Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Rajd Waligóry


Kolejna impreza pod szyldem rowerowej na orientację za nami! Oj jest o czym pisać! Zapraszamy do lektury 🙂

Jako, że impreza ma miejsce w Ochotnicy Dolnej, samym sercu Gorców, a start jest o 7 rano, decydujemy, że jedziemy w piątek i wracamy w niedzielę. Idealna, jak się potem okaże, decyzja. Zajeżdżamy bardzo późno wieczorem na bazę rajdu, bo co chwila jakieś korki, parę wypadków i prawie dwie godziny poza planem. W bazie odbieramy pakiety i kierujemy się na „Pokoje Gościnne u Anki”. Nocleg znaleźliśmy przez Booking, bardzo wysoko oceniany. Ostatnio mieliśmy okazję nocować w paru różnych lokalizacjach, zobaczymy, czy faktycznie ocena 9,1 to rzetelna ocena. Ale o tym pod koniec. Na razie skupiamy się na jutrze 🙂

A jutro nadeszło szybciej, niż się spodziewaliśmy. Jedni poszli spać o 23, drudzy o północy, budziki nastawione na 5, bo śniadanie umówione z gospodynią na 5:30. O 6:00 po wspaniałym śniadaniu, z pełnymi baździochami spakowaliśmy się u udaliśmy na miejsce startu. Zimno jak s*$&#&*! 2 stopnie i szron na szybach… No prawie piździernik! 🙂
Przed startem rozgrzewał nas do walki lokalny zespół pięknie grających i śpiewających w góralskich klimatach, ubranych w regionalne stroje góralek 🙂
Przed rozdaniem map parę słów od ojca prowadzącego do uczestników, co wolno, czego nie wolno, a co szybko, gdzie czego się spodziewać, jak się zachowywać, dlaczego nie wolno zaczepiać niedźwiedzi na szlakach i takie tam… 😉
Z orientu na orient idzie nam coraz lepiej, podpatrujemy lepszych i wyciągamy lekcje, które w praktyce dają dużo. Już na trasach mega, których optymalna długość podawana przez organizatora to 50 km,  nie robimy 75 km, tylko właśnie niewiele ponad 50 🙂 Doświadczenie, które zdobyliśmy w jazdach po górach pozwoliło nam w paru miejscach ocenić, czy warto zostawić rower i dojść pieszo do punktu i faktycznie, na tym punkcie opłaciło się zostawić nasze czołgi 300 metrów wcześniej, jakieś 70 metrów wyżej 🙂 Tu był punkt oznaczony jako brodzenie po wodzie, bo łatwiej było go zaliczyć od asfaltu od strony asfaltu, ale tylko z teorii, bo w praktyce woda okazała się wartka i zimna, więc dobrą decyzją było podjechanie od strony brzegu, na którym ów lampion się znajdował. Na drugim brzegu stało kilkudziesięciu zdezorientowanych, nie bardzo wiedzących, co z tym strumykiem zrobić. Może chcieli zbudować pomost? 😉 Na mecie okazało się, że lepsi od nas ten punkt zostawiali sobie jako ostatni właśnie atakując go od strony przeciwległej, żeby nogi mokre mieć na finiszu, a nie już na samym starcie 🙂 Kolejna cenna wskazówka, którą wykorzystamy pewnie w następnych orienteeringach 🙂
Po zaliczeniu pierwszego punktu z dwunastu wracamy do naszych rowerów. Jak widać górka sroga, więc bez sensu taszczyć ze sobą około 15 kg dodatkowego złomu każdy 😉 Złom, bo na dzisiejszej trasie rower często przeszkadzał 😀

