Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Bukowa Góra i łożysko poleciało w kulki


Plan na dziś: dawno nie odwiedzany rezerwat Bukowa Góra. Dziś ekipa niby w trójkę, ale będziemy kurzyć w siedmiu. Na razie kurzymy za dziesięciu.

Po drodze do punktu docelowego mamy zgarnąć paru w miarę nowych i całkiem nowych. Pierwszych w Kraszkowicach. Wystartowaliśmy prawie o 13 spod Starostwa, mamy zapas czasu, więc wbijamy w las za Piechowem i tam wychodzimy na jeleni. A w sumie na jednego. A dokładnie, to na jelonka. Jak nas zobaczył, to wiadomo co zrobił. Albo czego nie dał zrobić. Zdjęcia. No to w zamian za zdjęcie jednego małego, młodego jelonka trzy stare jelenie. W związkach jak widać się układa, bo poroża nie ma i kaski dobrze leżą 🙂

Sobie tak jedziemy swawolnie, a nagle prezesowi zaczyna odbijać. Nie pierwszy raz. Ale teraz to poważnie. I zaczyna to nawet hałasować i przeszkadzać w jeździe. Okazuje się, że to jednak nie głowa, a przerzutka. Na razie wstępna diagnoza, niecelna. Dopiero na postoju, gdzie mamy poczekać na Andrzeja z Kraszkowic jest werdykt. Łożysko z wózka przerzutki poleciało sobie w kulki. Rozkręcilim, wysypało się na siedem stron świata i dwanaście wiatrów, nie do pozbierania. No i sranie po krzakach, co dalej… dopiero zlepiamy ekipę a tu taki wyczyn. Wracać na Wieluń? No komu jak komu, ale przewodnikowi stada, nie wypada 🙂 Łożysko zostało samoistnie usunięte, jak po porodzie. Bez łożyska jak się okaże, można żyć! A w tym konkretnym przypadku – jechać 🙂

Po szybkim serwisie i dojechaniu części grupy ruszyliśmy na Golgotę, by w Toporowie zebrać kolejne żniwo w postaci następnych rowerzystów. Ale jak na razie to sami zostalibyśmy zeżniwowani, bo z Golgoty na pełnej kobiecie lekkich obyczajów wbijamy w zakręt, mijamy w międzyczasie auto, a tu wyrasta nam straż pożarła i za nią kumbajn! Zrozumieć można wszystko: jazdę kombajnem po drodze publicznej, który tamuje ruch, a dodatkowo ma niezłożony heder, ale jazdę kombajnem po lesie, z włączonym hederem i wyłapującym wszelkie życie na drodze, zamieniającym je w krwawe snopki, to już jest niepojęte! Dlatego zjechaliśmy w knieję i przepuściliśmy bydlaka 😉

Zgarnęliśmy w Toporowie według planu Martynę i Sylwka. Dobijamy do kaplicy na nabożeństwo. Po naMajszczeniu nas ruszamy w dalszą drogę.

Konnym szlakiem kierujemy się na Ośrodek Nadwarciański Gród, ale wcześniej Madeły i pawie. Ciekawe jak nas dzisiaj przywitają.

Tak nas przywitały. Jeden na dachu, drugi na furtce, bo była zamknięta a jemu nie chciało się  klamką szarpać, a trzeci… no właśnie… bo chyba były trzy. No ale mniejsza o to. Jedziemy po swoje 🙂

Zajeżdżamy na ZHP i nawet jest otwarty sklepik, będąc tutaj sporo razy nie na trafiliśmy na taką okazję, a dziś po prostu byliśmy w szoku i nie zareagowaliśmy, więc popędziliśmy dalej.

Tereny Załęczańsko-Parzymiechowskie słyną z nadmiaru piachów, jak jest sucho, więc dzisiaj mogły się tym poszczycić. Szczytować pod każdą górkę w polu, w ogromnym skwarze, w pełnej piachu i rozjechanej, jak Sasha Grey drodze, to nie lada wyczyn.

Ale wszyscy daliśmy radę. Bez wyjątków. Nawet dali radę Ci, którzy nie dawali rady. Nie ma ich na zdjęciu, bo ich nie ma 😉 Za chwilę wbijamy w las, jeszcze większy piach, ale potem szutry, asfalt, mały przysiółek z pięcioma gospodarstwami iiiiii….

I jest! Mamy to. Szczyt dzisiejszej rajzy. Wszystko pięknie, ładnie, tylko trafił się jakiś wieśniak, który przyniósł sobie tutaj piwko w puszce, wypił, a blachę zostawił. Bo paradoksalnie pełna piwa była lżejsza, niż pusta. Jak spotkamy takiego delikwenta na gorącym, to z miłą chęcią znajdziemy mu otwór recyclingowy.

A tymczasem pić się chce, może to nie łycha, albo brendy, ale czysta źródlanka. Na pierwszy strzał poszedł Sylwek. Każdy spił po łyku, co Sylwek nabrał i gremialnie stwierdziliśmy, że woda taką jakąś spoconą skarpetą zajeżdża. Poprosiliśmy Sylwka przy następnym nabieraniu, żeby wyciągnął stopę ze strumyka. No i teraz zupełnie inaczej smakowała! Takim prawdziwym bukiem! Tak sobie wmawialiśmy 😀

Sylwek potem sam opierdzielił jeszcze z 3 litry, a potem szczał jak kot po drodze. W sumie to trzeba uzupełniać płyny podczas jazdy, żeby uzupełnić płyny 😉 Warto też coś zjeść, lecz jagód, borówek, czy grzybów nie uświadczyliśmy. Było paru amatorów na nasienie bukowe, ale wszystkie zalążki puste, więc przestawiamy się na domową kolację 🙂
A tymczasem parę fotek…




Jest! Najpiękniejsza część Bukowej Góry. Taka łania w rezerwacie to po prostu eksponat! Ale ten jeszcze jeździ i ma się dobrze 🙂

Czas na pamiątkowe, wspólne zdjęcie. Wszyscy się ładnie uśmiechają, niektórzy nawet biorą po dwóch, dwoje na plecy, bo się troją, Masakra robi casting do filmu Laleczka Chucky, tylko mało zainteresowany Daruś gra sobie w szachy przez internet. Takie emocje!

