Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Italia


W tym roku udało zabrać się rower na wakacje. Ba! Nawet dwa! Szosa i MTB 🙂 Czego chcieć więcej? Pogoda pewna, tereny piękne, tylko to 1800 km za kółkiem na raz do zrobienia… dobrze, że mamy po jednym zmienniku na auto, a jedziemy dwoma autami. Planujemy trasę, i pytanie: czy przez Czechy, czy Niemcy. Przez tych drugich dalej, ale pewniej, autostrady, bez stresu. Ale już w Polsce zaczyna się kabaret. Przed wyjazdem w radiu informacja, że znaleziono jakieś niewybuchy na A4, więc zamknięta. Na szczęście pół godziny przed startem saperzy się uwinęli i kamień spadł z sera. Ruszamy. W międzyczasie w radiu podają info, że dość poważny wypadek na A4 za Legnicą w stronę Zgorzelca. Trzy tiry i cztery osobówki. Trzeba na bieżąco przeplanowywać trasę. Na mapach google sytuacja o przejezdności jest podawana na bieżąco. Wytyczyliśmy alternatywę, ale chyba nie przełączyłem trybu z roweru na auto 🙂 No to mamy krajoznawczość 🙂


Nie jedziemy dzisiaj przez Czechy i tereny austriackie typu Graz, gdzie zawsze leje! Całe szczęście, bo deszcz zawsze nas dołował. Tym razem leje przez 3/4 Niemiec 🙂 Bosko… burza za burzą. Dopiero właśnie w Austrii przestało padać 🙂 Po zmianie kierowców jakoś dobrnęliśmy co celu. 1800 km w 22 godziny. Korki w Polsce, pod Bolonią przedłużyły czas przejazdu. Na skrzyżowaniu dwóch dużych autostrad pod Bolonią 6 km jechaliśmy godzinę. A raczej staliśmy godzinę. Bo Włosi stwierdzili, że jedna nitka drogi wystarczy, żeby z jednej autostrady wjechać na drugą. O ich myśleniu jeszcze pewnie wspomnę w dalszej części. Słyszałem opinie, że im bardziej na południe Włoch, tym większy syf, większa bieda, poobijane auta… Nie ocenisz, dopóki sam nie zobaczysz… i faktycznie. W porównaniu z kempingiem w Toskanii to tutaj jest jakieś 1/3 tego, co było tam. Pod każdym względem: kemping powierzchniowo zdecydowanie mniejszy, baseny o połowę, market to jakieś nieporozumienie, obsługa ma tak ochotę obsługiwać przyjezdnych, że jak tam w Toskanii było w ciągu dnia non stop otwarte, tak tutaj przyjechaliśmy koło 12, to czekaliśmy do 16, aż się łaskawie pojawi rezydentka… żenada. Dostaliśmy klucze do domków po 4 godzinach nudzenia się masakrycznie i mogliśmy w końcu wypakować się i odświeżyć, lub na odwrót. Wieczór się udał, było tak, jak być powinno. Dom Zły i Pod Mocnym Aniołem takie dwa w jednym 🙂 Ale należało nam się 🙂 W międzyczasie opcja wytyczenia sobie traski na rano do Rzymu. Wcześniej jeszcze wsiadłem na rower celem zbadania najbliższych marketów. Do jednego mamy jakieś 650m, drugi 2km. Do tego drugiego nie odważyłem się dojechać, bo droga, w którą skręciłem okazała się drogą śmierci i nigdy nie byłem tak zesrany, jak na tym odcinku, mimo, że jechałem poboczem.

Wyobraźcie sobie trasę S8, gdzie jedziecie rowerem i macie wrażenie, że nikt Was nie widzi. Pierwsze lepsze skrzyżowanie w prawo i uciekam! Żyję! Dziękuję Bogu, ale trzeba znaleźć alternatywę na powrót. Wjeżdżam w jakieś miasteczko, kręcę się po wymarłych jakby uliczkach, na nawigacji szperam w pełnym słońcu, ale nie mogę dostrzec innej drogi. Znalazłem jakiegoś podsuszonego włocha, którego staram się zapytać o powrót na kemping. Nie parla po inglese, ale usilnie stara mi się wytłumaczyć po włosku. Słyszę tylko sinistra i sinistra, czyli wiem, że każe mi wracać tam, skąd przyjechałem. Masakra! No ale łan kozie ded. Przeżyłem w jedną, to i w drugą przeżyję, chyba. Jadąc poboczem miałem świadomość, że zaraz wskoczyć muszę na lewy pas celem skrętu w drogę na kemping, a auta cały czas zapierdalają. Małe spięcie w sobie i na prostej razem z autami jechałem w pełnej adrenalinie ponad 45km/h żeby mnie nic nie rozjechało. Udało się. Przeżyłem, ale to było straszne przeżycie. Jak przeżyję te wakacje, to będę mógł w Polsce tyłem po autostradzie jeździć 🙂 Lalka i smok czekają na rano.

Niedziela.
Postanowienie ruszyć rano rowerem na Rzym. Wytyczona trasa, ale żeby dojechać do ścieżki rowerowej, musiałem pokonać dość niebezpieczny kawałek drogi lokalnej, która raczej przypominała natężeniem ruchu trasę S8, ale aut było zdecydowanie więcej. Znacznie niebezpieczniejszy, niż ten którym wczoraj szukałem drugiego marketu. Trasa do przebadania, nie wiem co mnie czeka, więc wziąłem MTBka. Dojechałem jakoś do początku ścieżki rowerowej na Rzym, ale uwierzcie mi, że gdyby nie spodenki z pampersem, to łydy całe brązowe.

 Na początku ścieżki spotkałem kolarza włocha koło 70-tki, pogadaliśmy w swoich językach, ale chociaż wspólne foto sobie zrobiliśmy i pognałem na Rzym, wzdłuż Tybru.

Dojechałem na przedmieścia, gdzie często unosił się smród jak z fabryki balonów, albo podobnie.

Miałem na celu Koloseum, ale jadąc między budynkami dostrzegłem na ogromnej budowli rydwany z czterema koniami i dorożkarza ze skrzydłami 🙂 Muszę to zobaczyć! Okazał się, że to budynek … przy placu Weneckim. Małe foto i pognałem na Koloseum.
W międzyczasie natrafiłem na antyczne ruiny, których nie sposób było nie zauważyć.

Koloseum obstawione wozami pancernymi z żołnierzami gotowymi do strzału. Podjeżdżam bliżej. Humvee? Nie, to Iveco 🙂 Pewnie się zepsuły i czekają na lawetę 🙂

Małe selfie z ruiną w tle i kręcę dalej.

Jakiś łuk tryumfalny czy coś też się znalazł.

Nieświadomy zaliczyłem jeszcze Panteon a potem Zamek Świętego Anioła.

Sprzed tego zamku dostrzegłem Plac Świętego Piotra. Jadę. Bramki, polizia i carabinieri prześwietlają wszystkich, mnie z rowerem nie chcieli wpuścić, kazali szukać parkingu 😀 Darowałem sobie. Jeszcze tu wrócimy!

Szukam drogi przez ten śmieszny parking, tu schody ruchome, tu nie, jakieś tajemnicze przejścia podziemne, jakoś trzeba przejechać.

Rowerzystów na trasie spotkałem dziesiątki, jak nie setki. Trzeba uważać z kolei na kobiety. Dojeżdżasz do jakiejś laski, tyłek fajny, odwracasz się i orzeźwienie: suszony pomidor z przodu. Niestety, jak to mówią: z tyłu liceum, z przodu muzeum. I to takie typowo rzymskie. Po trzech próbach przestałem się oglądać na jakiekolwiek kobiety ze względu na swoje zdrowie psychiczne. Mam tylko tę satysfakcję, że mało w kobiet jeździ u nas, tak i tutaj, ale u nas jak z tyłu wygląda, tak z przodu też. A tu jest horror.

Upał daje się we znaki, szukam czegoś do picia. Wszędzie tylko piwo, więc zmuszony jestem jakieś 330ml przyjąć. Siedzę sobie z dobrą godzinę w międzyczasie podładowując telefon i napawając się widokami w wąskiej uliczce.

Docieram do Hiszpańskich schodów.