Szukamy kolejnego punktu. Na pieszo. Bo podjazd… hmmm podejście jeszcze bardziej strome, niż powyższe na zdjęciu… pchamy nasze rowery pod górę prawie 2 km, doganiając jednego rowerzystę, ale będąc wyprzedzonymi przez dwie ultraski, które wybrały pieszy orienteering. Albo się jeszcze nie wprowadziliśmy w mapy, albo popieprzyliśmy drogi. No ale brniemy pod górę, wpychając z uporem nasze złomy. Gdzieś na 3/4 podejścia spotykamy kolejnego zdezorientowanego, który czekał na dwóch zwiadowców, puszczonych alternatywną drogą w poszukiwaniu owego punktu. W sumie zebrało nas się na jednym skrzyżowaniu chyba z 7 osób, więc jak mówi powiedzenie, co 7 głów to nie jedna, my ruszyliśmy pierwsi, pod górę, ale tu już dało się jechać. Jeeest! Znaleziony drugi! No to teraz do trzeciego już łatwiej, bo dotarliśmy do drogi, którą bez probemu odnaleźliśmy kolejny. Radość zdawała się nie mieć końca 🙂

Przy kapliczce odbiliśmy swoje obiegówki, podziwiając przede wszystkim przecudne widoki. W końcu już trochę podnieśliśmy się od Ochotnicy 🙂

Tam gdzieś w dole jezioro Czorsztyńskie, a dalej, dalej, dalej Tatry Wysokie. Pogoda nas rozpieszcza. Po podejściu do drugiego punktu zapomnieliśmy o zimnie, bo tak się zagotowaliśmy, że gdyby nie cywilizacja, to leźlibyśmy na golasa 🙂

Z trzeciego ruszamy na czwarty. Za nami w oddali znów Czorsztyńskie 🙂 Jest rewelacyjnie! 🙂

Czwarty punkt odhaczony. Idzie jak w masło 🙂 Następnym, piątym punktem ma być bufet. Ciekawe, co do żarcia? 🙂 Prezes nie myśli o żarciu na razie, tylko o zgubionym przed chwilą liczniku. Słyszał, że coś pieprzło, ale zorientował się dopiero za jakiś czas, bo mapnik zasłaniał kierownicę. Nie ma co żałować, licznik był dziadowski, teraz może czas na jakiegoś Garmina? 😉

Od czwartego lampionu do bufetu prawie cały czas z górki. Prawie, bo reszta pod górkę 🙂 A na bufecie banany, pomarańcze, ciasteczka i arbuz sztuk jedna 🙂 Popas w takim razie trzeba było uskutecznić i ruszyć w nierówną walkę na kolejny punkt…

Sowa sprawdza mapę, nie wygląda to za ciekawie… cały czas pod górkę. Jak będzie tak pod górkę, jak od pierwszego do drugiego punktu, to se pojechaliśmy…

Doganiamy trzech piechurów z trasy ultra. Ale niestety tylko na zjazdach. Na podjazdach co prawda uskuteczniamy miłe pogawędki, lecz nie idzie nam za dobrze. W dosłownym tego zwrotu znaczeniu.

Miało być rowerowo, wyszło nawet nie spacerowo, ale dzięki temu poznaliśmy anatomię naszych ciał i teraz już znamy każdy swój mięsień 🙂

Na zjeździe uciekliśmy przesympatycznej gromadce 2+1, ale znowu podjazd… ta… podjazd… i pojawili się jak na zawołanie 🙂

Prowadzenia nie widać końca. Wydaje nam się, że idziemy już czwarty dzień. Nasz trud i zmęczenie rekompensują prześwietne widoki. Może nie krajobrazów, ale tego najbliższego otoczenia. Przecinki w drodze, zwalone drzewa, dzika roślinność… a co do dzikiej, albo dzików, to przeszły nam drogę w sporym stadku, niestety prezes słabnąc na końcu nie uwiecznił tego na zdjęciu, a Sowa, który wszystko widział, tak sobie spodnie czymś rzadkim zapełnił, że nie miał głowy do tego, żeby wyciągnąć aparat 😉

