Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Dwieście metrów do cementowni


Po pięknym, wczorajszym wyjeżdżeniu na  Bukową Górę, dziś przyszedł czas na klimaty pod cementownią Warta. Godzina startu dla niektórych poza zasięgiem, bo 9, ale patrząc na naszych południowych sąsiadów Włochów, którzy startują o 8, to naprawdę jesteśmy śpiochami. Ci, którym udało się dzisiaj wstać i dojechać byli bardzo szczęśliwi 🙂 Jedziemy. Widoradz, Olewin, Wierzchlas, Piechów, lasy pod Drobnice, Krzeczów, wjeżdżamy na stację benzynową, Koniu rzuca, czy tankujemy, a tam zaczyna się podróż w nieznane 🙂 Bo tej drogi nie znamy, więc rozdziewiczamy 🙂

W imprezie udział biorą: Koniu, Prezes, Radek na trekingu (który nota bene czeka na jakąś konkretną ksywę), Karolek na gravelu oraz Darek, czyli Cegła. Za stacją benzyniakową w Krzeczowie po dojechaniu do Dziadaków, czyli Niżankowic, ścianą lasu skierowaliśmy się w stronę wykopalisk pod Działoszynem. Chyba jakiś wapień, ale dzięki tej kopalni droga utwardzona, piękna, ładna i powabna 😉 A i sama kopalnia całkiem przyjemna. Rzuciliśmy okiem i uderzyliśmy na krainę cementem płynącą 🙂

Ostatnia prosta na Działoszyn, biała droga, taka amfetaminowa 😀 Bardzo ładnie ubita, z licznymi dziurami, które na dobrym speedzie można fajnie wymijać, lub przeskakiwać 😀

Wjeżdżamy w zabudowania. Po prawej stodoły, po lewej cmentarz na górce (zawsze się zastanawiałem, dlaczego cmentarze są na górkach). W tle widać kolosy cementowni. Widok naprawdę majestatyczny. Tam będziemy niedługo! 🙂
Mijamy centrum i wbijamy za boiskiem hucznie nazywanym stadionem w lewo. Na dobrej prędkości, jak zwykle tutaj, a tu ktoś postanowił podreperować drogę i wysypał jakiś wapienny tłuczeń, po którym wszyscy przejechaliśmy na otwartych szczękach, bo inaczej rezonans powybijałby nam zęby 😉

Za chwilę wbijamy na fajnego, lubianego przez nas singla, żeby minąć schronisko dla psów i zacumować na stacji PKP, gdzie znajduje się sklep. Ale dziś nie poszło. Po pierwsze singiel zapieprzony śmieciami, jakieś nawet elementy łóżek leżały na środku ścieżki, wąwóz obok zasypany śmieciami. Zadajemy sobie pytanie: jak trzeba nisko upaść, żeby być takim chamem i burakiem, który wypieprza śmieci do lasu? Szczyt wieśniactwa! Po drugie już mamy ochotę na przerwę, a tu sklep na stacji niestety zamknięty… na kłódkę, zasuwę, i co tam jeszcze. Pytamy tubylca o jakiś alternatywny, no jest, całkiem niedaleko. Wbijamy. Klimat z rana dość gęsty jak na niedzielę, Ekipa dość gruba, więc zjadamy zestawy rolnika, czyli bułka i kiełbasa, popijając czym się da i za bardzo nie rozmawiamy. Jeden pacjent nawet wyszedł z progu przy pomocy kolegi, ale wylądował telemarkiem 😀 Ale jest jeden ciekawy świata kolega, który zapytuje, co gdzie, skąd i po co, bardzo sympatyczny, pogadaliśmy, odpoczęliśmy i pokręciliśmy dalej, na Grądy.

Karolek chciał się odłączyć od nas, bo jakieś dziwne telefony z pracy, więc chcieliśmy mu chociaż pokazać kolejowy żelazny most na Warcie, do którego dojeżdża się piękną szutrową singlową ścieżynką, a tu zonk! Ścieżynkę nam zaorali 🙁 I jeszcze w dodatku jakiś wóz serwisowy, więc nawet nie ryzykujemy na most, tylko kręcimy dalej wg planu.

