Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Tour de Tatry #2 dzień


Dzień drugi. Dziś będzie się naprawdę działo! Plan był taki, żeby wstać o 8, spakować się i wyjechać o 9. Wstaliśmy o 7, wyjechaliśmy przed 9. Sprawność kuchcika chciał dzisiaj zdobyć Masakra, robiąc jajecznicę z 20 jajek. Komisja na razie nie przyznała, zobaczymy, czym wykaże się na kolację 🙂 Śniadanie!

Ruszyliśmy, dojeżdżamy do jakiejś wydobywki kruszca. W tle mały akcent kolarstwa szosowego 🙂 A za zakrętem…A za zakrętem solidny podjazd. I to bardzo solidny, bo jak tu jechał Masakra autem, to na jedynce piłował Darusia hondę, inaczej by nie podjechał 😉

Wyobraźcie sobie cmentarz. Wyobraźcie sobie stok, a teraz połączcie te dwie rzeczy. Zdjęcie nie oddaje tego, co zobaczyliśmy, ale widok cmentarza na stoku robi wrażenie!

Za cmentarzem podjazd i jak się okazuje nawrotka, bo powinniśmy zjechać trochę wcześniej, w szutry. No w końcu! Coś na MTB 🙂

No i w końcu! Specjalnie trasa została dzisiaj zaprogramowana w taki sposób, żebyśmy pocieszyli się pięknymi widokami typowo tylko dla naszych smoków 🙂

Pięknym, urokliwym szlakiem wzdłuż strumyka wbijamy metr po metrze na podjazd. W takim miejscu można się zorientować, że będzie pod górkę, bo jedziemy pod prąd strumyka 🙂

Zjechaliśmy trochę z wytyczonej szlaki, ponieważ szuterek ciągnął się dalej wzdłuż strumyka, a nasza szlaka szła pod mocny podjazd. Stwierdziliśmy, że jedziemy jeszcze przy strumieniu, znaczy samozwańczo zadecydował Prezes. I chyba za to spotkała go kara, albo ma po prostu taką fabrykę siły w łydach, że ukręcił na mocnym podjeździe hak od przerzutki. No i się zaczęło… środek lasu, do szosy ze parę kilometrów, na mapie w jedną i w drugą same górki, dzwonimy do Masakry po pomoc. Nie odbiera. Dzwonimy do Masakry po auto. Nie odbiera. Dzwonimy do… łot da fak!

Konsternacja w grupie. Co robić, gdzie szukać pomocy? Prezes każe reszcie jechać, on sobie poradzi. Nikt nie chce jednak go zostawić. Chamy, no! 😛

Jedziemy, albo prowadzimy. Zależy, czym kto jedzie, czy jest hak sprawny, czy nie 🙂

Trochę pomyliliśmy trasę z tego wszystkiego i trzeba było zawrócić. Na szczęście, bo widok jeden z najpiękniejszych dzisiejszego dnia! Wspaniały młyn położony w malowniczej dolinie. To zdjęcie wyślemy chyba do Krossa, żeby parę euro nam podesłali na powrót za reklamę 😉

Wracamy szukając wejścia na nasz szlak. Właśnie. Wejścia… w dosłownym tego słowa znaczeniu. Idą idą, tak idą, jakby mieli zapuścić korzenie. Sowa nawet nie leci, tylko popycha.

O i znowu Sowa. Korzenie chciały go dzisiaj wpieprzyć. Niebieski szlak pieszy, coś niesamowitego. I podjazd był podejściem, a zjazd byłby raczej sprowadzeniem, Nie ma takiego długiego ciała, co by się tak wygło, żeby za siodło przeniosło środek ciężkości 😉

Za chwilę zaczyna się mały zjazd, wszyscy pedałują oprócz prezesa. Prezes szaleje na zjeździe bez pedałowania. Wg mapy za chwilę mamy mieć punkt widokowy. I faktycznie. Jesteśmy na punkcie, piękny widok na sześciu wspaniałych. Zdjęcie zrobiła nam piękna Słowaczka, poznana właśnie na tym balkonie.

