Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Jazda na setę na Byczynę i Bolesławiec


Dzisiaj znowu dość ambitnie.

Sowa rzucił hasło na grupie, że jedziemy w niedzielę na setę. Chłopaki bardzo sobie wzięli to do serca i stawili się dziś bardzo licznie, bo widać, że pić się chciało. Nie o taką setę Sowie chodziło 😀 Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie przed startem, bo dawno tak grubej ekipy nie było, a pewnie nie wszyscy to dzisiaj skończą 😉

Na starcie odmeldowało się nas 11, dwóch zgarniamy po drodze. Na szlaku kolejki czekają na nas Janek i Tata Roman.
Są! Machają, jakbyśmy ich czasem mieli nie zauważyć. Roman coś krzyczy niezrozumiałego, bo nikt go nie zrozumiał. Za to Janek pyta, czy idziemy na rower.
Jak szaleni przeskakujemy przez kałuże, chociaż nie wszyscy. Niektórzy nawet przez nie przejeżdżają, a potem wyglądają jak typowe prosiaki. Ale ktoś musi dawać przykład, do czego służy MTB.

Wczoraj widzieliśmy sejmik bociani, tu już półmetek żniw, za chwilę pierwsze przymrozki… ale cieszmy się tym, co jest teraz. Jest lipiec, prawie lato. Dobrze, że nie pada. Taaa… nie pada, na razie 😛 W prognozach mamy na powrocie goniący nas front deszczowy. Jak to Lipnicka śpiewała: „wszystko się może zdarzyć” 🙂

Ale nie należymy do francuskich piesków, czy mięczaków, deszczu się nie boimy 🙂
Ze szlaku wąskotorówki zjeżdżamy zaraz za Mokrskiem, Sowa odkrył niedawno tę drogę, prowadzącą na Komorniki i teraz tłucze nią i karmi nas już chyba z piąty raz, tak, żeby się znudziła 🙂 A przed nami Jasna Góra 🙂

Taka grupa robi wrażenie 🙂 Dziś nikt nie odważył się zatrąbić 🙂 Wszyscy podziwiali, machali, wystawiali kartki z długopisem po autografy 😉

Nasz dzisiejszy przewodnik Sowa trasę konsultował z Prezesem parokrotnie, zapewniał, że od Uszyc droga jest, bo na Openstreetmap jej co prawda nie ma, ale na geoportalu to prawie autostrada! No to jedziemy drogą, której nie ma 🙂

W sumie to nie ma się co dziwić, po łące jedzie się lepiej 🙂 Wszak Sowa zapytany, czy zawracamy odpowiedział: ni chu chu… 😉

Jedziemy cały czas po drodze niebytu i za chwilę faktycznie… dojeżdżamy do jej końca.
Zdekoncentrowani co robić dalej, nagle wyskakuje Prezes i mówi, że jednak jest, tylko trzeba trochę pokombajnować 😉
No to młucimy. Słoma w rowerach i w butach nam niestraszna. Nie mamy takiego zapału, jak podłoże, bo przemy na przód jak wielkie bizony.
Pokluczyliśmy jeszcze po polnych, trudnych dość terenowych, polnych, dojazdowych, dziurawych, wysypanych kamieniami, zarośniętych trawami, zalanych kałużami i innymi gównami drogach, zrobił nam się ogon, na który musieliśmy poczekać na hmmm asfalcie. A ogon zrobił Jogi z Serkiem, bo zrobił się mały problem techniczny. Jogiemu wypadł mleczak. Janek dopadł koło i wydał diagnozę: szprycha mu poszła i koło zaczęło bić. Jankowi obiecaliśmy, że na większym postoju będzie mógł pomacać kółko i ewentualnie ponaciąga tu i ówdzie 🙂

Tymczasem jedziemy, bo do Byczyny stąd mamy jakieś 3-2,5 lub 5 km. Wszystko zależy od tempa jazdy.