Jest! No kurwa jest! Że tak pozwolimy sobie gremialnie zakląć 🙂 Gorc! I wieża widokowa, na której będzie perforator do zrobienia paru dziurek w kawałku papierka. A mogliśmy sobie siedzieć w domach, sącząc browara przed telewizorami i być szczęśliwymi. Ale nie! My wybraliśmy właśnie szczęście! Każdy ma swoją definicję 🙂

Widocznie było jednak kawałeczek z górki, że udało nam się wyprzedzić 2+1 🙂 Ale niewiele, bo wyszli gdzieś z zarośli i zdemotywowali, że rowerem jednak wcale nie jest szybciej 😉

Wdrapaliśmy się na wieżę, w połowie mniej więcej jej wysokości zawieszony lampion, więc wyperforowaliśmy sobie dziureczki w naszych najbardziej strzeżonych dzisiaj kawałkach papieru, wleźliśmy na samą górę, bo być tu i nie zaliczyć wieży widokowej to byłoby bluźnierstwo! 🙂

Dzisiaj do zaliczenia mamy jeszcze jedną taką wieżę, na Lubaniu. W ramach projektu „Enklawa aktywnego wypoczynku w sercu Gorców – szlaki turystyki rowerowej, pieszej i narciarskiej w Gminie Ochotnica Dolna” zbudowano cztery takie wieże, na wierzchołkach Gorca właśnie, Lubania, Magurka oraz Koziarza, każda o wysokości 30 metrów.
Taki widok zastaliśmy na wieży postawionej na Gorcu… jest rewelacyjnie, ale trzeba jechać dalej… 2+1 już dawno sobie poszli 🙂

Od 12 kilometra, na którym był bufet do 16. gdzie był szczyt Gorc, mieliśmy do wdrapania się ponad 460 metrów. No ale jest, udało się, szósty punkt zaliczony 🙂 Połowa punktów! Ale nie trasy… Do końca jeszcze około 35 km, więc dwie trzecie odległości. Ruszamy w pogoń za punktem siódmym. Wiemy, że teraz ostro w dół…

Dogoniliśmy trio 2+1, pogadaliśmy część naszego zejścia, bo tylko nielicznym udało się zjechać fragmenty mokrych, śliskich korzeni. Za chwilę przeszkoda w postaci zwalonego drzewa.

Wypatrywaliśmy skrętu na żółty szlak i udało się. Za chwilę jednak było już trudniej, bo parę takich miejsc ze zwalonymi drzewami, wystającymi nieregularnie kamieniami nie pozwalało na płynny zjazd. Dodatkowo trochę na jednym rozjeździe skręciliśmy niby według mapy, ale niekoniecznie.

Następnym punktem do zdobycia była bacówka. No i jest. Wg mapy powinniśmy być zaraz przy niej, a tu jeb. Bacówka tam w dole 😀 No to kombinacja, myślenie i prujemy w dół. Wąskim asfalcikiem docieramy do drogowskazu na bacówkę. Pewnie do tej pory śmierdzi tam spalonymi klockami hamulcowymi 😉

Podejście od asfaltu do bacówki takie, że jedno jest pewne: nawet kaseta z 50. zębami nie dałaby tu rady 😉 Nawet zawracamy jednego zdezorientowanego, bo chciał już jechać tam, skąd my zjeżdżaliśmy.

Jest bacówka! Tu wg mapy podobno są oscypki jako posiłek regeneracyjny. Można było pokonać drogę do bacówki na szagę, ale ktoś nas poinformował, że owczarki pilnujące redyku były na tyle głodne, że chciały spróbować, jak smakuje jeden z naszych 🙂

Nooo i mamy to! Przy żarciu odbiera rozum, więc trzeba się pilnować i pamiętać, żeby napierw podbić obiegówkę! Bo najpierw przyjemność, a potem konieczność 🙂 Czy jakoś tak 🙂 Pogoda jak widać. Nie ma co komentować 😉

