Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Jurajska Jatka


Mamy to! Zrobiliśmy Jurajską Jatkę! 😀
Jurajska Jatka to kolejna impreza z cyklu tych na orientację, i biegowo, i rowerowo. Pogoda do końca nie była pewna na tę sobotę, więc ostateczną decyzję o zapisach podjęliśmy w czwartek. Dodatkowym zapalnikiem był nasz przyjaciel z Częstochowy Maciej w stopniu Pułkownika, który zaproponował wspólne ogarnianie terenu 🙂 Nam nie trzeba dwa razy powtarzać 🙂 W sumie jechać mieliśmy na trzy różne teamy, bo Norbert niby jeździ z nami w RW, to jednak zaprezentował się w swoim Arbet Teamie. Maciek niezrzeszony raczej, ale okazało się, że zaadoptowaliśmy jeszcze kolegę Michała, poznanego na IT Oriencie Jeziorsko. Najpierw kawa przed startem i pamiątkowa fota 🙂

Było dziś parę startów, pieszy TP 25 km, TP 50 km i TP 100 km, który wystartował jednak wczoraj 🙂 Do tego doszliśmy my, TR 50 km i TR 100 km. Tu chwila przed startem TP 25 km, w którym wystartowali nasi przyjaciele Alicja i Hubert, sędziowie i organizatorzy biegów i jazdy na orientację 🙂

Jeszcze wyłapaliśmy przed startem fajnych dwóch kolegów, również wkręconych w orienteering 🙂 Zaraz start!

Po przemowie i paru wskazówkach od organizatora ruszyliśmy na pierwszy punkt. Ale szarpią! Darń spod spdków leci, na razie 100% siły i zapału 😀

Ze zdobyciem drugiego punktu już było troszkę trudniej, bo dość wymagający podjazd, na którym niektórym ślizgały się gumki 😉 Dało się podjechać, ale nie ma się co spinać 🙂 Jogi jeszcze przed podjazdem, Maciek narzucił tempo, dość wymagające już od samego początku 🙂

Drugi punkt w skalnej bramie. Prezes szpetnie zaklął pod nosem widząc, że chyba ktoś będzie mu musiał zrobić stopkę, żeby ten mógł się odhaczyć 😉

Norbert podstawił stopkę, żeby się prezes nie zsunął w momencie odbijania obiegówki 😛

Ruszyliśmy szybko szybko na kolejny punkt. Jogi gdzieś się zawieruszył, jak się potem okazało, nie zjechał tą samą drogą co cała grupa i niestety brak zasięgu nie pomógł w zgadaniu się, gdzie się spotykamy. Dziś wzięliśmy się za ambitniejsze pokonanie całej trasy, więc po trzech minutach czekania ruszyliśmy bez Jogiego na kolejny punkt.

Z piaszczystego klimatu mamy teraz ruszyć na punkt znajdujący się na krawędzi kamieniołomu. Maciek nawiguje, prezes koryguje, Michał zagaduje, a Norbert ustawił sobie mapę na legendy punktów, które znajdowały się w różnych miejscach, ale wskazówki właśnie w legendzie podpowiadały, gdzie owe punkty się znajdują: na krawędzi kamieniołomu właśnie, piaszczysta górka, brama skalna, wejście do jaskini, etc. Zostawiliśmy swoje smoki przy ścianie kamieniołomu i krawędzią po śliskich kamieniach szliśmy parę metrów, żeby znaleźć kolejny lampion.

Jest! Czwarty z szesnastu. Idziemy jak dziki! 🙂

Staramy się uwieczniać naszych kolegów, spotkanych gdzieś w trakcie Jatki, więc i tym razem udało się zrobić wspólne foto 🙂 Pozdrawiamy! 🙂

W międzyczasie, w drogę na kolejny punkt dyskusja prezesa z Maćkiem: jedziemy w lewo, bo tam jest szuter. Jedziemy w prawo, bo jest krócej 🙂 Prezes dobija do następnego punktu. W międzyczasie spotykamy kolejnych zorientowanych 🙂 Co chwila jakieś szczyny na nas lecą, na szczęście nie pada, tylko delikatnie przekropi, my rozgrzani, nawet tego nie odczuwamy 🙂

Jest nasza wataha. Wszędzie polne drogi stały dzisiaj wodą i błotem, więc gruby bieżnik robił swoje 🙂 Pogoda nie zachęcała do jazdy, aczkolwiek w grupie już na nią nie zwracaliśmy uwagi. W międzyczasie połączenie z Jogim: jest dobry w orientacji, lecz w tym roku nie pojeździł zbytnio i leci swoim tempem. Właśnie zaliczył piaskowy lampion i ciśnie na kamieniołom. Jakieś 15-20 minut za nami.