Mamy tu fajną miejscówę w postaci restauracji przy murach, ale dzisiaj zamknięta 🙁 Musimy się posilić w pobliskich sklepach, więc małe zakupy i krótki odpoczynek w parku. Janek na chwilę się od nas odłączył, bo umówił się na spontanie z kolegami z Kluczborka, którzy na szosach cisną na Byczynę. My bawimy się w najlepsze nad pobliskimi stawami 🙂

Dojechali do nas szosowcy, przywitaliśmy się i razem kawałek kręcimy wspólnie, w kierunku grodu rycerskiego w Brzózkach.

Przejeżdżamy przez starą Byczynę ogrodzoną murami. Kto tutaj jeszcze nie było, bardzo polecamy. Można się cofnąć parę wieków wstecz. Miejsce niesamowite.
Krajową jedenastką lecimy w stronę zbiornika i grodu. Trochę zjechaliśmy z naszego wytyczonego przez Sowę szlaku, ale szosowcy mówią, że mają dobry asfalt na naszą miejscówkę. Rozkręcamy. Prezes z Koniem doganiają szosowców, za którymi ciśnie ostro Janek z Tatą Romanem. Reszta grupy w zależności od umiejętności i stopnia chcenia z większą, lub mniejszą chęcią jedzie bardziej lub mniej. Prezes wychodzi z Koniem na szpicę, na liczniku 38-40 km/h. Podpuszczamy, jedni lecą, drudzy jadą, część nie skręca tam, gdzie powinna, ale nasza grupa zdąża odbić na gród w ostatniej chwili dzięki grubym oponom 😉
Jest gródek, zdobywamy.
Mamy większy postój, więc Janek już dopada koła Jogiego i pręży. Myk, cyk, siup, tralala i koło jak ta lala 🙂 Jogi stoi jak zahipnotyzowany, bo Janek to w lewo, to w prawo nyplami od szprych kręci, to się chłopak zawiesił 🙂
W międzyczasie Daruś zdobył sobie nowe wdzianko, armour +40 do twardej klaty przy upadku 🙂 Jakiś młody rycerz z boku mówi: tylko ostrożnie z tą zbroją! To jak oni k*%#@a walczyli wtedy w tych zbrojach? „Uważaj, nie machaj tak tym mieczykiem, bo mi zbroję uszkodzisz!” 😛
Gród zdobyliśmy, dziewic nie było, karczma zamknięta, jedynie co to Koniu dzieciakom wyżarł chipsy. Chociaż tyle. Sowa odpalił swoje dwumetrowe nogi i poszedł na spacer w nieznanym dla siebie kierunku.
Przed grodem stał nawet lanos, który chyba kiedyś potrącił jakiegoś rycerza. W sumie są dowody na masce.

A obok nawet był zalew Brzózki, który aż się prosił o kąpiel w nim, jednak nigdzie blisko nie było jakiejś plaży, lub łagodnego zejścia do wody, a mieliśmy paru chętnych na schłodzenie układów 🙂
Miejsce fajne, jak się tutaj coś dzieje, polecamy w długi majowy weekend co roku walki rycerskie i inne fajne atrakcje.

Jest nawet katapulta, która przerzuca pijanych delikwentów na drugi brzeg zalewu 🙂
A tu można poćwiczyć strzelanie z łuku, tudzież innego sprzętu.
Z Brzózek gdzieś na Polanowice, Ciecierzyn. Jakaś droga polna, chyba jakaś dworska, bo parę ładnych kilometrów wyłożonych kocimi łbami, więc czuliśmy się jak szlachta mimo, że z butów i rowerów słoma wystawała… 😉 A tutaj mamy kolejny dowód, że rowery są górą nawet nad koleją 🙂 Co Wy na to? Zgadzacie się z tym? 🙂