Kiedy prezes podniecony był widokami i utrwalał je do relacji, Sowa postanowił wziąć kawałek deseczki, na który nałożył sobie „trochę” oscypków oraz garczek z dwoma uszami na kompot. Jak tylko odjechaliśmy z bacówki nie wiadomo czemu przyjechała ekipa budowlańców i zaczęli rozbierać drewnianą chatkę 😉

Kiedy tak siedzieliśmy odpoczywając przy wspaniałych grilowanych oscypkach z żurawiną, popijając kompotem, którego każdy łyk przypominał nam dzieciństwo, baca z juhasami i kierdlem ruszyli w górę. W górę gór. Psy też wzięli, więc nie ma już opcji oznaczenia perforatorem owczarka na łydzie 🙂

Jeszcze trafiła się amatorka kompotu, więc Sowa pozwolił zaczerpnąć trochę ze swojego kubeczka 🙂 Prawie dno wydrapała 😀

Chyba baca, bo tak książkowo wyglądał 🙂 A owce już poszły 🙂

Jeszcze jedno foto z widokiem na miejsce, gdzie zbłądziliśmy, ale się nawróciliśmy na właściwą drogę 🙂

Opuszczamy bacówkę, mijając dwie sympatyczne ultraski. Poganiamy, bo nie dość, że z górki, to jeszcze Sowa nie zjadł jednak wszystkich oscypków i jest walka o ostatki 🙂

Co chwila spotykamy fantastycznych ludzi, którzy biorą udział w nierównej walce z Gorcami 🙂 Jest postanowienie od tej pory, że będziemy ich wyłapywać do naszej relacji 🙂 Tych też poganiamy na oscypki, są niedaleko. W zamian za to dostajemy cenne info, jak zdobyć kolejny punkt, którym jest Gorczańska Chata i gorąca herbata.

Uprzedzali, żeby gdzieś tam skręcić wcześniej na schronisko, bo tubylcy wyciągają drewno z lasu i jest błotnista rzeka. Ale my to lubimy, bo w Bieszczadach rok temu już błotne rzeki zaliczaliśmy 🙂 Tubylcy zapytani o skrót na Gorczańską Chatę nie wiedzieli za bardzo jak nas pokierować, więc zdecydowaliśmy się trzymać żółtego pieszego szlaku i to była słuszna decyzja.

Słuszna, bo spotkaliśmy znowu nasz ulubiony od niedawna tercet 🙂 Upamiętniamy tę chwilę, bo to już nasze z dziesiąte chyba spotkanie 🙂 Ekipa na tak fajnym poziomie, że śmiała się z naszych idiotycznych żartów 😀 Pozdro serdeczne w Waszą stronę! 🙂

Za parę metrów mamy kolejny punkt. Mogliśmy z bacówki wrócić na wąski asfalcik, na którym spaliliśmy hamulce, ale wszyscy doradzali, żebyśmy właśnie zjechali żółtym szlakiem, bo podejście od asfaltu jest wredne. Jak się później okaże w niedzielę rano, to dość wymagający spacer będzie 😉 Tymczasem Sylwek daje sobie radę bez mapy, bo kondycyjnie czuje się świetnie, a ufa w zupełności prezesowi i Sowie 🙂

Gorczańska Chata! Gorąca Herbata, ale wcześniej perforator znowu wbija kły w nasze obiegówki.

Sowa tak się rozkokosił na tej miejscówie, że postanowił przewietrzyć swój czerep i ściągnął kask, bo herbata mimo, że bez prądu, to jednak zagrzała łepetynę 😉