Wracamy do zostawionych przed rezerwatem rowerów. Mamy szacunek i respektujemy przepisy. Rowerami po ścisłym rezerwacie nie jeździmy! 🙂Plan dalszy jest taki, żeby szybko w miarę dotrzeć na Przywóz. Wszystko według planu. Nikt nie chce tej wycieczki rozciągać na dwa dni, więc lecimy między stawami, które są niestety pogrodzone i niedostępne na szybki strzał.

Jakby nie było to stawy są na granicy dwóch województw: śląskiego i łódzkiego. My się na szagę kierujem, by na łódzkie wjechoć, a tu ino some stawy! 😉

Jest nasza wisienka na torcie, na pożyczonym rowerze, dużo lepiej, niż na tym wczorajszym. Ma dziewczyna ogromny potencjał, ale technologia, albo raczej jej brak ją blokuje. Jakbyście zobaczyli, jak jest skręcona kierownica na mostku z kołem, to przeżegnalibyście się lewą nogą. Nawet ateiści i hindusi.

Grupa w kupie, więc na asfalt przy Grabowszczyźnie i kierujemy się na Carmnik na Starej Wsi.

Jest postój. Po drodze pokręciliśmy z kolegą z Gliwic. Tam to u nich dopiero się dzieje. U nas się boją 50 km przejechać, a gość opowiada, że tam jest grupa, co robi 250, 600, 800. Jakieś pytania? Wierzyć mu nie sztuka, ale paru z nas widziało ślady na endo im podobnych. Szukamy chętnych na takie dystanse.

Tymczasem czas powrotu, nasza wisienka trochę się wystukała na pożyczonym rowerze, z odwróconym widelcem, Prezes na zachętę poczęstował ją jazdą na swoim smoku i co? Efekty widoczne od razu: zmasakrowany Masakra na podjeździe do Załęcza W., gdzie Martynka z uśmiechem na ustach i skrzypiącym rowerze bez jednego łożyska wturlała się wzorowo 🙂

Z Załęcza W. odbiliśmy pięknymi szutrami na Bukowce, skąd postanowiliśmy skręcić na Przywóz „rowerowym” szlakiem. Idź pan w prącie! Wiemy, kto te szlaki tyczył, ale dlaczego autem? Może jeszcze kombajnem po lesie?

A na razie ogon goni peleton. W sumie tempo dzisiaj spokojne, tylko sprzęty nierówne. Czy jakoś tak 🙂

Kombajn w lesie? Dasię? Da się! Zatrzymaliśmy, powiedzieliśmy, że grzybów nie ma, stwierdzili że jak grzybów nie ma, to jadą na ryby. Łowiliście kiedyś ryby kombajnem? A myślicie, że mrożone kostki rybne to skąd? 😉

Dojeżdżamy z Ogrobli do Przywozu. A tu przed mostem zbiegowisko. Straż pożarna i mnóstwo gapiów. Tragedia straszna. Podjeżdżamy bliżej i ściągamy kaski na ten smutny widok… strażacy nie mieli czym rozpalić grila 😀

Mamy dzisiaj TGV, czyli już chyba tu dziś byliśmy. Zmieniła się tylko ekipa tubylców, ale najgorliwsi zostali 🙂 Cieszymy się, że coraz więcej towarzystwa rowerowego odwiedza to miejsce. Miejsce, które wielbimy, bo to nasza kaplica! Tu żegnamy się z ekipą z Kraszek i Topo, a sami wracamy do Wielunia.

Trzech najprzystojniejszych dzisiaj na trasie Przywóz – Łaszew, bo nikt nas nie minął 😉 Najlepsze jest jednak to, że po zrobieniu tego zdjęcia sprawdzone od razu, czy wyszło ostre, zauważony samochód na zdjęciu, odwracamy się, a tu pusto. Uwierzcie, nie miał gdzie zjechać. Czujemy się jak w horrorze 😀

Pokonaliśmy Łaszew, dalej na Strugi i nasz ukochany leśny klimat. Masrakra zaprasza na ognisko, nazbierał już trochę chrustu.

A na ognisku będzie borowik ceglastopory, lub jakiś inny. Bo ten był taki jakiś niepewny. No ale: albo grzyby, albo rower! 🙂 Wiadomo co wybieramy 🙂

75km, z czego spokojnie ponad 60 zrobione w terenie, to się czuje! 🙂 Dzięki za dziś, nikogo nie zjedliśmy, nie zostawiliśmy, więc jest szansa, że jeszcze kogoś zaprosimy 😀
Ps. Od Starej Wsi zębatka bez łożyska śpiewała i gwizdała, ale jednak okazuje się, że do rekreacyjnej jazdy nie jest to w ogóle potrzebne! Jakby się tak przyłożyć, to można zbędne rzeczy na rekreację poodkręcać i 2kg do przodu! 😀

Menu

Facebook