Potem ogarniam Fontannę di Trevi, gdzie spotykam rowerowych policjantów. Zamiast napisu marki na ramie jest napis Polizia 🙂

Sama fontanna robi ogromne wrażenie. Akurat dzisiaj nieczynna, bo jest konserwacja i wybieranie kasy, gdzie każdy myśli, że jak wrzuci pieniążka to tu wróci 🙂

A Włosi po prostu cieszą się, że kolejnych parę tysiaków euro mogli wyzbierać z dna fontanny i zepsuli niektórym marzenia 🙂Kieruję się na powrót. Ale mam podjazd! Jakieś ponad 20% przez dłuższy odcinek, albo jeszcze dłuższy. Mam spory zapas energii w łydach, więc myślę, że teraz się zmęczę. Kątem oka widzę jakiegoś jegomościa na MTB, który próbuje mnie dojść. Pozwalam mu na to, sprawdzę, co jest wart. Gość po 60tce. A kondycji pozazdrościć może mu większość naszej grupy. No to rozrkęcamy 🙂 Pochył w górę spory, z 15km/h zrobiłem mu 25 i nadal się trzyma koła. Ja nie znam podjazdu, on tak. Cały czas zakręty i górka zdaje się nie mieć końca. Czuję, że już trzeba przejść z kręcenia nogami na kręcenie głową, żeby nie dać plamy. Dwa razy udało mi się go urwać, a wszystko dzięki zdobyciu cwaniactwa od Treneżerzuńcia i Eliminatora, bo dziadek nie znał techniki jazdy zakosami pod górę 🙂 Znowu dałem mu szansę 🙂 Albo i sobie 😛 W każdym razie razem szczytowaliśmy, znaczy ja pierwszy, on chyba drugi 🙂 Mówię, że 1st place Pologne, 2nd Italy, ale nie złapał żartu i pojechał w swoją stronę. Pokręciłem się jeszcze chwilę po centrum i czas na powrót. Dzisiaj ruch nieporównywalnie większy do niedzielnego.

Tą samą ścieżką dotarłem do przejazdu pod autostradą. To też znowu jest być albo nie być, albo raczej przeżyć lub nie. Włosi chyba pierwszy raz w życiu na tej drodze widzieli rowerzystę, bo traktowali mnie, jakby mnie tam nie było, a raczej być nie powinno, mimo, że ruch rowerowy jest tam dopuszczony. Nie wiem jednak dlaczego. Nigdy więcej! Podobno. Mijam jeszcze po drodze dobrze zabezpieczone rowery, z porządnymi zapięciami. Inaczej jak nie zapniesz, to Ci mogą ukraść!

Poniedziałek.
Niedzielny rekonesans pozwolił mi na decyzję o wzięciu na dzisiejszy wypad laleczki. Tą samą drogą musiałem dostać się do ścieżki rowerowej za autostradą. Wjeżdżam na ten odcinek i jakie moje zdziwienie. Wczoraj aut łącznie minęło mnie może ze 100, dzisiaj z 10 tysięcy… posrany byłem po same pachy… nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Szosą mogłem pozwolić sobie na dociśnięcie w pewnych miejscach nawet do 50km/h tylko po to, żeby zmienić pas ruchu… włosi znowu w szoku… klakson na klaksonie, jakbym kuwa nie wiedział, jak jeździć. Ale muszę przyjąć ich mentalność, bo nie jestem u siebie. Dotarłem do ścieżki. Wiem, że dzisiaj poddam się całkowicie wytyczeniu trasy przez OpenStreetMap, bo już widziałem, że przygotowało mi jakąś alternatywę do tego gówna, z którym już nie chciałem się zmierzyć. Zresztą jazda na OSM jest czymś przewspaniałym jeśli chodzi o Rzym, bo tutaj ogromna większość jest dopracowana w każdym calu, w Polsce niestety wielu rzeczy brakuje. Zaznaczam na mapie ulubiony punkt, nawiguję do niego podając środek transportu jako rower i bajka! W ogóle jazda po Rzymie rowerem to chyba najlepszy środek lokomocji. Coś niesamowitego. Duża część trasy wiodła dzisiaj przy samym Tybrze, jest to naprawdę fajna sprawa, jeśli chodzi o rower.

Zwiedziłem dzisiaj te zabytki, których wczoraj nie zahaczyłem i próbuję powrotu nową trasą. Nieporównywalnie lepsza, bezpieczniejsza i rowerowa! Zahaczyłem jeszcze o plac świętego Piotra, gdzie już dzisiaj można było ogarnąć całość rowerem. Tak dla ciekawości dodam, że straż papieska liczy około 100 osób, gdzie rekrutowani są do niej tylko Szwajcarzy w wieku 18-35 lat, 174cm wzrostu, o nieskalanej reputacji i katolicy. Nie spełniam!

Ścieżka rowerowa w stronę domu 🙂 Robi wrażenie.

Nawet trafił się jeden podjazd o nachyle 30% 🙂

Zrozumiałem, po co laleczka ma z przodu trzy przełożenia 🙂 Bokami, ale naprawdę bokami dotarłem do kempingu, szczęśliwy, że nie musiałem przeżywać dwukilometrowej jazdy czymś, co nie przypomina drogi, a jest tylko odcinkiem na survival. Dziękuję, dobranoc. Wtorek to dzień zwiedzania Rzymu w naszej grupie! Och! Jak ja wcale nie byłem w Rzymie! Ale jak już wrócimy, to kręcę nad morze 🙂 Też bokami i na smoku, bo laleczka pójdzie ewentualnie na drugi ogień 🙂

Wtorek.
Rano posiadówka przy śniadaniu i planowanie spaceru po Rzymie. W międzyczasie dowiaduję się, że jak spałem to miały miejsce fajerwerki zaraz za naszym ogrodzeniem. Przekręciłem i okazało się, żę wybuchło 4-5 aut. Zajęło się przez to pół bloku.

Wstrząsnęła nami ta sytuacja, ale nie znamy szczegółów. Robimy swoje. Mamy w planie 6-7 punktów, łącznie do przejścia około 6 km. Biorąc pod uwagę dzieciaki, temperaturę 34 stopnie w cieniu i już zrzędzenie na wszelki wypadek, może być ciężko 🙂 W jedną stronę mamy transport mieszany. Najpierw autobusem na pociąg, z pociągu na metro i na pierwszy punkt zwiedzania. Piazza del Popolo poszedł na pierwszy ogień,

potem Hiszpańskie Schody, następnie Fontanna Di Trevi, gdzie po każdym weeekendzie Włosi wyławiają w poniedziałek tony drobniaków 🙂

Podobno kąpiel w tej fontannie kosztuje 400€.  Drogo. Ciekawe czy z rowerem drożej 🙂 Kasa się kończy, nie będę próbował 🙂

Kolejnym pięknym zabytkiem był Panteon.  Wszędzie ludzi mnóstwo.

Do zdobycia zostało jeszcze parę, ale dzieciaki już miauczą jak rzymskie koty. Piazza Navona z trzema fontanntami to następne miejsce naszej wycieczki. Ogromny długi plac warty zobaczenia. Doszliśmy za niedługo na Campo Di Fiori, gdzie przeraźliwy ryk syren zdezorientował naszą wycieczkę i zagnaliśmy o uliczkę dalej.

Do tego doszedł mercato na tym placu, więc miejsce straciło swój urok. Albo to był jego cały urok 🙂 Wszędzie mnóstwo carabinieri, poliziji i wojska. Po drodze zrobiliśmy jeszcze Piazza di Venezia, który zjeździłem dwa dni pod rząd, ale nadal robi wrażenie.

Za chwilę Coloseum, potem w metro, by za chwilę przesiąść się w autobus na kamping. Po wyjściu ze stacji znaleźliśmy w końcu nasz autobus, wypełniony już praktycznie w większości, więc zostało nam stanie w korytarzu. Stoimy już sobie z 15 minut, przed nami siedzący klient odwraca się do Włoszki i pyta po angielsku coś niezrozumiałego ze względu na harmider panujący w autobusie. Nie słyszę o co pyta, ale Włoszka odpowiada, że słabo zna angielski.