Przed nami cementownia, do której brakło nam dosłownie 200 metrów, ale właśnie o to chodziło, żeby odbić w stronę przeprawy na Zalesiaki 🙂

Tu jest klimat. Wąska kładka, która pewnie pozwala ludziom dotrzeć z Zalesiaków i okolic do pracy w cementowni, a dalej niedziałający, wysłużony już młyn wodny. Bardzo lubimy to miejsce.

Mijamy Zalesiaki i rowerowym szlakiem kierujemy się pod most w Działoszynie. Karolek gdzieś nam się zagubił, krótki telefon i tłumaczy się, że w prawo na głównej, potem w lewo i czekamy 🙂

Czekamy. Bo Karolek skrót myślowy włączył i zamiast zapiąć prawo lewo, zapiął tylko lewo. Prawie by do Częstochowy dojechał, gdyby nie czujne matczyne instynkty prezesa 😉 W międzyczasie sam prezes chciał skosztować rosnących za przystankiem mirabelek, a że jest mało słusznego wzrostu i też takie gnomy poobrywały dolne części drzewa, a dalej nie sięgnął, więc obszedł się smakiem. Ale nie! Jedną znalazł, ktoś przegapił 😀 Wbite kły, ale czujność i brak zaufania do takich dziko rosnących smakołyków nie pozwolił zjeść całej śliwki ze względu na czerwonego jej mieszkańca.

Karolek dojechał, ruszyliśmy na Raciszyn, by brzegiem Warty malowniczą drogą dotrzeć do Lisowic. Został się nawet jeden wapiennik, prawdopodobnie aktywny. Na Lisowicach ktoś niestety tamten położył w gruz 🙁

Po drodze kopalnia białego kamienia, która zawsze robi na nas wrażenie.

Za wykopaliskiem dosłownie parę metrów jama, gdzie też coś się zaczyna dziać. Wspólne, pamiątkowe i lecimy dalej 🙂

Droga z Raciszyna na Lisowice coraz bardziej utwardzona, jest możliwe, że w niedługim okresie wyleją tu smołę, zwaną gremialnie asfaltem.

Kaplica odrodzenia, mały postój, piękne dziewczyny, chłopcy już mniej, ale tu zawsze ładujemy baterie, na dalszą, bądź bliższą jazdę. Nasz numer jeden, jeśli chodzi po postój.

Mamy dzisiaj dobry czas, więc jeszcze po drodze zahaczamy do Sylwka i Martyny, co nas wczoraj zaszczycili swoją obecnością, a dziś szczuli zdjęciem prawdziwego wiejskiego rosołu. Niestety już po ptokach, więc wylizaliśmy tylko garnek i pojechaliśmy dalej, na odpust w Toporowie. Tam się dzieje! Droga zablokowana jak na pielgrzymce, auta na chodnikach, tu się wszystko rządzi swoimi prawami! 🙂

Z odpustowych klimatów wolimy jednak tereny i przepięknym wąwozem wdrapujemy się na Opatów. Wąwóz od samego sklepu ABC utwardzony szutrem, więc piachy wyeliminowane, ale podjazd został 🙂

Z Opatowa w stronę Kraszkowic, by dalej kawałkiem trasy byłego BikeMaratonu skierować się na Wieluń. Dzięki żniwom widoki cudne.

Zawsze jak przejeżdżamy obok kopalni w Kraszkowicach, to nigdy nie ma czasu, żeby zobaczyć, co kryje się za skarpami. Ale jeden poszedł, zrobił zdjęcie, faktycznie nic szczególnego.

Reszta czeka, tylko Cegła gdzieś zniknął. W sumie to już Cegła się tak opalił, że dzisiaj przywdział nową ksywkę: KLINKIER.

W stronę Przycłap mamy jeszcze takie widoki, w środku lasu pole 🙂 Pięknie!

I takie widoki i przeprawy też się zdarzają, tu natrafiliśmy na bramkę mierzącą szerokość kierownicy 😉 Wszyscy przeszli! Za chwilę wyjeżdżamy na asfalt w Przycłapach i dalej dokręcamy do prawie 80 km do Wielunia.

Menu

Facebook