Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Tour de Tatry #3 dzień


Po wczorajszym, bardzo przygodowym dniu taki widok za oknem przywitał nas włącznie z dzwonami z wieży kościelnej. Nóg praktycznie w ogóle nie czuliśmy. Czuli je jedynie ci, którzy ich nie myli 😉

Masakra wczoraj zdawał na sprawność kuchcika smażąc jajecznicę, dzisiaj podwyższył sobie poziom i dodał boczku i jajek do jajecznicy. Zdał. Zdobył. Następnym do zdobycia jakiejkolwiek sprawności był Sowa. Ze sprawności na dziś został tylko król zmywaka i mechanik rowerowy. Sowa rzucił się na pierwszą i zdał bez problemu.

Punktualnie o 9:12 z paroma sekundami ruszyliśmy na podbój ostatniego dnia. Wczoraj na finiszu był piękny, kilkunasto kilometrowy zjazd, dziś trzeba to wdrapać, ale na końcówce dzisiaj znowu zjazd, tym razem ponad 30 km z górki 🙂

Opuszczamy Wielką Łomnicę, kierując się na wysokie Tatry. Na razie w miarę płasko, ale cały czas lekkie nachylenie. Pogoda piękna tak jak my. No może aż nie tak bardzo 🙂

Drapiemy przecudowną trasą rowerową, która niestety jest asfaltowa. Tu się projektanci gówno znają, bo nie wiedzą, co to zajebista kostka z fazą!

Zrobiwszy 25 kilometrów caaały czas asfaltami, musimy ogarnąć jakiś sklep. Najlepiej spożywczy. Dzisiaj cały czas asfalty, oprócz podjazdu na Gubałówkę. Tu będzie ostro.

Zbliżamy się coraz bardziej z każdym przekręceniem korby do szczytów Tatr. Cały czas pod górkę.

Mocny, długi podjazd, pędzące co chwila auta, a z górki co chwila mijają nas szosowcy. Okazuje się, że mają tu jakiś wyścig, zwany największym wyścigiem Europy Środkowej, podobno. Prędkości z górki osiągali około 90 km/h. My na naszych smokach dochodziliśmy do 72 🙂

Górka miała liczbę kilometrów zbliżonych do nieskończoności, ale pokonaliśmy!  Podjechali wszyscy, niektórzy bardziej, niektórzy mniej bardzo, ale każdy szczęśliwy. Tętno u niektórych chyba przekłamane, bo aplikacje zawieszały telefony 😉

Po szczytowaniu takie widoki! Co powiecie? Niestety dech w piersiach zatkało na podjeździe, więc tu nie było co zatykać 😉

Za chwilę zaczął się ogromny zjazd, niektórzy bali się jechać szybko, więc puścili rowery przodem a sami zeszli za chwilę do grupy 🙂

Przepiękna pogoda skończyła się wraz z przekroczeniem granicy. W końcu Polska. Witamy 🙂

Korek? Nie… to nasze cebulaki parkują przy podwójnej ciągłej, a korek taki, że jakieś nieporozumienie. Tu zaczyna się drapanie z Łysej Polany w stronę Zakopca. Stąd do ronda na Polanie jest około 3,5 km, cały czas pod górę. Każdy podjeżdżał to swoim tempem, więc Koniu poszedł zaraz za Prezesem na kole. Prędkość pierwszych podjeżdżających około 15 km/h, patrzymy na Stravie, którzy jesteśmy, 560 miejsce 😀 😀 😀

Czekamy na resztę. Po dwóch godzinach dojechał Sylwek zapytać o drogę, reszta przyjechała za trzy dni, albo może cztery 😉

Od tego momentu zaczął się zjazd w stronę Zakopanego. Znaczy się zjazd do momentu podjazdu 🙂

No i właśnie. Jest podjazd. O jakie nasze zdziwienie, że podjazd! Na mazurach podjazd? 😉

Po lewej się ziemia wybrzuszyła, tam jeszcze Słowacja, to ładna pogoda została za Wysokimi Tatrami.

