca. Prezes przeleciał tędy środkiem krzycząc, że środkiem jednak nie po tym, jak zebrał wszystko na plecy. Większość przeleciała właśnie środkiem, bo nie ufają prezesowi i okazało się, że nikt nie jest brudny. Wszystko wyssał wiadomo kto 🙂

Ksawier tak się rozgościł w naszych lasach, że za chwilę znowu mieliśmy do czynienia z jego powrotem do domu.
A za chwilę rozstaniemy się na Przycłapach z Marleną i Siergiejem, więc wybieramy naszą przepiękną, malowniczą i ukształtowaną prostą na koniec lasu. Tu się można zakochać!

Żegnamy się wcześniej, a za chwilę wbijamy na asfalt w Przycłapach. Wszyscy zapytani, czy jeszcze las i teren nie oponowali, więc jeszcze chwila zabawy 🙂
W lewo, prosto potem prosto i lekko w lewo i znowi ten Ksawery.

Nie wiadomo z jakiej imprezy gościu wracał, ale zrobił niezłą zadymę na odcinku paruset metrów. Ale przynajmniej bicki dopakowaliśmy 🙂
Stacja sto czterdziesta szósta, Jarek przenosi trekkinga 🙂
Są wszyscy? Są, oprócz tych, których nie ma – taki żart Treneżerzuńcia, którego też nie ma, bo rosół i wiadomo, ale głupawka się udziela 🙂
Przy większych skrzyżowaniach zawsze zabezpieczamy dużą grupę i tak tutaj Arek zabezpieczał przejazd, żeby pociąg mógł spokojnie przejechać 🙂

A za przejazdem jeszcze dwa razy przenoska, ale to naprawdę dobre ćwiczenie na bicki i kręgosłup! 🙂
Lasy za nami, wszystko co fajne, szybko się kończy, więc nasz rajd też dobiega końca, ale wydłużamy go, jak tylko się da 🙂 I w lewo i w prawo 🙂

Sylwek źle stanął do zdjęcia, bo znak zasłaniał. Sylwek ma krzepę i wyrwał jak rzepę. Przesadził, bo od tej pory kierowcy na Warszawskiej muszą ustąpić pierwszeństwa wyjeżdżającym ze stacji PKP 😉

O! Jest i Radziu! Dał nam dzisiaj fory, bo stwierdził, że my się ututłamy a on i tak pojawi się w najmniej oczekiwanym momencie. Pojawił się faktycznie z pięć razy, na początku, w  środku, na końcu, i teraz nawet się pojawia ze dwa razy 🙂
Przyjemną imprezę zakończyliśmy w enklawie, gdzie Aga, Piniu, Pietrek endo no i nasz kultowy Renklod umilili nam towarzystwo!

Dziękujemy wszystkim za dzisiaj, dziękujemy za wspólne dwa lata, spędzone bardziej, lub mniej, za fajne pomysły, za motywację, za towarzystwo, no i przede wszystkim zapraszamy do wspólnego kręcenia, bo tego nie da się przełożyć na siedzenie przed telewizorem, prace w ogródku, czy inne miganie się 🙂

Menu

Facebook