Swoimi metodami wydedukowałem, że gość jest Polakiem, więc pytam, co go, co chciał się dowiedzieć. Po prostu chciał wiedzieć, o której autobus startuje, bo siedzi w nim już pół godziny 🙂 Mówię mu, że to są Włochy i oni się tym nie przejmują. Ale czy on jedzie według jakiegoś rozkładu? Mówię, że z doświadczenia wiem, że Włosi się tym za bardzo nie przejmują, ale ruszy, jak stwierdzi, że już czas 🙂 Ale skoro już Włosi się denerwują w autobusie, to znaczy, że nastąpi to za chwilę. I faktycznie. Minęło 5 minut i jedziemy! Kierowca dostał gromkie brawa, że w końcu ruszył. Oni naprawdę mają wyjebane, szybko się męczą, długo regenerują, stąd te wszystkie siesty. Nie ma się co dziwić, w końcu w takim klimacie trzeba pracować 🙂 Udało się znowu wrócić na kemping. Teraz małe zakupy, a ja obiecałem, że zrobię krewetki wg mojego ulubionego przepisu z czosnkiem i chili na maśle i winie z zieloną pietruszką. Wychwalony pod niebiosa mogę iść spać 🙂 Jutro jest plan ruszyć w końcu spenetrować brzeg morza.

Środa.
Wstałem skoro świt, czyli jak zwykle budzik zadzwonił po 6, ale zignorowałem go parę razy i tak dotrwałem w wyrze do 8:20. Szybkie ubranie się, dopompowanie tylnego koła w smoku i można ruszać. Bez śniadania i bez picia ruszyłem. W końcu niecałe 50 km w założeniu 🙂 Dzisiaj do zbadania plaża. I morze. Wytyczam wcześniej trasę, wiedzie przez kawałek ogromnej posiadłości Castel Porziano. Przejeżdżam przez skrzyżowanie i powinna być polna droga. Wg dokładnego GPS pokazuje mi, że muszę się przedostać przez bramę ze szlabanem i jechać wzdłuż muru. Wjazdu pilnuje 5 carabinieri, z których tylko jeden parla po inglese. Znaczy bełkocze. Nic nie zrozumiał, ale uważa inaczej i próbuje mi wmówić, że ja chcę jechać tą ekspresówką, którą zdążyłem już znienawidzić. No i ma rację, bo droga jest za murem ale wpuścić mnie nie chcą. Muszę w takiej sytuacji przejechać przez skrzyżowanie i zmierzyć się z nielubiącymi na tym odcinku trasy rowerzystów makaronami. Z czymś takim spotkałem się pierwszy raz w życiu. Mianowicie na skrzyżowaniu ze światłami stoi budka, w której dwóch leniwych policjantów próbuje kierować ruchem, kiedy skrzyżowanie staje się zbyt zakorkowane. Droga na Rzym, godzina 8:30 a ruch taki, że auto na aucie, z prędkością grubo ponad 50. Jakie tu mają skrzyżowania! Żeby skręcić w lewo, najpierw trzeba przed skrzyżowaniem zjechać z tej drogi na boczą, która idzie równolegle do tej, po której przed chwilą jechaliśmy, ta boczna dochodzi do skrzyżowania i pozwala na skręt na krzyżówce 🙂 Włosi geniusze 🙂 Takim oto sposobem zakorkowali skrzyżowanie, przez które chciałem przejechać na dobre 15 minut, a generalnie włosi są cierpliwi, lecz policjanci w budce zostali po 10 minutach nic nie robienia dość mocno strąbieni, to się w końcu jeden ruszył… A już planował siestę…

Udało się przebrnąć przez krzyżówkę i jadę w stronę Lido di Ostia, ale takimi bokami, że nie spotykam praktycznie żadnych aut. Spotykam jedynie w jednej z bocznych uliczek Acilii spalonych po kolei 5 aut… widok przerażający i dający do myślenia: co tu się stało?

Jadę na miejscowość Ostia Antica. Brzmi nieźle, bo w przewodniku gdzieś wyczytaliśmy, że warte odwiedzenia antyczne miasteczko. Dojeżdżam wg mapy, pytam napotkanego Włocha gdzie do Ostia Antica, a on mówi, że jestem 😀 No nic z Anticą wspólnego to nie miało 🙂

Szybki telefon do szwagra i już wiem, że chodzi tutaj o jakieś archeologiczne ruiny, więc szukam w navi i za 5 minut tam jestem.

Wjazd na zwiedzanie 8€, więc dziękuję bardzo, zza ogrodzenia też dobrze widać 🙂 Mijam na powrocie niemieckich turystów w chustach i burkach i wracam w stronę morza. Boczkiem boczkiem dojeżdżam na linię brzegową, przy której prowadzi fajna ścieżka rowerowa z chodnikiem. Oczywiście muszę uważać na pieszych na ścieżce, bo tutaj nie wolno ich rozjeżdżać jak u nas 🙂 Mały postój, pomysł na dalszą trasę i mogę ruszać.

Przejechane już 25 km, do zrobienia wg planu jakieś 50. OMG. Na smoku, ale praktycznie asfaltami, bo tu jak wspomniałem nie ma polnych dróg tak jak u nas. No to jadę. Miałem zwiedzić jeszcze jakiś zamek po drodze, ale 40 stopni w cieniu prawie dawało mi znać, że bez paliwa mogę tego nie ogarnąć. Jadę długi kawałek obok zona militare, a konkretniej typowego wojskowego lotniska, gdzie pilot jakimś odrzutowcem robił takie akrobacje, że od samego patrzenia wywracało mi żołądek na lewą stronę. Niewiele sobie skróciłem, ale 5 km w taki upał to zawsze coś.

Dojeżdżam do przejazdu przez autostradę. Po mojej lewej siedzą dwie córy koryntu. Wymiana spojrzeń i z rozmowy wydedukowałem, że jeszcze by mnie życia nauczyły 🙂 Za chwilę znowu kolejna. Mijam autostradę pod spodem, kieruję się na kemping. Tu przy autostradzie co chwila na bocznych stoją. Stoją dziewczyny w najstarszym zawodzie świata. Chciałem się z ciekawości zatrzymać przy jednej, ale wyprzedziło mnie auto i kierowca szybko udał się za linię krzaków na rozmowę. Pewnie pytał o drogę. No nic, jadę dalej. Stoi kolejna 🙂 Zagadam. Zacząłem pytać o drogę, ale jak usłyszałem odpowiedź w bardziej męskim głosie niż mój, to szybko zdałem sobie sprawę, że mam łańcuch do wymiany, bo przerywa na przyspieszeniu. Za chwilę mam skręcić z asfaltu w teren. Coś nowego. Dojeżdżam wg nawigacji i okazuje się, że na drodze stoi brama, a tam napis: Via privata 🙂 No to se pojechałem… turlam w takim razie dalej asfaltem, ale muszę dołożyć parę km. Nawigacja znowu pokazuje mi, że mam skręcić w polną. Na tym skrzyżowaniu siedzi na krzesełeczku bardzo zachęcająca pani z Rumunii oferująca lody za 25€. W taki upał by się zdało, ale pytam tylko, czy ta droga to privata, czy mogę rowerem. Okazuje się, że mogę i udaje mi się w końcu liznąć trochę MTB.

Spotykam niecodzienny widok: ogolone prawie na zero chyba kozy 🙂 Mają siestę 🙂 Godzina 12:30 🙂

Dojeżdżam do asfaltu, a tu brama 🙂 Jest za to ścieżka, którą przeciskam się przy przystanku i wyjeżdżam na ulicę.

Zostało tylko 5km, ale upał robi swoje, więc każde przekręcenie korbą już czuję. Jutro gdzieś też nad morze, ale laleczką, smok dzisiaj służył jako zwiadowca 🙂
Wieczorem jeszcze pojechaliśmy autami na zbadany przeze mnie wcześniej teren wybrzeża. Włosi są tak mili i uprzejmi, że jak chcieliśmy zjeść pizzę, to okazało się, że kuchnia rusza za niecałą godzinę, więc zajęliśmy stolik żeby chociaż napić się zimnego browara i co? I przyszedł kelner i nas wyprosił, bo powiedział, że tu jest właśnie rezerwacja na kolację za chwilę i mamy sobie znaleźć inne miejsce. Następne też było zarezerwowane i jedyne wolne było w pełnym słońcu… siedzieliśmy tam z godzinę, stolików mieli z 30, ale jak usłyszeli obcokrajowców, to potraktowali jak zwykle, niestety. Bo to nie pierwszy taki przypadek. Przez godzinę nikt do jednego, ani do drugiego stolika nie usiadł. Ba! Na tych 30 stolików ze dwa były zajęte. Ale musieliby po nas posprzątać. Niestety nie zamówilibyśmy jedzenia, bo nie można było, więc tak zwanej coperty nie policzyliby do rachunku. Strasznie to smutne.