Po uwiecznieniu pięknego widoku w postaci nas, prezes stwierdził, że sobie już pojedzie, bo z górki, reszta jeszcze się zbierała. Dogonił Słowaczkę i próbował się dogadać. W końcu wspólny spacer pod górkę, bo nie było jak kręcić. Mówił, że szuka sklepu rowerowego, ale przynajmniej po czesku szukać znaczy bzykać się w delikatnym tego słowa znaczeniu to pewnie po słowacku to samo sądząc po reakcji, ale z kolei jak jej powiedział, że ma poruchany rower, to zrozumiała, że zepsuty 🙂

Zrobiło się z górki, pojechał do przodu, no i taki piękny widok po lewej, chyba wyschnięty wodospad.

Dojechaliśmy do końca szutrowego szlaku, jak się okazuje – pieszego. Tu się dodzwoniliśmy do Masakry, który już dojechał na miejsce naszego dzisiejszego noclegu. Wysłane dane GPS, zdjęcie haka, jaki ma szukać i debata, co robimy dalej.

Wszyscy szczęśliwi. No prawie wszyscy. Prezes w końcu znalazł przynajmniej tron swojej postury.

Kiedy my sobie tak frywolnie śmialiśmy i ryczeliśmy jednocześnie, Sidi poszedł napełnić bidon w strumyku, a tu zaatakowała go czarna mamba, z która stoczył walkę na śmierdź lub pachnij. Wygrał, zrobił sobie z niej dętkę i założył na przednie koło.

Czekamy na Masakrę już dobrych 15 minut, nie przyjeżdża. Zdenerwowani ruszamy dalej, znaczy prezes stwierdził, że tu do wioski chyba z górki, to sobie pierwszy poturla, a reszta dokręci. Jak na tour de coś tam, przeważnie zawsze peleton dogania i połyka ucieczkę.

W trakcie ucieczki dogoniony został wóz z drewnem i pilot. Szarpał rowerem za traktorkiem, został jednak dościgniony, lecz przykro się zrobiło, bo ekipa skręciła w lewo. Na szczęście cały czas z górki. Nie ma jeszcze peletonu.

Prezesowi dzisiaj szczęście w nieszczęściu, bo od urwania haka prawie cały czas z górki. Był nawet czas na uwiecznienie takich widoków. Po około 5 kilometrach peleton zaczął się ukazywać na horyzoncie.

Jeszcze ucieczka bez pedałowania. Znowu piękne widoki, a w tle wysokie Tatry.

Dojechali go! Ale to nie prawdziwy tour, bo znalazł się Sidi, który postanowił prezesa poczęstować sznurkiem od plecaka, na co nie prezes nie przejechał obojętnie. No to jeszcze, żeby Sidi nie miał za chwilę zawału, podjeżdżał Koniu, czy Sowa, dopychając wodza.

Szczytowaliśmy często w trójkę.  Jak już się udało, to można było to uchwycić. Za nami cały czas wysokie Tatry, do których będziemy jeszcze blisko podjeżdżać.

Zbliżamy się do miejscowości, którą zapewne znacie albo osobiście, albo ze słyszenia. Poznajecie widoki? 🙂

No tak! To Tatralandia 🙂 Masakra już jest niedaleko. Przed nami Liptowski Mikułasz, gdzie mamy punkt zborny.

Zdjęcie aż krzyczy! Zjeżdżone trzy profesjonalne sklepy, przebranych ze sto haków, ale Cube postanowił wyprodukować taki hak, żeby mieć haka na sprzedawców i kupujących. Masakra tak szybko jechał, że aż prawie autostradą i prawie miał winietę, ale prawie nie dostał mandatu 50€ mandatu, więc zaraz podamy numer konta, co byście mogli się dorzucić na ratowanie dupy prezesa 🙂

Na szczęście Masakra przywiózł swój rower, prezes przerzucił swój na auto i tak oto prezes przypomniał sobie czasy dzieciństwa, jak jeździł pod ramą na ukrainie 🙂

Podobno dzisiaj mamy jeden długi odcinek cały czas wdrapywania się. Wynosi on około 50 km. Na finiszu okazało się, że to było przekłamanie. Daruś mówił, że 60 km. Dobrze, że Ania nie widziała jego tętna, bo pojechałby na taki wyjazd trzy razy: pierwszy, ostatni i nigdy więcej 😉

Pniemy się i pniemy. Na szczęście zaraz zjazd. By za chwilę nie tyle podjechać, co wdrapać się w asfalt.