No i właśnie… zjechaliśmy do asfaltu, którym dotarliśmy do Ochotnicy Górnej, a potem mieliśmy się wdrapać na zajebiście trudny podjazd, gdzie Gliczarów jest piaskownicą, w której można się pobawić przy tym odcinku 🙂 A jak zjechaliśmy już rynną błota do asfaltu, prezes zapytał Sowy: gdzie masz kask? 😀 No tak… Gorczańska Chata wymaga jeszcze odwiedzin 😀 Tymczasem po nierównej walce z podjazdem, który okazał się być dla wielu podejściem mamy 9. punkt. Spotkaliśmy naszych ziomali z noclegu u Anki, którzy okazali się również tak fajni, jak i my. Albo raczej fajniejsi z racji skromności do naszych osób 😉 Ekipa naprawdę rewelacja, dwa wspólne śniadania i jedna kolacja, walka o łazienkę… 😉 To co w Ochotnicy, zostaje w Ochotnicy 😀 A tymczasem spotkaliśmy jeszcze na punkcie innych zorientowanych, których zaprosiliśmy do wspólnego zdjęcia 🙂 Dalej na punkt 11, który znajdował się na Lubaniu, ale po drodze będzie dziesiątka.

Patrząc na poziomice na odcinku około 10 km do szczytu Lubania, mamy w miarę płasko, bo wahania poziomów ograniczają się między 950 a 1100 metrów, więc wydaje się spoko. Ale parę podjazdów, które okazały się czasem podejściami, zweryfikowały nasze kogucie zapędy do lekceważenia gór 🙂

Mało tego. Prezes na jednym z podjazdów rozrzucał spod opon glinę zmieszaną z błotem, gałęziami, gliną i kawałkami skał, lecz nagle pojawiła się postać widmo na szczycie podjazdu, zatrząsła reklamówką i prezes jak mały, tak pieprznął o glebę, jakby miał ze 3 metry wzrostu. Legendy chodzą, że to sam Waligóra ukazał się prezesowi. Jest już projekt postawienia tam kaplicy i wybudowania źródła 😉

Docieramy do miejsca, gdzie powinien być punkt dziesiąty. W międzyczasie mało co nie zostajemy rozjechani przez grupę idiotów na quadach, którzy nie wiedzą jeszcze, jakie jest kolegium za wjazd na szlak pieszy, na szlak rowerowy, nie mówiąc już o jazdę po parku narodowym. Nasze skołatane nerwy ryczącymi i zaśmierdzającymi szlak motórami balsamują takie widoki. Czorsztyn, tam na dole. Niedzica, gdzieś też. Ale my to jezioro objeżdżaliśmy miesiąc temu 🙂 Tutaj mamy widoki z oddali i z większej wysokości 🙂

Sowa szuka punktu. Sylwek szuka punktu. Prezes też nawet trochę. Ale że Sowa mądry i w okularach, to pierwszy wypatrzył.

Pierwszy odbił się Sylwek. Zobaczcie, jak sprytnie ukryty lampion. Tam za drzewem odwracający uwagę widok na zbiornik czorsztyński po to, żeby nie zauważyć nawajżniejszego 🙂 Ale my jednak poradziliśmy sobie 🙂

Docieramy pod Lubań. Spotykamy kolejnych rowerzystów. Niestety nie biorą udziału w naszym rajdzie, bo nawet nie wiedzieli. Ale wymiana ciepłych słów i serdeczności i możemy ruszać na podbój jedenastego, przedostatniego już dzisiaj punktu kontrolnego. Któryś z rowerzystów radzi: jeśli nie wjeżdżacie szlakiem rowerowym, to przed tym pieszym zostawcie swoje sprzęty. Miał absolutną rację.

Tu wprowadzać rower, to trzeba się nazywać 😉 Za to Sowa ma ładne zdjęcie z koleżanką, która stwierdziła, że może i ładna, ale za chwilę to może nie być, bo jak wyrżnie w kamienie, to straci uzębienie 😉

Włazimy. Podejście trudne, odcina tlen i inne rzeczy. Odwracamy się i tak widać 🙂

Docieramy na szczyt. Okazuje się, że jednak szlakiem rowerowym, który odbija niewiele wcześniej, gdzie zostawiliśmy rowery da się wjechać. My jednak już jesteśmy po ponad 40 kilometrach jazdy, pchania, drapania, wprowadzania – niepotrzebne skreślić – więc wszystko nam jedno i nie zazdrościmy 😉