Jesteśmy jeszcze w województwie opolskim i takie znaki na drodze. U nas rowerzystów traktują inaczej, bo wstawiają znaki z rowerami, a tu od razu takie obrażanie 😉 Ale tylko półtora kilometra 🙂
Jedziemy na Chróścin. Sowa wyznaczył trasę asfaltem, ale Prezes z racji znajomości terenu w ostatniej chwili skręca gdzieś w bok, jakieś szutry, polne drogi i za minutę lądujemy przed cerkwią Łopuchina. Wiecie, że Chróścin był kiedyś Chruścinem? 🙂

Za chwilę mamy Bolesławiec i kolejny postój. Z naszej lewej nadciąga front burzowo-deszczowy, wg map będziemy przed nim uciekać do Wielunia i dopaść nas powinien o 16 na granicach miasta. Ale pogoda rządzi się swoimi prawami. Janek od jakiegoś czasu próbuje podkręcać tempo, obawiając się, że nas zmłóci. Na razie wspólna fota, na którą Prezes wjechał rzutem na taśmę rowerkiem Darusia 🙂 Między Byczyną a Bolkiem dojechał nas Karolek i z trzynastu zrobiło się nas czternastu, ale tylko na chwilę 🙂
Była mowa o kąpieli w rozlewisku Prosny, ale średnio było z zejściem do wody, jednak czujne oko kogoś z grupy odnalazło małą plażę i znalazło się paru amatorów letnich kąpieli 🙂
Chmura, a raczej pas czarnego nieba zbliżał się na nas nieubłaganie, Janek już od dłuższego czasu rzeźbił temat, że jedziemy, jedziemy, bo nas zmoczy. Kiedy Prezes zażywał kąpieli z częścią grupy, Janek zgarniając ledwo co dołączonego Karolka ruszył na Wieluń, bo nie chciał zmoknąć. W sumie to nie ma się co dziwić, bo ilość kilometrów, które w swoim życiu przejechał oraz doświadczenie, jakie zdobył w różnych warunkach atmosferycznych pozwala mu na taki bilet powrotny, że on już w swoim życiu zmoknął na tyle, co my do końca życia tylu pryszniców nie weźmiemy! 🙂 Mamy nadzieję, że plan im wypalił i zajechali na sucho, bo u nas… a to za chwilę 🙂

Woda cieplutka, klimatycznie, ale czas wychodzić, bo trzeba kręcić dalej. Szukamy sklepu, bo trzeba uzupełnić kalorie.

I przeczekać na przystanku to, co miało nadejść. Wg prognoz mamy się tu rozgościć na niecałą godzinę, bo pojawi się okno pogodowe, którym będziemy cisnąć na Wieluń goniąc jedną chmurę, ale uciekając przed drugą. Sowa posmutniał i ten głupi uśmiech tylko dlatego, że Prezes kazał. Chłop się postarał wytyczając trasę przez tydzień, skrupulatnie metr po metrze, ale deszcz niby miał być tylko ewentualnością. No i ewentualnie nie padało a potem padało 🙂

Zrobiło się faktycznie okno pogodowe na tyle, że zaczęło padać a przestało lać, więc jedziemy 🙂 Teraz do Wielunia z Bolka wiatr w plecy i deszcz lekko odczuwalny. Bardziej odczuwalna bryja spod koła kolegi jadącego przed 🙂
Pada, pada, mokro, mokro, ale ciepło na tyle, że nie robi to na nas wrażenia. Dziewczyny pozakładały jakieś dziwne palta, kurtki i inne duperele, żeby im za chwilę mokre dolegały do skóry 😉

Z racji tego, że pogoda z lekka od Bolka pokrzyżowała plany, musieliśmy wrócić asfaltem i na powrocie nie wyszło nam sto. Dlatego na Wieluniu w deszczu trzeba było dokręcić, żeby plan zrobić i się spełnić 🙂
Było wspaniale, zresztą jak zawsze, ale dzisiaj oprócz nóg na powrocie pracowała głowa, i to nie jedna, ale na tym to właśnie polega, że włącza się wszystko, byle dojechać do celu 🙂 Dzięki za dziś!

Menu

Facebook