Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Tour de Tatry #1 dzień


Jesteście na komputerach? Spoko. Na komórkach? Pusto poniżej, przeciągajcie ekrany paluchem 🙂 Będzie relacja! 🙂

Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała… 😉 Pakujemy się na Tatry, będzie siędziało, stało i leżało 🙂 Prawie cała grupa!

Ruszamy na podbój Tatereł, po drodze zgarniamy w Toporowie Sylwestra, mimo, że to dopiero sierpień 😛

Spakowani, radośni jedziemy na Nowy Targ, a tu jeb! Taki widok! To Toporów! Wschód słońca nad Wartą… każdemu wara opadła bo kasa poszła na wyjazd w Tatery, a tu pod pachą takie widoki! 🙁 No nic… postaramy się rano wstać na Słowacji i zrekompensować to, co tracimy, opuszczając nasze tereny.

Podzieleni na dwie ekipy, jedną fajną, śmieszną, wesołą, a drugą w drugim aucie, jedziemy na miejsce startu. W tym pierwszym aucie okazuje się, że kawa działa na niektórych bardziej, niż na tych, na których nie działa. Minęliśmy auto, gdzie kawy nie pito, a tam psalmy i inne pieśni, wywieszone flagi pielgrzymskie, jakby na Jasną jechali 🙂

A teraz paradoks. Startujemy z miejsca ostatniego noclegu. Wszyscy prawie już gotowi, tylko Koniu gdzieś rower oparł i ten odparował, prezesowi zginęły rękawiczki, a Sowa…. lepiej nie pytać 🙂 Jedynie Masakra miał dzisiaj karę i musiał autem. Chociaż będzie potem jeszcze coś rowerowego z jego strony 🙂

Panowie projektanci „ścierzeg rowerowych” w naszym powiecie! Można to zrobić tak, jak proponowaliśmy wielokrotnie! Asfalt! Ps. Góry w tle nie są konieczne, wystarczy dobra ścieżka 🙂

I tu zaczynamy magistralę tatrzańską, która ma również w niedalekiej przyszłości objąć również objazd Pienin. Piękny projekt, unia płaci, my się cieszymy.

Dzisiaj zdecydowanie większość asfaltów, ale taka trasa, nie ma możliwości wytyczenia zbytnio terenów,  więc może jutro coś przyszykujemy kosztem zrobienia większego dystansu. Trasa jak stolnica. Sowa nawet miał ciasto na makaron i próbował rozjeżdżać.

Aż tu nagle pojawił się most. Piękny most, stworzony tylko dla rowerów, a na naszym szlaku wąskotorówki ciężko zrobić dołem kładkę… Przykre. Ale nie płaczemy, bo nie po to tu jesteśmy. Chcemy właśnie takim wyjazdem pokazać, jak można zrobić coś tak, żeby było funkcjonalne i bez zbędnej biurokracji.

Na magistrali co chwila zrobione piękne miejsca przystankowe, czyli altanka, parę ławek, tylko rowerów nie ma gdzie zaparkować 😉

Jedziemy pod zajebisty wiatr, a co chwila takie nudne widoki. Tylko Tatry i Tatry. Bleee 😉

A tu też pod wiatr, jedziemy na kole, wiadomo, kto na mocnej zmianie. Prezes. Taki silny, taki wielki, osłania wszystkich! Wspaniale! Wszyscy będą potem oddawać hołd pod pomnikiem 🙂

Trasa prowadzi dalej, ale my jednak decydujemy się z niej zjechać, by w ramach pozyskanych informacji zwiedzić Czarny Dunajec mimo, że wiele osób narzekało na pstrokatość reklam na rynku. Jedziemy. Piękny Dunajec. Jakby nie te domy po lewej, można byłoby pomylić kadr z progiem w Kamionie. Ale tu poszli na bogato, zrobili trzy progi 😉

Sowa ogarnia mapę, Daruś patrzy, czy widzi, reszta nie daje się ogarnąć. A w samym sercu Czarnego Dunajca rozkopy większe, jak kopalnia w Mirnym.

Rynek w Czarnym Dunajcu. Po przeczytaniu wielu relacji, wzięciu sobie ich do serca, jesteśmy zdruzgotani widokiem. Mały placyk, jeden przystanek, dwa sklepy… tylko my, tacy wspaniali upiększyliśmy to miejsce. Nie dziękujcie, jesteśmy tu po trasie 😉

Porzuciwszy Czarny Dupajec pokręciliśmy pod porywisty, przepiękny wiater. W stronę Tater. Wiało tak, że czasem chowaliśmy się za Siebie. A Siebia był bardzo zły, że wszyscy za nim się schowali 😉

Po pierwszych dziesięciu kilometrach, a potem drugich następnych dziesięciu, czyli dobrze licząc dwudziestu spotkaliśmy pewien postój. A tu podawali oscypki z grila z żurawiną z czerwonej porzeczki i bezalkoholowe piwo 5%. W gratisie były osy, których nikt nie zjadł.

Eko stojaki na nasze haki, prawie wszyscy zaparkowali. Tylko konia nie dało się wyciągnąć. Znaczy, potem ktoś wyciągnął 😉

Po małym rekonesansie dowiedzieliśmy się, że wzdłuż magistrali szła przed osiemdziesiątym kolejka, tak jak u nas. Spotkał ją dokładnie taki sam los, tu zrewitalizowali teren i zrobili piękny szlak rowerowy, czekamy na to samo u nas!