Przy rowerach zostały mapy, jednak to jest taki rajd, gdzie przy każdym lampionie wisi karteczka, który to jest numer punktu. Niestety jakiś kretyn, bo inaczej takiego ćwoka nazwać nie można – urwał numer i mogliśmy zgadywać, jaki mamy tutaj numer postawić, bo mapy zostały przy rowerach… na pomoc przyszła koleżanka zorientowana, która była pewna, że to jest numer 4, bo my faceci niby wzrokowcy, ale pot tak zalewał oczy, że się zapomniało 😀

A z Lubania taki niestety widok 😉 Znaczy niestety jeden z wielu 😀 W tle daleko daleko Tatry Wysokie, ale wiecie… zaliczyliśmy ten temat wcześniej… 😉

Czasem się zastanawiamy, po co ludziom kijki na szlakach górskich. Teraz już mamy pewność. To po prostu drugi kręgosłup 😉 Bo ten pierwszy na%^&*la jak ta lala 🙂 Ale mamy już przedostatni punkt! Teraz już tylko z górki!

Po drodze z górki mijamy kolejnych zorientowanych 🙂 Kazaliśmy się uśmiechnąć, to się uśmiechali, chociaż było ciężko 🙂

Zjeżdżamy w końcu na niebieski szlak i dalej na Ochotnicę w poszukiwaniu ostatniego punktu. Okazuje się, że spotkana wcześniej para rowerzystów zaliczyła ten punkt zaraz na początku, ale dziewczyna miała taką werwę na zjeździe, że zostało nam tylko złapanie kolegi i wymuszenie od niego informacji 😀

Ten punkt według relacji był ciężki do odnalezienia, bo ktoś urwał lampion i przerzucił go w inne miejsce, ale w tym miejscu było wysprayowane na drzewie PK. Jak my zjeżdżaliśmy, to był już na swoim miejscu.

Jesteśmy już z kompletem punktów, teraz trzeba dojechać do mety. Tam gdzieś w dole 🙂
Okazuje się, że na samym finiszu można się nieźle wpieprzyć 🙂 Ktoś tu zostawił sadzawkę dla świń, więc prezes skorzystał 🙂 Reszta wolała wykąpać się wieczorem na stancji 😉 Ale ten słonecznik ratuje zdjęcie 😀

Dojeżdżamy na metę! 25 miejsce w naszej grupie to naprawdę spory sukces na tak ciężkiej trasie! Ponad 100 startujących, więc jest z czego się cieszyć, tym bardziej, że nikt z rowerowych nie zdobył zaszczytnego tytułu Waligóry, co świadczy faktycznie o tym, że była to raczej rzeźnia Waligóry 🙂 Na mecie czekały na nas prawie dyplomy i fenomenalne, rzemieślnicze piwo 🙂

Każdy zadowolony, z bagażem pełnym wspaniałych przeżyć, ale trzeba wyciągnąć kręgosłup i nogi z dupy, żeby jutro normalnie funkcjonować 🙂

Można nie pobrudzić roweru na takim rajdzie? Można! Tylko po co? 😀

Po skończonej, nierównej walce czas na odszukanie swojego roweru 🙂

Ciekawi jesteśmy, czym kierował się autor, tworząc logotyp pod tę imprezę 😀

Na zakończenie imprezy były miłe rozmowy przy ognisku, regionalnych potrawach i wyśmienitym towarzystwie 🙂

Całość tego znakomitego klimatu wieńczyła góralska muzyka w wykonaniu znanego już nam sprzed dwunastu godzin zespołu 🙂

Rozdanie nagród, a wcześniej przemówienie wójta Gminy Ochotnica. Jesteśmy pod wrażeniem tego, co tu zostało dokonane. Cztery majestatyczne wieże widokowe, pare altan dla turystów na szlakach rowerowych i pieszych to tylko mały odsetek tego, co dokonał ówczesny wójt Stanisław Jurkowski, by uatrakcyjnić ten region w ramach dwóch dużych projektów. Wszystko to można doczytać w bardzo perfekcyjnie przygotowanych informatorach turystycznych, które otrzymaliśmy w pakietach startowych. Ogromny szacunek za wkład w turystykę!