Czwartek.
Ambitnie nastawiłem budzik na 6:30 jak co dzień. Obudziłem się o 10:17. Nie mam dzisiaj tajmingu. Szybko wsunąłem śniadanie, po które musiałem zagiąć lalką do lokalnego marketu. 10:40 byłem już wpięty w SPDki. Dzisiaj przetarcie szlaku po wczorajszej rajzie smokiem i szukanie fajnej dzikiej plaży. Czeka mnie 10 km jazdy wśród gnających samochodów. Już dorosłem do jazdy po takich drogach! Wystarczyło wyłączyć strach, przełączyć się na mentalność i myślenie po włosku i voilla! Ręka w lewo, odwracam się, daję znak, że zmieniam pas w postaci otwartej dłoni, każdy zwalnia 🙂 No i jestem w swoim żywiole! 10 km pokonuję w niecałe 20 minut. Czuć ogromny żar lejący się z nieba, mimo, że wieje dość zdrowo. Dojeżdżam do Lido di Ostia i skręcam tak jak wczoraj, na południe Włoch wzdłuż brzegu. Mijam paru szosowców, kręcę ponad 30 km/h i po chwili doganiam kogoś na smoku. Wyprzedzam, zwalniam, bo wiem, że lubią się podpiąć pod szybszego i faktycznie 🙂 Zarzuciłem przynętę i lecimy 🙂 Myślę, że logo Rowerowego Wielunia i Gminy Wieluń będzie mu się śniło przez parę dobrych nocy 🙂 Ciągnie za mną dobrych 5 km, przypomina mi się Dusiu, jak go wzięliśmy na 80 km 🙂 My na szosach, on na MTB, ale średnia 30 km/h wyszła 🙂 Ten zawodnik był słabszy od Duśmena i zdechł mi za jakąś chwilę i dalej muszę kręcić sam. Ale nawet się słowem nie odezwał. W sumie to mu się nie dziwię, bo przykręcałem mu co chwila tak śrubę, że nie wiem, czy regularnie oddychał, nie mówiąc o mówieniu 🙂 Dojechałem na plażę, odpocząłem chwilę i ruszam w dalszy podbój Italii.

Tak od paru wizyt we Włoszech zauważyłem taką przypadłość, że Włosi nie używają kierunkowskazów. Albo jak użyją, to jadą na nich parę kilometrów. Oni generalnie polegają na swoim instynkcie i obserwują, jak kto gdzie pojedzie. Dlatego obserwacja ich zachowań pozwala mi przeżyć każdy dzień 🙂
Jeżdżę od miasteczka do miasteczka, cały czas na razie w pełnym wietrze w plecy. Co chwilę staję, żeby sprawdzić szlak.

Trasa dzisiaj nudna w porównaniu ze zwiedzaniem Rzymu, ale można się upocić strasznie. Na początku wiatr pomagał, a potem na zjazdach rzędu 20-30% trzeba było kręcić. Jak się cieszę, że moja laleczka nie jest w karbonie, bo musiałbym sprowadzać w takim wietrze a nie zjeżdżać 🙂 Dojeżdżam do kolejnej miejscowości i pojawia się polski akcent. Nie wiem co to, ale nazywam to wielkim polskim grzybem i kręcę dalej, pod wiatr.

Trafiam na drogę, gdzie jest wyznaczony buspas, po którym nic nie jeździ. O jaki jestem szczęśliwy! 🙂Mijam parę przystanków autobusowych, na żadnym gmina nie przyczyniła się do ławek. Włosi są samowystarczalni. Takie patenty tylko tutaj 🙂 Ale tu jest tak ze wszystkim. Pomalowane szlaki rowerowe z 500 lat temu nie wymagają malowania, tu się nie ubiega o głosy wyborców. Tu się wybiera na 5 pokoleń 🙂 Nic nie robią dla wyborców 🙂 Droga jak miała dziury, to wstawiają 4 znaki ostrzegawcze i po problemie. Aaa… odnośnie znaków. Idą na bogato 🙂 Po co jeden informujący, że jazda jest nakazana w prawo, trzeba jebnąć trzy 😀 Bravo Italia!

Nie chce mi się dzisiaj wytyczać trasy na powrót, więc jadę na oklep, czyli sprawdzam na bieżąco, ale mylę się w tym upale parę razy. W jednym miejscu zjechałem z ronda w stronę autostrady, więc muszę zawrócić. Jedynym w miarę miejscem jest przejście piesze nad drogą. Nawet są windy. Ale nie działają. Siesta chyba 🙂

Po trasie trafiam na przepiękny widok. Wszędzie domy w pełnym słońcu, a tu chyba mieszka bogacz, bo cała posiadłość w piniach. Piniu! Pozdrawiam Cię tutaj! 🙂

Telepię się jeszcze parę kilometrów, dojeżdżam do miejscowości obok kempingu. 65km to nie 70, wczoraj smokiem 70, dzisiaj 65 lalką, to się kręcę i zakończam podobnie jak wczoraj. Jutro wyprawa na Bagnoregio. Autem, bo w jedną stronę 130 km 🙂 Dałbym radę, ale inni też chcą jechać 🙂

Piątek.
Dzisiaj jest plan na objazdowy, a w nim Bagnoregio i Pitigliano. Autami oczywiście, bo do przejechania około 350 km. Wyjazd przed południem, to zdążę jeszcze lalą zakręcić nad morze. Taka rozgrzewka około 30 km.

Cisnę zatem w stronę brzegu i dojeżdżam jakiegoś szosowca. Daję mu znać, żeby sobie wskoczył na koło, to go podciągnę do Lido di Ostia. On w lewo, ja w prawo już przy samym morzu. Zakręciłem się koło portu i pora wracać.Napotkałem sympatycznie zapowiadającą się rowerzystkę, więc uwieczniłem. Z przodu już gorzej.

Znalazłem punkt wodny, gdzie mogłem sobie uzupełnić picie do bidonu. Woda leje się cały czas. Trochę to smutny widok, bo woda to złoto ziemi…Wracam. Na powrocie też kolejnego szosowca dojechałem, tego już nie musiałem zapraszać na koło, bo sam się złapał 🙂 Oprócz korków na skrzyżowaniach, gdzie musieliśmy się przeciskać między autami, wykręciłem z nim na kole grubo ponad 30 km/h, często dociskałem do 45 i się trzymał 🙂 Tak mu się spodobało, że zapraszał mnie prosto w stronę Rzymu, lecz musiałem wracać w lewo na kemping.Zastanawiam się, jak ci Włosi na Stravie zdobywają KOMy, skoro ja mam tutaj dobre czasy rzeczywiste, przeganiam praktycznie każdego spotkanego, a oni tam, gdzie ja mam segment zrobiony w 2 minuty mają czas o połowę krótszy. Chyba skuterami czitują 😀 Wracam na kemping, prysznic i jedziemy na zwiedzanie w rejony Toskanii. Jest bajecznie. Polecam Civitę zaraz przy Bagnoreggio, piękne malutkie miasteczko położone na skale, gdzie dostęp tylko możliwy jest z buta.

Ciasnymi drogami docieramy do Pitigliano, gdzie przepiękne stare miasteczko już z daleka zaprasza turystów swoim majestatycznym wyglądem. Małe, do ogarnięcia spokojnie w paręnaście minut, ale bardzo urokliwe wąskie włoskie uliczki zawsze robią na mnie ogromne wrażenie.Udaje nam się zjeść nawet pizzę mimo, że w takich miejscach podczas sjesty wszystko pozamykane. Buona pizza!Kierujemy się na chacjendę. W tamtą stronę jechaliśmy lokalnymi drogami unikając opłat, ale z powrotem już byle szybciej… Kolejna rzecz, o której warto wspomnieć, to „umiejętność” używania kierunkowskazów przez Włochów. Jak ktoś tu wrzuca kierunki, to początkujący kierowca, lub turysta 🙂 Ewentualnie wrzucają z prośbą o wpuszczenie na inny pas 🙂 A jak już wrzuci, to jedzie z włączonym przez parę kilometrów 🙂 Zmieniają pasy bez kierunków, zjeżdżają z ronda bez kierunków, na skrzyżowaniach też z tym słabo, ale jeżdżą na obserwację 🙂  Jutro ambitny plan, bo trasa wieczorem wytyczona na zdobycie paru zabytków ze szlaku Castelli Romani 🙂 Jest stówka do ukręcenia… jeszcze nie wiem, że to będzie jedna z najtrudniejszych moich wypraw…

Sobota.
Wstaję w miarę wcześnie i już czeszę lalunią wcześniej zaplanowaną trasę. Dzisiaj większy ruch niż w tygodniu, więcej rowerzystów. Dwóch szosowców dochodzę, nie ścigam się bo wiem, że przede mną dzisiaj sporo do udowodnienia sobie. Plan zakłada 115 km. Góry, które widziałem parę razy w oddali okazały się właśnie miejscem, które dzisiaj będę ukręcał. Na pierwszy strzał idzie Castel Gandolfo. Drapanie od 15. kilometra. Wcześniej parę przeplanowywań trasy ze względu na prioperita privata i niestety brak możliwości przejazdu mimo, że OSM pokazywało inaczej. Jestem na pierwszym z 10. punktów.