Minęliśmy tablicę z napisem Zakopane. Sowa stwierdził, że sam las to nie miejscowość, więc przy pomocy mini-palnika acetylenowego, który jest w zestawie każdego rowerzysty przenieśliśmy sobie granicę miasta bliżej Krupówek. Jutro Zakopane będzie w Przywozie 😉

Zbliżamy się jakby wielkimi krokami, a jednak na rowerach. Słońce zostało na Słońwacji… ale nie jest źle. Nie pada. U nas Polchmurno.

Widok na Giewont. Niewidoczny od strony Słowacji, to chociaż tutaj 🙂 Piękne górki. Same piękności na zdjęciu 😉

To jest klimat zakopiański. Taki turystyczny 🙂 Korek pod górę na pół kilometra, ale widok i zapach piękne 🙂

Zjeżdżamy do centrum i kierujemy się na Gubałówkę. Drogą, deptakiem, niewiadomo czym zjeżdżamy pod podjazd. Janusze turystyki rzucają opryskliwie: to nie jest ścieżka rowerowa! Aż się ciśnie na usta brzydkie słowo, ale mamy uwolnionych tyle endorfin już dzisiaj, że mamy do głęboko obok himorojda 😉

Kolejka do kolejki taka, że aż się nie chce czekać. Mieliśmy w planie podjazd pod Gubałówkę bokiem, ale ominęłaby nas atrakcja przeciskania się między wkurzonymi turystami 😉 Kultury w stosunku do rowerzystów powinniśmy uczyć się od Słowacji, Włoch, Niemiec, Holandii, Anglii, Szwecji, Belgii, generalnie wszystkich sąsiadów w Europie, bo jesteśmy totalnymi burakami.

Fajna sprawa: kolejka do biletów na wjazd wagonikiem straszna, ale są automaty, gdzie kolejki nie ma. Ludzie jednak boją się kupować przez płatność kartą ze ściany. My musimy kupić normalny + bagaż i okazuje się, że z automatu tylko bilet normalny, bo nie ma opcji bagażu. Zajebiście. Janusze informatyki. Ale jest piękny akcent, bo przy podjechaniu do placu przed kolejką konferansjer ze sceny przywitał nas serdecznie wśród ogromnego tłumu pytając się, skąd jesteśmy itd.

A teraz uwaga! Czarny szlak – podjazd pod Gubałówkę, Koniu przypieprzył KOMa na Stravie, na totalnym lajcie! Nikt mu nie podskoczy! Średnia podjazdu 37 km/h. Miszcz!

Jesteśmy na górce. Jakiś tu chyba jarmark czy odpust, bo co chwila stragany, zakopiańskie pieski, skaczące żabki i my. Tu większy szacun, bo słychać co chwila: Olka! Zejdź, rowerzyści! Ale mamo, oni idą! 😉

Szukamy pięknego miejsca do uwiecznienia Tatr na tle nas, czy albo odwrotnie. Ustawiamy się do zdjęcia, a tu nagle słychać krzyk zza pleców: ooo Rowerowy Wieluń! Paczymy, a tu kolega z Łodzi, który przyjechał gościnnie ujeżdżać z nami leniwy piątek. Niestety nie był tak piękny jak my, więc mógł jedynie zrobić nam foto.

Z Gubałówki zaczyna się dopiero jazda. Do mety mamy ponad 30 km. Na mapie cały czas zjazd. Mijamy tak szybko miejscowości, że nawet nie wiemy, jakie mają nazwy. W razie czego Sowa wyciągnie tablicę z kosmetyczki i zrobi tu Zakopane 😉

A tu już odjechaliśmy od wysokich Tatr, cały czas z górki, przecudnie!