A teraz trochę o samym miejscu noclegowym, czyli Pokoje Gościnne u Anki. Szkoda, że trochę zimno, bo w głębi posesji pięknie umiejscowione miejsce na grill i plac zabaw dla dzieci. Prezes miałby gdzie babki lepić 😉

Wszędzie dookoła góry, widoki niesamowite.

Parking zapełniony autami gości sam mówi za siebie. Ocena na Bookingu 9,1 jest wg nas niesprawiedliwa. Dajemy mocną dychę i jak tylko będziemy w okolicy, to nie wyobrażamy sobie innego noclegu! Z całego serca pozdrawiamy właścicieli!

Wracając jednak do kasku Sowy… postanowił, że mimo różowych kolorów, to jest do niego tak przywiązany, że musi go odzyskać. Dziś w planach Szczawnica i trasa turystyczna w Górę Dunajca do Czerwonego Klasztoru, ale wcześniej odzyskujemy orzeszka Sowy 🙂 Dojeżdżamy do miejsca, gdzie autem się już nie da, rowerami też nie, więc but 🙂Czymś takim wczoraj tu zjeżdżaliśmy 🙂 Zjazd wydawał się dwustumetrowy, a podejście jakieś pięciokilometrowe 😀

Jesteśmy! Mimo tego, że kask był obłożony kaucją flaszki, Sowa był na tyle skąpy, albo stwierdził, że jednak kask nie jest wart tej ceny, nie dał nic. Obyło się jedynie na ciepłym „dziękuję”. 😉 Gorczańska Chata jest bardzo klimatycznym miejscem, które każdy turysta będący w tym rejonie powinien odwiedzić 🙂

Organizatorzy jeszcze cieszą się z udanej imprezy, bo lampiony nie sprzątnięte, a nam się łezka kręci, jak patrzymy, że wisi, a nie można się już odhaczyć 🙁

Po drodze gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, zmierzyły się dwie wielkie siły natury, dwa stare grzyby. Prawdziwek i Parszywek 🙂

Sylwek wypatrzył, prezes zrywał, albo na odwrót, ale i tak wszystko zakosiła Beata, która była jedyną kobietą w naszym towarzystwie 😉 W sobotę zamęczyła biedną panią Anię na kwaterze przynosząc chyba pół lasu Gorców do obierania 😉

Po udanym grzybobraniu czas na Szczawnicę. Piękna, malownicza ścieżka rowerowa wzdłuż Dunajca robi naprawdę ogromne wrażenie.

Co chwila mijamy flisaków z ceprami załadowanymi po brzegi w tratwach, z których raz po raz wylewana jest woda 🙂

Od jakiegoś czasu przewija nam się w widnokregu obraz szczytu Trzy Korony. W końcu dojeżdżamy do Czerwonego Klasztoru na Słowacji i mamy piękny widok. Macie to w Polsce? 😉

W samym Czerwonym Klasztorze jest przytulny bar, gdzie można napić się piwka i zjeść pyszny obiad. A że już tamburyn po kiszkach napierdzielał, nie trzeba było długo czekać 🙂 Sowa wypatrzył przy innym stole talerz z pierogami, więc też chciał, bo wyglądały apetycznie. Do tej pory w dobrych pierogach prym wiodły ruskie. Ale pierogi z bryndzą, cebulą i śmietaną, okraszone tłuszczykiem i słoninką zmiażdżyły wszelkie inne!

Wróciliśmy do Szczawnicy, spakowaliśmy się i niestety ruszyliśmy do domu… Rajd Waligóry będzie dla nas naprawdę jednym z najbardziej udanych rajdów na orientację, ale liczymy, że za chwilę będziemy mogli opisać kolejną, równie świetną jazdę na orientację!

Menu

Facebook