Szukam miejsca na mały odpoczynek i taki oto widoczek ukazuje się między wąskimi uliczkami. To jeziorko mam dzisiaj do objechania.

Jest około 10:30, Włosi dopiero chyba powstawali, ale rytm ich życia mnie rozkłada na łopatki, bo w bardzo wielu miejscach zjesz i napijesz się tylko o określonych porach. Tacy to się nie przemęczą.

Jeden strzał, zamknięte, drugi zamiatane, trzeci… szkoda gadać. Jadę na mój drugi punkt dzisiaj do zdobycia.

Tak sobie wyznaczyłem trasę na dziś bardziej jak się potem okaże nie w kierunku zabytków, a raczej w zdobyciu sprawności króla gór na szosie 🙂 Zjechałem dość mocno w dół i za chwilę drapię jak stary kocur. Jest co drapać.

Na szczęście na końcu podjazdu jest kranik, gdzie mogę łeb namoczyć 🙂 Ooooo jaka ulga! Drapiemy dalej 🙂

Z Castel Gandolfo przez kolejne podjazdy dojechałem do Albano Laziale. W sumie znowu nie wiedziałem, co tu oglądać, bo trasę tak jak wspominałem – szykowałem po punktach do zaliczenia, a nie zwiedzania 🙂 Potem Genzano di Roma. Ale żeby tam dotrzeć, musiałem zjechać z Albano i wdrapać się do Genzano.

Najbardziej nastawiam się na widoki w Nemi, bo to jedna z ładniejszych wiosek w tym rejonie. Ale leży po drugiej stronie jeziora… a jezioro w dole. A Nemi jeszcze wyżej, niż Genzano. Jestem już prawie u szczytu.

Cały czas pokonywanie swoich słabości po kostce brukowej. O! Tam przed chwilą jechałem 🙂 Jeśli miałbym wybierać, co dzisiaj bardziej lubiłem: zjazdy, czy podjazdy, to mimo, że podjazdy były bardziej wykańczające, to zdecydowanie bezpieczniejsze. Na zjazdach cały czas na klamkach, bo drogi nierówne, dziury, masakra… zero przyjemności niestety, chociaż trafiło się parę nowych asfaltów na zjazdach.

Jestem w Nemi. Stoi tutaj zamek o nazwie Palazzo Ruspoli. Mnie bardziej jednak interesuje miejsce pod parasolem i chwila odpoczynku, przy którym podładuję telefon, bo co chwila muszę patrzeć w navi. Oni tu mają pierdolca na punkcie truskawek 🙂 Wszędzie fragoli i fragoli 🙂 Pięknie! 🙂 Miasteczko małe ale bardzo urokliwe.

Z przydrożnej knajpki rozciąga się przepiękny widok na jezioro w dole i miasteczko, z którego niedawno przyjechałem.

Truskawki, truskawki ewryłer! 🙂 Uwielbiam takie klimaty. Wszędzie w dodatku pełno szosowców.

Z Nemi wdrapuję się jeszcze wyżej do Rocca di Papa. Widoki przecudne. Tam gdzieś godzinę, dwie jeździłem w dole 🙂

A tu droga cały czas do góry. W pełnym słońcu, jakieś 35 w cieniu.

Włochy parują w oddali, a ja jeszcze wyżej i wyżej.

Nawigacja się trochę gubi i prowadzi mnie w ciasnych, bardzo stromych uliczkach, wyłożonych kamieniem, pod które z ogromnym trudem podjeżdżam.

W pewnym momencie na bardzo stromym podjeździe miałem rozwidlenie, zerkam w telefon, chwila nieuwagi i JEB! Wpadło koło w rynsztok. Myślałem, że glebnę, ale taki stojak na rowery, że utrzymał mnie w siodle. Niestety tak zósemkowałem koło, że musiałem rozpiąć hamulec i przeplanować trasę, bo wiem, że z taką ósemką na zjazdach mogę mieć kłopot. Z 10 zaliczonych dzisiaj punktów zrobi się 7, więc ze 115 km skracam na 100. I tak nieźle, bo jestem już po 65.

Tam w dół teraz…

Zjazd ze 30%, cały czas na hamulcu tylnym i pulsacyjnym przednim. Przestały boleć nogi, zaczynają ręce.

Pytam się okolicznego sprzedawcy pomarańczy o mechanika rowerowego. Oczywiście wyszło pięciu i tylko jeden znał angielski na tyle, żeby zrozumieć, co mówię do niego po włosku i tak też po włosku mi wytłumaczył: via Frascati, rotonda diritto, cinquecento metri, no ale pokazuje na zegarek, że może być zamknięte, bo przecież jest jakaś 13 i oni mają sjestę… masakra jakaś! Dopadam jakąś przydrożną knajpkę w Grottaferrata, ładuję telefon a w międzyczasie opierdzielam paninę con mozarella e pomodoro za 3,5€.

Zjeżdżam do Marino, robię pamiątkową fotę i liczę kilometry na powrót. Słońce grzeje niemiłosiernie, ale często mogę jechać w cieniu drzew. Leci bidon za bidonem, ale jestem przygotowany, bo na mapie mam zaznaczone krany z wodą.

Zjeżdżam z Marino na Pantanelle i dale już bokami na kemping. Cento pęknięto na włoskiej ziemi! Trzeba teraz poszukać na spokojnie mecchanica di bicicletta 🙂

Niedziela.
Po sobocie i przykrym incydencie z laleczką miałem sobie dzisiaj odpuścić. Jakoś tak się zdemotywowałem przez to… w smoku skończyły mi się z tyłu klocki, rozregulowały się przerzutki, ale na biedę można pocisnąć. Dzisiaj jest plan, żeby zwiedzić parę Castelli Romani z grupą tam, gdzie wczoraj byłem na zwiadzie. Jednak nosi mnie od samego rana, przeprałem sobie wczoraj wszystkie ciuchy oprócz jednej koszulki, która mi została. Niestety tu jest taki klimat, że nic nie schnie przez noc, więc ubieram mokre gacie, doschną najwyżej na mnie. Albo i nie zdążą 🙂