Zjechaliśmy z asfaltu, żeby wjechać na szutrową drogę, ale nie poszło. Znowu asfalt. Ale widok za naszymi plecami rekompensuje nudę, ciągnącą się smolistymi drogami 🙂

Szukamy jakiegoś żarcia. Pierwsze podejście, wbijamy w knajpę. Miły właściciel stwierdza, że u niego nie ma jadła, ino chlanie, mordownia całkiem przyjemna, nikogo nie było z lokalsów, więc nikt nie zginął 🙂

Wyjechaliśmy z wioski, a tu nagle naszemu stadu baranów zaszło inne stado. Niektórzy z nas niepotrzebnie zaczęli liczyć stado i posnęli w trakcie. Mała pobudka i kręcimy dalej 😛

Jesteśmy w miejscowości Prybylina. Jest knajpa. Miły właściciel, kolejny znowu informuje, że niestety u niego jedynie w nogi nam pójdzie a nie w żołądek, więc kręcimy po śladzie na następny jakikolwiek punkt, gdzie możemy coś zeżreć. Dostaliśmy cynk, że tu we wiosce nic nie zjemy, znaczy możemy zjeść w jednym miejscu, ale się możemy nie najeść, więc parę kilometrów dalej będzie coś na pewno.

No i było. W sumie parę kilometrów cały czas pod górkę, mamy na mapie w jednym miejscu 3 restauracje, w czym jedna mini restaurant. Tu był niby skrót wg mapy – 15 metrów, w górę i w dal. Wysłaliśmy Sowę na zwiad, bo ma 2,5 metra wzrostu i nie musi wejść na wszystkie schody, żeby zobaczyć horyzont. Wszedł, zszedł i mamy to!

Okazało się, że jest w miarę łagodny wjazd dalej do tej knajpy, ale po drodze minęliśmy jeszcze dwie knajpy, ale z racji tego, że ta knajpa miała wcześniej reklamę w postaci roweru na dachu, więc grzechem byłoby tu nie zajechać.

Przesympatyczny właściciel ogarnął nam szybko okowitę i popitę, za dobre piniendze. Sidiemu trochę świeciło przy stole słońce, więc wyciągnął z plecaka parasol i zamontował. Pyszne schaby ze świni, z zapiekanymi ziemniakami były idealnym uzupełnieniem wypompowanych sił. Tylko Daruś się wykruszył i jadł pierogi ku pamięci Agnieszki P. 🙂 Agnieszka pozdrawiamy! Pierogi pyszne! 😉 Podobno.

No i szczerze powiedziawszy ten obiad był w tak idealnym miejscu, że dalej moglibyśmy naprawdę mieć sraczkę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pooooooooodjaaaaaaaaaaaaazd! A dalej też podjazd… a potem już nic nie było. Tylko podjazd. I podjazd i podjazd. Kurwa. Mać. Ale w sumie to nie, bo zjedliśmy i sił nam wróciło tyle, żeby to ogarnąć.

Zobaczcie! Z górki! A gówno prawda! Cały czas pod górkę. Zmyliło Was, że Koniu nie pedałuje? Bo to zdjęcie i nie widać, że się kręci 😉 A w tle piękny szczyt. Krywań, Hrywań, cudo!

Zostawiamy Was na chwilę z widokami.

I jeszcze jednymi. Tam w dole byliśmy niedawno, tam jedliśmy obiad. Teraz wieziemy go cały czas do góry 🙂 Coraz mniej tego obiadu, ale na szczęście niektórzy z nas mają ubytki w zębach, to smak czuć przez całą drogę. Oprócz Darusia. On sobie na wyjazd zrobił całą szufladę, czy garnitur.