Odhaczamy piątkę i brniemy na szóstkę. Szóstka gdzieś wg Maćka i mapy za dwoma dość męczącymi, aczkolwiek asfaltowymi podjazdami. Od drogi asfaltowej trzeba odbić nieużytkiem jakieś 400 metrów w lewo.

Zjeżdżamy z asfaltu na nieużytek, gdzie na skraju łąki, przy polu jest jakiś podjazd. Dalej kawałek pieszo, bo są chaszcze i jechać się nie da.

Mamy punkt szósty! Maciek tłumaczy, gdzie na stodoły w Mstowie trzeba udać się po kolejny, siódmy punkt. Na powrocie do naszych rowerów zauważamy, że 15 metrów od nas jest lekka ścieżynka. No cóż, nauczeni różnymi orientacjami woleliśmy ten kawałek podejść 😉

Siódmy punkt znajduje się w miejscowości Zawada, na bunkrze z II wojny. My się jeszcze zdążyliśmy odhaczyć, bo z relacji Jogiego wynikało, że przyszedł jakiś lokalny burak stwierdzając chyba, że mu ktoś pole rozjeżdża i zapieprzył punkt kontrolny. Straty pewnie szły w milionach ojro! Dziwne, bo wszystko było przy drodze i na łące. Karma wraca. Niech ci w przyszłym roku plony zgniją buraku zgarbaciały! 🙁

Wracamy do Mstowa. Tam mamy do ogarnięcia dwa punkty. Maciek proponuje najpierw ogarnąć punkt w stodole, a potem na Miłosnej Skale, ale prezes się wcina, że najpierw skała, potem stodoła. Wciął się niepotrzebnie, bo punkt północny miał poza mapą na mapniku i nie dojrzał, więc wyszło na Maćka 🙂 W międzyczasie Norbert testował wyjebkę na mokrych deskach w drodze do lampionu. Jebnął tak – bo przewrotką tego nazwać nie można – że prezes myślał przez chwilę, że ktoś z kalichlorku strzela 😉

Za nami już kolejny punkt, z nutką w tle. Norbert! Jaki miałeś stosunek z deskami? A taki! 😀 Tak było! 🙂 Jutro się nie ruszę! 😀

Ogarniamy na zamieniony miejscami przez prezesa 9 punkt, który miał być ósmym. Straciliśmy z 400 metrów, ale asfaltami, więc nie jest źle. Trzecia stodoła tam po prawej zaraz po lewej od tyłu i jest! 🙂

Prezes woła, reszta idzie, nawet jeden z TP 🙂 Niby podjazd, ale zrobili sobie podejście 🙂 Wszyscy zadowoleni 🙂

Nawet w stodole było fajnie, mimo, że jest tu miejsce spotkań lokalnej młodzieży, która lubi znosić tutaj śmieci 🙁

Następny punkt to miejsce na cmentarzu cholerycznym. Zakładamy rękawiczki, bo cholera wie, czy jeszcze tu jest 😉

Brniemy na kolejny, jedenasty. Jeszcze sześć i meta! Mamy już w nogach ponad 35 km dobrym tempem.  Ale uśmiechy nie znikają 😉 Przez łzy i pot, ale uśmiechamy się! 😀

Jedenasty lampion na naszej trasie to już dobrze nam znane tereny z dwóch czwartkowych wieczorów z FabrykąRowerów.com oraz dwóch maratonów MTB Jasne, że Częstochowskie, więc wbijamy już na oślep gdzieś przez jakieś dziurawe ogrodzenia, ściółki, pozwalane drzewa – idziemy jak dziki! 😀

Maciek czuje się jak u siebie. Bo jest u siebie! Niedaleko obok jego domu ktoś postawił dwunasty punkt, więc zamknęliśmy oczy, żeby sobie trochę utrudnić 😉 Maciek fajnie mieszkasz! Na punkcie spotykamy naspidowanych kolegów z TP, którzy sypali sobie biały proszek do bidonów 😀 Mało brakło i przybiegli by przed nami, dobrze, że Maciek był z nami 😀

Jeszcze taki mały ogląd na dwunasty punkt i ruszamy teraz w poszukiwaniu punktu z herbatą, gdzieś na skałkach.