Dziś taki sam plan jak przedwczoraj: dokręcić do morza, sprawdzić jakieś oficiny z naprawą rowerów, żeby koło tak nie biło. Ruszam. Jak zwykle bywa na tej trasie, doganiam szosowców. Dwóch. Urywam, ale na skrzyżowaniu czerwone, więc mnie dochodzą. Mijają mnie, rozglądają się i sru! Poszli. A ja czekam na zielone… prawie ich doszedłem na następnej krzyżówce, ale znowu oni znowu hyc hyc na czerwonym, ja już dojeżdżając miałem zielone.
Z dwóch zrobiło się czterech, a za chwilę pięciu. Wzbogacony o ich szosowe cwaniactwo już razem z nimi szarpię na czerwonym 🙂 To tutaj normalne jak się okazuje 🙂 W międzyczasie zagaduję swoim łamanym włoskim o mechanika, ale jak zwykle problem z porozumieniem, jednak udaje mi się zrozumieć, że domani si, oggi no. Zatrzymaliśmy się na chwilę, obejrzeli moje koło, jeden na drugiego pokazał i powiedział, że to mistrz rowerowy i mechanik. Dostałem zaproszenie na kawę, podjechaliśmy do garażu jak się potem okaże Umberta, próba dogadania się co zrobić, a ten daje mi koło, które przed chwilą napompował.
Zmieniłem swój klucz wiolinowy na proste kółko, rozmowa trwa dalej. Albo jej próba 🙂 Umberto pokazuje mi jakieś swoje inne koło, które może mi sprzedać. Jednak w perspektywie tego, że wrócę do Polski i zmienię na inne, nie uśmiecha mi się pozbywać się tutaj gotówki. Każe mi przyjechać jutro, może coś się wymyśli. Więcej dzisiaj siedziałem z nowo poznanymi przyjaciółmi od szosy, niż kręciłem 🙂 Ale było warto, bo zawieranie nowych znajomości to dla mnie ogromna przyjemność i przeżycie. Idziemy na kawę do najbliższej kafeterii. Zostało nas czterech, ja piję cappucino, oni walą po espresso. Też musiałem wypić to cappucino w espressowym tempie, bo wracamy do garażu. Mała posiadówa, wymiana zdań na wszelkiego typu tematy, chwalę się naszym Jankiem Majchrowskim i pokazuję zdjęcia. Szkoda się rozstawać, ale już umówiłem się na ewentualne kręcenie 🙂 Umberto zostawił mi swój numer, więc będziemy się skrzykiwać.
Wracam na kemping. Spotykam po trasie paru szosowców, ale nikt na koło nie siada. Może za bardzo mną huśta przez ten klucz wiolinowy z przodu 🙂
Połykamy obiad i ruszamy autami na część wczorajszej mojej trasy śladem Castello di Roma. Na pierwszy strzał idzie Castel Gandolfo. Przed większością knajpek przy zamku stoją przyozdobione w różnoraki sposób rowery. Obsługa też niczego sobie 🙂

Co prawda tu jest tylko jedna uliczka taka romantyczna, ale wystarczy, żeby zrobić na wszystkich bardzo pozytywne wrażenie. Na odcinku 200 metrów mnóstwo knajpek z pizzą, wieprzem i podobnym żarciem.

Pokazuję mojej grupie Lago Albano, wszyscy jednogłośnie robią WOW, Ja pier. i inne podobne hasła 🙂 Jedziemy do Nemi, królestwa truskawek. Tam jest równie pięknie, jak nie piękniej 🙂 O tej porze i w niedzielę coraz większy problem z parkingami. Nagle, mimo sjesty tłumy Włochów nie wiadomo skąd.
Po zwiedzeniu Nomi czas na Rocca di Papa, najwyżej położone w rejonie miasteczko, gdzie wczoraj kratka od rynsztoku zrobiła be mojej laleczce. Rowerem było ciasno, a ja wepchnąłem się w te uliczki autem… o maj gasz! Łydy brązowe, ale jakoś przejechaliśmy przez najbardziej ciasne uliczki do centrum. Ufff… udało się, chociaż zniesmaczeni, bo nie widzieliśmy tych przepięknych, pnących się w górę ciasnych uliczek, po których wyciskałem z siebie i z lalki wczoraj siódme poty. Jedziemy w dół zatem do Frascati, to ostatni punkt do zwiedzania w dzisiejszym planie wycieczki. Niestety tutaj jest dopiero ruch i walka o każde miejsce parkingowe, że przez pół godziny zwiedzaliśmy parkingi. Zrezygnowani zjeżdżamy na kemping, ale podbijemy jeszcze do Rocca di Papa i Frascati w tygodniu, w godzinach pracy Włochów. Jutro plażing!

Poniedziałek.
Dzisiaj ma być plażing, ale nie sobie darować wypadu z szosowcami o 8 rano z Ostii. Jak się dowiedziałem od Umberta, oni zawsze się rano o 8 spotykają. Jadę zatem do Ostii, bo udało się wstać o 7. Pierwszy raz zauważyłem tutaj ścieżkę rowerową, ale nikt nią nie jeździ ze względu na ograniczenie prędkości 🙂

Nauczony już włoską jazdą przebijam się na każdym czerwonym świetle i tak oto nie musi mi się w stravie włączać autopauza. Dojeżdżam na 5 minut przed startem, jest już spora grupka, ale jeszcze się zjeżdżają.
Pytam, czy ktoś po angielsku, dwóch się zgłasza, więc kontynuuję i pytam jak wygląda dzisiejszy przejazd. Około 90-100 km, ale wyjątkowo dzielą się na dwie grupy, jedna po płaskim, druga w klimacie Castelli Romani. Chyba jednak zdecyduję się na płaszczyzny ze względu na małe doświadczenie na zjazdach i bicie kołem na szerokość kierownicy 🙂
Jedziemy wzdłuż brzegu morza na południe. Pod koniec miejscowości zauważamy leżącego kolarza po drugiej stronie drogi, który właśnie został potrącony przez auto. Praktycznie cała grupa zawróciła, tylko ci bardziej ambitni w nielicznych jednostkach pojechali dalej.
Dzwonią na pogotowie chyba z 5 razy. Podobnie jak u nas. Karetka przyjeżdża po 20 minutach, przekazujemy poszkodowanego w ręce sanitariuszy i lecimy dalej.
Trochę się grupa posypała, bo część mniej cierpliwych zaczęła delikatnie się wykruszać, większość została jednak. Jedziemy dalej, dowiaduję się, że trasa dzisiaj skrócona ze względu na coś, czego nie zrozumiałem, ale jutro mam przyjechać, to sypniemy koło setki 🙂 Z grupy około 30-40 osób zrobiło się nas czterech, którzy mieli dość mocne tempo. Na powrocie chłopaki zapraszają na kawę, wbijamy zatem do kafeterii, barman pyta ich czy jestem nowy 🙂
Dedukuję z rozmowy, że w pewnym sensie tak, ale przyjechałem z Polski na wakacje. Nagle barman odwraca się do barmanki i mówi: polacco! A ona do mnie: no cześć, skąd jesteś? Wieluń, Kłodzko po drugiej stronie lady 🙂 Wymieniamy parę miłych zdań i lecimy na Ostię. Wiem, że mamy parę kilometrów do końca, więc jak nie wychodziłem na zmiany, bo nie znałem trasy, tak tutaj już mogę sprawdzić, co koledzy potrafią 🙂 Zostało nas 3, wychodzę na zmianę, dokręcam, jest ciężko, pod wiatr i wzmagający upał, ale tempo koło 40 km/h, gdzie wcześniej jechaliśmy 10 mniej. Wszyscy równo się trzymają, kręcę tak około kilometra i oddaję zmianę pod wiatr. Tempo się zwiększyło, co widziałem, że się moim dwóm kompanom spodobało 🙂
Jeszcze tylko plażing, swimming, kolacja i do rana! 🙂

Wtorek.
Podniecony dniem wczorajszym i informacją, że oni tam się w miarę możliwości spikują na rondzie w Ostii o 8 rano, już nastawiłem sobie budzik do końca tygodnia na 7 🙂 Cisnę dzisiaj na kolejną zbiórkę. Wczorajsze tempo było dość spokojne jak na mnie, więc pasuje mi, żeby poduczyć się w trakcie włoskich nawyków. Do ronda mam od siebie 10 km, więc sobie spokojnie jadę, żeby zajechać na 10 minut przed startem. Jednak mój plan psuje szosowiec, który wyprzedza mnie rzucając: ciao… no to ciao i kooołoo… i jadymy razem 🙂 Bez słowa 🙂 Za chwilę dochodzimy jakiegoś innego, okazuje się, że to kumple. Mocne tempo prawie do Ostii, a w mojej głowie układa się plan, że dzisiaj będzie grubo 🙂 Okazuje się jednak, że chłopaki już pompowali wcześniej i jeden odbija przed Ostią, a drugi na rondzie w prawo i tyle ze wspólnej jazdy 🙂