Na MTB ten teren jest taki sobie, prosi się aż o szosę, tylko denerwują co chwilę słupki postawione przy skrzyżowaniach z polnymi drogami. W międzyczasie Sowa pokazuje, jakiego ma rowera.

Magistrala trwa, a wyobraźcie sobie, że dwa metry obok, albo trzy jest pasieka, gdzie za kombosa robi przyczepa typu wóz Drzymały, skupiająca w sobie około 20 uli.

Za chwilę mała przerwa na spojrzenie w stronę Giewontu, pogłaskanie hemoroida i zrobienie paru fotek.

Jak to Kora śpiewała: „tylko piach, dziki piach”, tak my mamy dziś same asfalty. Aż się kurde prosi o jakieś szutry, tereny, bo my mamy opony minimum 2.0.

Jest! Zjechaliśmy w końcu z magistrali, by wjechać w szutrówkę, która okazała się asfaltem. Masakra wcześniej autem ogarnął trasę, żeby dostać się na pierwszy nocleg. Dzwoni akurat teraz. Na stancji żywej duszy, telefon nie odbiera. Co robić? 14 godzina. Wbijamy w rezerwację, a tu od 16. No to nam się żarcie roztopi, które Masakra zdążył zrobić w pobliskiej Biedrze 😛 A jednak jakoś się udało, dziś przeżyjemy. Tam jest Giewont! Podobno. Daruś tak mówił.

Z szutrów, których było aż 636 metrów wjechaliśmy znów na asfalty. Mamy niedużą chwilę do pierwszego noclegu, bo dzisiaj wg nawi do przejechania tylko 60 km.

Z nudnych asfaltów zjeżdżamy nad Orawicę. Też asfalty, ale dla rowerzystów. TYLKO! No i jak? 🙂

Skończyła się piękna ścieżka, wróciliśmy na drogę, szosę, chyba jest zjazd, jak Sowa pachy wietrzy. Daruś zresztą też. Wietrzą, bo za chwilę będzie co z nich kapać.

Zdjęcie na podjeździe 12% wyszło słabo, ale prędkość 65 km/h z górki sama mówi za siebie. Po zjeździe widzimy dawno niewidzianego rowerowca, nawet podobnego do nas. A to  się okazuje, że Masakra! Nawet na Słowacji Rowerowy się łączy! 🙂 Prezes zgłodniał, więc szukamy za chwilę jakiejś knajpy, bo opona Sylwka jakby gumą zajeżdża.

Jedziemy. Masakra prawie zna tereny, skoro po nas zdążył wyjechać. Okazuje się, że nie jechał tą drogą, bo z górki jedzie na hamulcu.

Po drodze znaleźliśmy bardzo urokliwe miejsce, z drewnianym mostkiem, i jedną górką.

Dojeżdżamy do Chabówki, na stancję mamy 1 km, szukamy jakiegoś jadła. Wszystkich dopadła gastrofaza.

Pojedzone, popite, nawet Sylwek poszedł podziękować kelnerce, czekaliśmy, żeby załapał się na zdjęcie, ale tak dziękował, że załapał się chyba na drugie danie 😉 A w tle góry wołały… 🙂

Jeszcze czysta. Czysta metrów! 🙂 I meta! 🙂 I takie skanseny po drodze 🙂

Jednak na samej końcówce pojawił się podjazd. Dobrze, że Daruś miał garmina, to pokazało przewyższenie jakieś 10%, bo tak byliśmy już nakręceni, że nie poczuliśmy 🙂

Jesteśmy! Stancja! Taki mamy widok z podwórka 🙂 Zajebiście chyba, no nie?  Pikno je? 🙂

A pod prąd patrząc też jesteśmy. Sidi ma nowy napęd, a chciał tędy przejechać, lecz stwierdził, że boi się zamoczyć. Poczekajmy na wieczór 🙂

Po zrzuceniu wylinki w postaci mundurów, postanowiliśmy wyruszyć na podryw w cywilu.

Z podrywu udało się jedynie to, że poderwaliśmy swoje dupska do spaceru w kierunku knajpy i sklepu, które zaliczyliśmy. Sowa chciał koniecznie zdjęcie ze starym domem w tle. Są różne zboczenia: zoofilia, pedofilia, nekrofilia, ale ze starym domem… chatofilia? Sidi mówi, że to takie niewinne hobby, więc nie znajdziesz nic sprośnego 😉

Po „zaliczeniu” w siedmiu starego domu postanowiliśmy puknąć jeszcze jakąś knajpkę. U starej matery, czy jakoś tak. Wspaniały klimat. wspaniałe czeskie piwo! Hmmm… ale to chyba Słowacja? 😉

Zrobiliśmy po drodze na stację jeszcze zakupy na kolację i śniadanie. Wyobraźcie sobie, że tu nie ma jajek w wytłoczkach, tylko w starych, poczciwych torebkach na cukier z lat osiemdziesiątych 🙂 Jutro na śniadanie właśnie jajecznica z 20 jaj, w wykonaniu Masakry. Musimy być silni na drugi dzień, bo tu blisko dwa razy tyle do przejechania, co dziś, czyli 110 km 🙂

Menu

Facebook