Jesteśmy na 1200 m. Bajorko. Przepięknie. Przy bajorku same zwierzęta. Od lewej Koń, Sowa i jakiś Ptasiek. Chłoptasiek 😉

Za bajorkiem przepiękne widoki! Szczytujemy na 1200 metrach, niektórzy nawet parę metrów wyżej 😉 Ale naprawdę warto, co przedstawi kolejny slajd. Przewiń niżej 😉

O to to! A tam jedliśmy! Tam! Widzicie ten punkt, gdzie pan talerze znosi? A w tle Tatry Niżne. Podobno, tak maester Daruś podpowiada.

Zaraz mamy szczytowanie absolutne dzisiejszej trasy. Najwyższy punkt dzisiejszego ujeżdżania. Wyobraźcie sobie taki Żabi Staw, czyli dużo wody powyżej poziomu morza. A tu bardzo dużo wody powyżej bardzo poziomu morza. 1360 metrów. Oł maj gasz! Próbujemy ustawić aparat do samojebki, ale nagle zaczepia nas niczego sobie wyglądająca Słowaczka, porzuciwszy przed sekundą swojego męża i dziecko, pytając, czy może nam zrobić zdjęcie. No, w ostateczności zgadzamy się, prezes pokazuje, jak ma przykadrować kucając, żeby uwiecznić nas pięknych.

Dobra pozycja do zrobienia zdjęcia, prawda? Z racji tego, że niektóre żony nasze czytają relację, jeden z nas, uwiecznił koleżankę fotografkę nie mógł wytrzymać i posłał strzał w jej stronę. No i teraz konsternacja: z której strony jest ładniej? 😉

Poprawiliśmy jeszcze paroma zdjęciami i jednak landszafty wygrały.

To jest Strbskie Pleso. A w tle góra Gerlach. A przed górą jakaś miejscówka. Ciekawe, czy jedzą tam sztućcami z Gerlacha? 😉

Słowaczka nie dawała za wygraną i puknęła jeszcze raz. Z widokiem na Gerlach. Przecudnie!

Z jeziora mieliśmy już tylko mega zajebiście z górki, jakieś niecałe prawie 30 km. W międzyczasie Sidi miał straszny pociąg do zjazdu, to nawet się załapał na fotę z pociągiem.Jest zjazd. Przepiękny. Najlepsza atrakcja podczas dzisiejszego zjazdu na zjeździe, oprócz miejscówki, gdzie prezes upierd. urwał hak.

No i znowu pomieszaliśmy trasę. Z miejscowości Vysoke Tatry skręciliśmy zamiast w lewo to w prawo, ale zobaczywszy mega zajebczy zjazd asfaltem spojrzeliśmy w telefony, czy da się tędy dokręcić do naszego szlaku, stwierdziliśmy że tak, więc ogień! 70 km/h dało radę na prawie całym odcinku 🙂 Na końcu zjazdu skręciliśmy w lewo i nawet zdążył nas strąbić jakiś cygan. Też byśmy go strąbili, tylko pojechał 😉 W Słowacji na rowerzystów trąbią tylko cyganie 🙂 Chyba, że pozdrawiająco paru Słowaków, których pozdrowilibyśmy, ale nie dotrą do tej relacji pewnie 🙂

My i Tatry. Wysokie. Jeszcze chwila i miejscówa na nocleg.

Albo i ze dwie chwile, bo widoki takie, że nie da się przejść obojętnie, a przejechać już w ogóle 😉

I na koniec zdjęcie bez parchatych fejsów.

Zajeżdżamy na nocleg, miejscowość Stara Łomnica. Wyobraźcie sobie, że wjeżdżacie do Rumunii, lub Bułgarii. Mniej Słowaków, niż tych bardziej opalonych. Ale wracając do grupy. Renklod! Mamy nadzieję, że to czytasz, operacja przeszła pomyślnie, bo to zdjęcie jest dla Ciebie, wznosimy na Słowacji dobrym czeskim piwem toast za Twoje zdrowie! Wracaj do nas, bo brakuje nam tych sprośnych dowcipów przy kolacjach na wyjazdach 🙂

A tu profil trasy 🙂

Menu

Facebook