Dzisiaj też mocna grupa, czuję się trochę wśród nich jak ich syn, ale przynajmniej jest od kogo się uczyć. Nie widzę tutaj zbytnio twarzy z wczoraj, oprócz jednego kolegi, z którym trochę po angielsku pogadaliśmy i razem ogarnęliśmy całą trasę. Na starcie pojawia się mój przyjaciel z niedzieli Claudio, z którym i z Umbertem piłem cappuccino espresso 🙂 Wita się ze mną serdecznie, jako jedyny podaje mi rękę, tu nie ma zwyczaju podawania sobie rąk. Czuję się wyróżniony.
Jest minuta do 8, ale część grupy zaczyna startować, a część jeszcze rozmawia. Claudio daje mi znać, żeby jechać, no to jadę. Pytam się, ile dziś, mówi, że około 70 km. Moje 20 na dojazd i powrót to razem 90. Pasuje. Claudio przechwalał się, że jest ode mnie dwa razy starszy 🙂 Ale kondycję skubany ma, jakby był w moim wieku. Jedziemy grupą około 20-30 osób wzdłuż linii brzegowej morza. Już na początku słyszałem, że uskarżali się na vento, bo właśnie pod dość silne vento jedziemy.
Jadę w środku stawki, bacznie obserwując i kodując cenne dla mnie wskazówki i zachowania szosowców i kierowców. Pozwoli mi to na przeżycie kolejnego dnia. A tutaj naprawdę jest walka o przetrwanie, uwierzcie mi. Dzisiaj tu chyba na regionie jest tak jak u nas dzień targowy, bo aut sporo i ruch większy, no i co chwila klakson na klaksonie. Każdy po strąbieniu macha rękami i wygaduje niezrozumiałe dla mnie rzeczy, u nas poszłyby petardy w postaci wulgaryzmów.
Z płaskiego terenu kierujemy się w stronę górek ujeżdżanych przeze mnie samotnie w sobotę. Jest jakiś pierwszy podjazd, jadę z tyłu, słyszę tylko szczęk zmienianych przerzutek, ale i zawodnika, który strzela przed grupę, doganiam go i łapię koło, ale to też dla mnie za wolno, bo łydy i uda chcą mi dzisiaj z nadmiaru mocy eksplodować. Dokręciłem dość grubo i mam czas na zrobienie zdjęcia.  Nikt nie podejmuje ataku.
Zwalniam, czekam na grupę, ale po moich takich dwóch atakach zauważyłem, że chłopaki też lubią sobie czasem dokręcić, więc jak jest możliwość, to zaczynamy się wygłupiać i są małe ucieczki 🙂 Podobie mie się to! 🙂
Dojeżdżamy do przecięcia z ruchliwą trasą, oczywiście standardowo kawa. W taki upał to radlerek wskazany, oni nauczeni dopalić się kawą. Mi po kawie spać się chce, dlatego nie pijam 🙂
Na powrocie stajemy dotankować bidony w miejscu, gdzie leci mineralka. Podobno bardzo dobra, i faktycznie. Ruch tu spory. Nalewając do bidonu żartuję: frizzante? Włoch odpowiada całkiem poważnie: si. I racja 🙂 Zamykam bidon, piję za chwilę i cccyyt! Gazowana 🙂 Z kranu. Czujecie? 😀
Po kręceniu się po dziurawych drogach i bocznych ulicach docieramy do linii brzegowej. Wiatr w plecy. Ale dziury, więc zachowawczo całą szerokością pasa. U nas by to nie przeszło.
Claudio parę razy wychodzi na zmianę, siadam na koło, daję po zmianie i ciągnę podobnym tempem. Nie mam licznika, więc nie wiem jaką prędkością jadę, o czym informuję zdziwionego Włocha, który każe mi trochę zluzować i pyta ile jadę 🙂 Pokazuję mu, że na kierownicy mam tylko telewizor 🙂 Zaśmiał się, zmieniłem przodek i doturlaliśmy do Ostii. Pożegnaliśmy większość grupy i skierowałem się na kemping. Miałem jeszcze paru kompanów, ale oni tutaj dość mocno zwolnili, a ja mam jeszcze do zrobienia obiad na dzisiaj dla mojej ekipy 🙂 Więc sam już dokręcam końcówkę i już nie mogę doczekać się kolejnej, jutrzejszej jazdy! Coraz bardziej kocham szosę! A taki byłem anty… no cóż, punkt widzenia = punkt siedzenia 🙂 Tutaj tylko szosa, MTB nie pojeździcie jak w Polsce.

Środa.
Budzik o 7, szybko w ciuchy, brak śniadania i jadę. Jak codziennie gdzieś kogoś doganiałem lub ktoś mnie, tak dzisiaj pusto. Domyślam się chyba dlaczego. Wczoraj ktoś od nas sprawdzał pogodę i o zgrozo! Coś miało dzisiaj przekropić. No jak? Tutaj? Deszcz? Sprawdzam prognozę i faktycznie, na dwóch słonecznie, na jednej parę przejściowych mocnych opadów. Jadę zatem według tych dwóch pierwszych. Zajeżdżam na rotondo o 7:50, nikogo nie ma. Myślę sobie, że jak nikt nie przyjedzie, to śmignę sobie do Rzymu i tam się pokręcę. Ale parę minut przed 8 dobijają nieliczne jednostki. Dzisiaj nikt ze znajomych poznanych wcześniej. Całe niebo zachmurzone, wieje dość mocno. Ruszamy powoli wzdłuż długiego na około 2 kilometry parkingu. Tu się grupa zbija zawsze w kupę, by zacząć kręcić na końcu parkingu, na prostej wzdłuż linii brzegowej.

Tempo dziś mizerne w porównaniu z dniami poprzednimi. Jest jeden mocniejszy zawodnik, który co chwila urywa grupę, ale jest najmłodszy w grupie zaraz po mnie. Daję mu jakąś sześćdziesiątkę, może ciut więcej. Ma pięknego speca do czasówki, więc ma czym latać, oprócz swojej nienagannej sylwetki. Zakochałem się w jego kasku, prawie narciarski, ale widać, że do czasówki, dopinane okulary na magnes w miejscu daszku. Fenomen. Jadę na razie grzecznie z grupą, kiedy on co chwila odchodzi na lekkich podjazdach. Jednak nie wytrzymuję, odrywam się od grupy i co chwila robimy sobie małe interwały. W końcu coś dla mnie 🙂 Nie cieszę się jednak zbyt długo jazdą, bo zaczyna faktycznie kropić. Mały deszczyk przeradza się w większy deszcz i grupa zaczyna szukać czego? Caffeee! 🙂 Zjeżdżamy więc do kafejki na kawę, oni dyskutują w swoim języku, do mnie coś zagadują z nadzieją, że nie dość, że zrozumiem, to jeszcze odpowiem po włosku 🙂 Znalazł się jeden w grupie parlający po inglese, więc w końcu z kimś mogłem pogadać 🙂 Niestety tylko o pogodzie 🙂
 Zrobiło się za paręnaście minut okno pogodowe, więc tłumaczą mi, że wracamy, bo spodziewają się dalszych opadów.
Mój mocny zawodnik i ja wychodzimy na szpicę, dochodzi nas jeszcze jeden, reszta zostaje w tyle. W trójkę wykręcamy bardzo mocne tempo, jeszcze tak tu z nikim nie kręciłem. Często 40-45 km/h, bałem się, że jak wyjdę na zmianę, to nie będę miał mocy, żeby pociągnąć. Jednak jak wyszedłem, to chyba za bardzo ambitnie, bo po paruset metrach urwałem jednego, ten mój master trzymał się bez problemu. Dojechaliśmy do ronda w Ostii i krążyliśmy czekając na zgubę. Nie miałem licznika na laleczce, więc nie wiedziałem, jakie tempo trzymać. Razem w trójkę jak się okazało mieliśmy z Ostii wspólny kierunek na Acilię, za którą mam już kemping. Ledwo zajechałem na miejsce i zaczęło padać.
Małe 70 km dzisiaj zrobione, niby bez szału, ale trening interwałowy wykonany 🙂

Czwartek.
Siódma, budzik, ogień na Ostię. GPS nie chce się uruchomić, walczę z nim przez ponad 3 kilometry ale w końcu się włącza. Dzisiaj pogoda ma być rewelacja, więc oczekuję sporej grupy. Jest Ostia i rotondo.