Chochoły w Cichym. Przecudo! Macie to w Polsce? 😉

Jak już jesteśmy przy chochołach, to mamy wieś Chochołów. Generalnie zawsze to Prezes tyczył trasę na każdym wypadzie, ale Sowa zaczął się wcinać, więc jest szansa, że się nie uda 😉 Niestety udało się, Chochołów zaskoczył nas przepięknymi drewnianymi domami typu góralskiego, z metra na metr coraz wspanialszymi.

Wyobraźcie sobie taką wieś u nas. Podobnej budowy jest spichlerz w Skomlinie. Jedynie 😉

Zaczyna kropić. Tchórze schowali się pod wiatą, reszta chce kręcić. Jest 14:40. Sowa patrzy na radar pogodowy i stwierdza, że o 15:10 padać przestanie. Prezes pogania, bo za 5 minut po trasie padać przestało 🙂

Zostaje nam 8 km. Cały czas z górki. Tam gdzie te górki, tam Nowy Targ.

Ale jeszcze przepiękna rajza przez kawałek prawie górskiego lasu, bo klimat iście tatrzański. Każdy na kole, a prędkość mamy też niczego sobie, bo około 168 km/h dzieląc na 6 😉

Mamy to! Teraz to już turlamy się do stancji. Ponad 90 km.

Prawie skręcamy na stancję, a tu ktoś się drze po drugiej stronie ulicy. Podobno nas zna.

A to nasza Masakra! Masakra dziś za naprawienie roweru Prezesa w postaci zdobycia i wymiany haka przerzutki zdobywa sprawność MECHANIKA ROWEROWEGO! BRAWO!  Sidi rano przy nieudolnej próbie podmiany haka z roweru Masakry na Prezesa przykręcił go z powrotem, bo nie pasował i się przerzutki lekko rozregulowały. Ale Masakra teraz ze sprawnością Mechanika se poradzi 😉

Daruś pierwszy wziął prysznic, reszta też chciała i prosili Darusia, żeby oddał. A Daruś pokazał, że na pierwszym piętrze są jeszcze wolne łazienki 😉 I koszulkę można przeprać 😉

Skoro Masakra zdobył wcześniej również sprawność kuchcika, wymyślił, że dziś kolację ma w dupie i może pizza. Nacieramy zatem na rynek.

Trafiliśmy w punkt! Idealne miejsce, świetna pizza, super IPA, polecamy! Pizzeria Primavera!

W trakcie jedzenia, picia i podziwiania pięknych widoków zauważyliśmy, że obok jest straszny ruch przy lodziarni. Podpytaliśmy sympatycznego kelnera o co kaman, powiedział, że podobno najlepsze lody. No rewelacja! Wszyscy się zajadali, tylko Prezes niestety nie posmakował, bo na Masary rowerze ręce mu się tak wyciągnęły, że nie trafił do pyska. Ale z relacji świadków wie, że pyszne!

Jesteśmy prawie w Poznaniu, bo pomnik koziołków. Tam się marzy wjechać.

A zdjęcie z muzeum macie? A my mamy 🙂

Kiedy Koniu z Masakrą poszli na jedynkę i piątkę, Wiceprezes Prezesowi łeb polewał. Do picia się nie nadaje, ale o myciu nie napisali 😉

Szukamy sklepu markietu na wieczór, co by zatankować, a tu po drodze taka witryna! Sowa i koleżanki. Szkoda, że zamknięte, bo mielibyśmy dziewczyny na wieczór 😉

A tymczasem na radarze idzie burza z Zakopca na Nowy Targ. Uwierzcie, że u nas klimat zmienia się z minuty na minutę, a tutaj z sekundy na sekundę.

Widzieliście kiedyś smoka? Taki nowotarski. To jeden z dwóch żyjących z Gry o Tron, jak ktoś ogląda 🙂

Jutro siedmiogłowy smok w postaci nas wypije całą wodę z jeziora Czorsztyńskiego 🙂

 

Menu

Facebook