Jest. Podjazd znakomity, ale heblowanie na przełożeniu 1-1 nie wszystkim się uśmiecha, więc technik do pokonywania drogi na punkt jest kilka. I tak w sumie wszyscy razem szczytujemy 🙂

Dla takich widoków warto trenować dobre podjazdy! Przepięknie, mimo ciulatej pogody! Warto, warto, warto! 🙂

Tu zmarudziliśmy parę dobrych minut, bo chłopakom tak posmakował czaj z ogniskowego imbryka, że wypili po dwie! A harcerze stwierdzili, że skoro Jatka, to nie może być za słaba herbatka i na dwa litry wody wpuścili 10 szczurów z herbatą 😉

Herbata kopnęła dopiero przy czternastym punkcie, który znajdował się gdzieś, nie wiadomo gdzie 😉 Piękna złota jesień zaczęła nas od paru chwil rozpieszczać promieniami słońca mimo, że temperatura na granicy 8 celsjuszków 🙂

Wg mapy kolejny punkt znajduje się przy wejściu do jaskini. Tu już Maciej stwierdził, że nigdy tu nie był i nie kojarzy tematu, więc prezes ściągnął kask, założył mózg gołębia i geolokacyjnie nakierował się od drogi po ściółce jak mu ten gołębi móżdżek pikał 😉 I faktycznie! Mamy kolejny! 😀

Maciek zauważył bidony z wodą przy lampionie. Wypił trzy. Pięciolitrowe 😀 😀 Reszta się gramoli. Jogi milczy. Pedałuje. Wiemy, że da radę.

Michał się odbija, to już piętnasty punkt, jeszcze jeden i zjeżdżamy do bazy! Ale pewnie znając życie będą jakieś niespodzianki. Nikt tu nie jest wroną i nie chce krakać, ale…

No i właśnie. Dojeżdżamy do Kusięt, gdzie wg mapy skręcamy w miejscowości w lewo na asfalt, ujeżdżamy parędziesiąt metrów, po lewej krzyż, po prawej polna droga, którą powinniśmy dojechać na wzgórek z ostatnim punktem. No i dupa. Ani krzyża, ani drogi w bok, bo wszędzie posesje. Szybciej będzie się cofnąć i poszukać czegoś w lewo, a tu już improwizacja. Maciek też nie za bardzo wie co i jak, więc prezes znowu ten gołębi instynkt włącza i kluczymy w miarę prosto na jedyną górkę w rejonie, na której wg mapy znajdował się 16 punkt.

Prezes prowadzi, za nim idzie reszta. W pewnym momencie Maciek stwierdza, że jesteśmy na drodze i całkiem niezła, to zjedziemy w dół. Prezes dociera do punktu, drze mordę za resztą, cisza. Po telefonie okazuje się, że punkt „w zagłębieniu terenu” wcale nie znajduje się w dołku 😉 Piękny widok na zamek w Olsztynie.

Są spacerowicze! Odbijamy ostatni punkt i lecimy już na Olsztyn, na metę!

W międzyczasie, jak szczało miejscami, tak na dwóch ostatnich kilometrach postanowiło przypieprzyć solidniejszym deszczem, więc jechaliśmy już na pałę, byle przez Olsztyn. Maciek się nam trochę zagubił i przyjechał minutę, może dwie po naszej trójce. Na mecie Zasłużone piwo, produkowane przez jakiegoś lokalnego rzemieślnika. Pycha! Do tego posiłek regeneracyjny 🙂

W szatni skumaliśmy się z kolegami z Mazowsza, którzy stwierdzili, że u nich górek nie ma 🙂 U nas podobno też nie, a jednak jest parę solidnych podjazdów 🙂 A gdzie? W Wieluniu. A tam w Wieluniu jeździ Piotrek Wujec. Nooo jeździ! Nawet w Rowerowym Wieluniu! Jaki świat jest mały 😀

Organizatorzy przyłapani z drugiej strony obiektywu i od zaplecza, żeby nie było, że same roboty to ogarniają 🙂 Robią to ludzie z wielką pasją! 🙂

Po nas z pół godziny przyszli Alicja i Hubert z trasy TP 25 km 🙂 Udało się mimo, że prawie zaatakowani zostali przez żmiję! Ale czekamy na potwierdzenie zdjęciem od Huberta, który widać, że chyba został ukąszony, bo zaczyna przemieniać się w Quasimodo 😀

Jeśli chodzi o finisz, to Jogi już tuż tuż, zdążył na rozdanie dyplomów i nagród, gdzie prezes RW, Michał z Ostatniego Tego Trio oraz Norbert z Arbet Team zajęli ex aequo drugie miejsce. Przed nimi wskoczyli 15 minut wcześniej lokalni wyżynacze, którzy wygrywają w cuglach maratony MTB i często stają na podiach. Z nimi przegrać, to jak wygrać! 🙂 Daliśmy im dziś fory, ale byli dzisiaj do objechania, jednak potraktowaliśmy to bardziej jak zabawę, niż ostre ciśnienie na podium. Następnym razem zapraszamy na neutralny grunt 😀 Maciek, który wjechał zaraz po nas, zaliczył pudło i samodzielnie objął trzecie miejsce 🙂 Dzięki za wspaniałą rywalizację i dobrą organizację tej Jatki!

Co by nie być gołosłownym, drugie miejsce zajmują ex aequo: Marcin, Maciej, Michał i Norbert! 🙂 Była moc!

Dzięki i do zobaczenia na następnych orientach!

Komentarze

Menu

Facebook