I faktycznie. Za chwilę jest moc do potęgi. I nie chodzi też o ilość, ale o mocniejszych paru zawodników na moje oko. Zobaczymy, co dzisiaj pokręcimy.
Jest i Claudio i Umberto i trzeci kolega, którego imienia niestety nie pamietam, ale to Umberto wybiera dzisiaj kierunek i lecimy nie wzdłuż linii brzegowej, ale w kierunku kampingu, z którego przyjechałem. Umberto kręci jako pierwszy, rąbiąc wszystko na czerwonym, reszta grupy grzecznie czeka na zielone. Ja gonię Umberto, siadam mu na koło, za chwilę dopada nas peleton i jedziemy wspólnie.
Zjeżdżamy z drogi na Rzym i bokami zmierzamy ku wzgórzom. Jest pierwszy podjazd, widzę atak z przodu, urywam część towarzystwa i gnam za czołówką. Plecy napier&$@! od paru dni, bo człowiek nie przyzwyczajony do tak intensywnego kręcenia i to w takiej pozycji, ale myślę, że dam radę.
Grupa dzieli się na dwie, widzę, że jestem w tych mocniejszych, jest z nami nawet jedna panna, która ma wyśmienitą kondycję. A panna to tak dobrze licząc ma koło 50tki 🙂 Dowiaduję się, że maraton dzieli się na montania i płaskowyż.
Przy wodopoju dowiaduję się, że rozjeżdżamy się, jedni wracają, drudzy na Castel Gandolfo. Wiem gdzie to, wiem, że będzie mocno. Moje plecy i lekko bijące przednie koło to jedyne przeszkody. Ale podejmuję walkę.
Po pierwszym mocniejszym podjeździe stwierdzam, że nie przyniosę wstydu rodakom, bo spokojnie objeżdżam paru wydających mi się mocnych zawodników. Praktycznie każdy z nich jeździ tutaj w jakimś klubie. Na Castel Gandolfo szczytuję drugi. Czekamy małą chwilę na resztę towarzystwa, gdzie potem zjeżdżamy na kawę nad jezioro.

Zjazd przy moim bijącym kole i średnio łapiącym przez to przednim hamulcu traktuję bardzo zachowawczo, aczkolwiek czuję ten flow i jest banan na ryju z radości 🙂

Panowie bardzo sympatyczni, koleżeńscy, naprawdę świetne towarzystwo. Jeśli chodzi o styl jazdy na szosie, to nie robią tutaj takich typowych zmian jak u nas, nie jadą przy silnym wietrze na podwójnym wachlarzu, więc jadę według ich stylu.
Z kilkudziesięcioosobowej grupy na uphill zdecydowało się nas około ośmiu, ale grupa naprawdę mocna i trzymająca dobre tempo.
Było parę podjazdów na powrocie, które już znałem i wiedziałem, że mogę trochę przykozaczyć, więc odrywałem się od części grupy, goniłem zawsze tego, co z przodu i w połowie podjazdu szarpałem jak tępa szlifierka blachę.
Po drodze na powrót do Ostii stwierdziłem, że mało mi 80km, więc dokręciłem z moim nowym przyjacielem Marco i jego kompanem do portu, przed którym się pożegnaliśmy.
Fajną ścieżką rowerową dotarłem do końca portu, czas na powrót. Tutaj niestety mają ten sam mankament na ścieżkach rowerowych z pieszymi. Należy chyba ich po prostu rozjeżdżać 🙂
Drogą na Rzym wróciłem na kamping szczęśliwy, że mogłem dzisiaj oprócz bólu kręgosłupa poczuć ból nóg 🙂 Bo o to w tym wszystkim chodzi 🙂 Dzisiaj w Rzymie wielkie święto san Pietro e Paolo, stąd mocniejsza ekipa, bo mają wolne 🙂 W końcu dostałem to, czego chciałem, mimo, że poprzednie ujeżdżania z innymi ekipami były dla mnie ogromnym doświadczeniem, co mogłem dzisiaj absolutnie wykorzystać 🙂
Piątek. Dzień ostatni… buongiorno tutti!
Siódma rano, czyli nic nowego, bo budzik, ubranie się i kierunek Lido di Ostia. Nie spotkałem po trasie do Ostii dosłownie nikogo, ale wiem, że na pewno ktoś pojedzie. I faktycznie, uzbierało się parę osób. Kręcimy w końcu do Anzio, do którego przez deszcz przedwczoraj nie udało się dojechać. Z Ostii do Anzio jest ponad 40 km, czyli dziś pyknie mi trzecia stówka na włoskiej ziemi. Ekipa w miarę młoda, więc mam nadzieję, na fajny powrót, bo w stronę Anzio wieje. Siedzę gdzieś sobie z tyłu na kole, informowany na bieżąco o przeszkodach na drodze.
Dojeżdżamy do Anzio. Bardzo ładne miasteczko z portem i atrakcjami turystycznymi. Mojej ekipie pokazuję potem tylko zdjęcia i żałują, że się tam nie wybraliśmy. Ale ja to widziałem 🙂
Bardzo ładny widok na miasteczko z samego krańca cyplu, po drugiej stronie cyplu rozciąga się w bardzo podobnym klimacie.
Z racji tego, że zawsze gdzieś po drodze musi być przystanek na espresso, tu pada akurat na kawę w porcie Anzio. Trochę zlekceważyłem sobie wodę w bidonach i niestety ostatnie 20 km do Anzio jechałem na pusto. Nie marzyła mi się w takim wypadku kawa, a nic innego tu nie było, no może oprócz browara. No to przy takim upale to będzie po prostu dla mnie błogosławieństwo. Picolla birra a’la radler wchłonąłem szybciej, niż Włosi swoje espresso. I oczywiście komentarze, że dlaczego nie kawa, tylko birra 🙂 Podśmiechujki po włosku w grupie, ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni 🙂
Jeszcze chwila na odetchnięcie i ponapawanie się widokami i ruszamy na powrót, ale do Ostii z wiatrem w plecy.
W międzyczasie napełniam bidony, bo chłopakom też się częściowo pokończyło, no i teraz mogę lecieć 🙂

Przejeżdżamy przez majestatycznie ustrojone uliczki, które zapewne wieczorem rozświetlają się na taki klimat, że już niestety nie dane będzie mi to zobaczyć.
Wylatujemy na wylotówkę, czyli drogę wzdłuż linii morza.Nudzi mi się jazda na kole, więc strzelam trochę do przodu. Próbują gonić, ale trzymam dystans. Jak wiadomo w kolarstwie często peleton dochodzi samotnego uciekającego i tak się też w tym przypadku stało.

Odpoczywam sobie gdzieś z tyłu, na końcu grupy, by za chwilę znów uderzyć.Obserwuję bacznie jazdę Włochów, wychodzę na czoło i ciągnę. Prędkość jest na poziomie ponad 40 km/h przez parę kilometrów, czuję, że trzeba zejść ze zmiany, daję sygnał na odejście, ale Włosi nie! Nie pozwalają mi, tylko słyszę z tyłu szydercze: vai vai birra! vai birra vai! No co zrobić, żeby nie shańbić swojego munduru? Ciągnę dalej 🙂 W międzyczasie podjeżdża do mnie jeden z Włochów podając mi dwie saszetki z miodem, które połykam bez zastanowienia. Za chwilę wraca moc w łydach i ciągnę ekipę aż do najbliższego wodopoju. Mówią, żebym już sobie wody nalał, bo pewnie miałem birra w bidonach i tak mi dobrze szło, a teraz trochę trzeba tempo zluzować 🙂 Tacy żartownisie 🙂 Zresztą widać po zdjęciu, że smutno nie było 🙂

No może do tego momentu. Pożegnałem się z moimi włoskimi amici i ruszyłem na ostatnią prostą z Ostii na kamping. Długa prosta 10 km, po której bałem się jeszcze prawie dwa tygodnie temu jechać. Nabrałem jednak wprawy i kultury jazdy po Włoszech wg ich standardów i myślałem, że w ostatni dzień, na ostatnich kilometrach nic się nie ma prawa zdarzyć. A chyba nawet o tym nie myślałem… Jakieś roboty drogowe, jakaś gumowa siatka na prętach wbita w asfalt. Odjechałem od niej bezpiecznie, ale okazało się, że nie na tyle bezpiecznie, bo w chwili zawiało, zahaczyło mnie o pedał i zaliczyłem taką glebę, że poszło po biodrze i łokciu, a skończyło na zdrowym pierdolnięciu głową o asfalt. Upadać jakoś potrafię, bo niejednokrotnie zdarzały się gleby, ale tu nie było czasu na myślenie w powietrzu. Często miałem taką przypadłość na powrocie z Ostii, że kask wieszałem na ostatnich kilometrach na kierownicy i suszyłem głowę. Dobrze, że coś mi podpowiedziało, żeby go nie ściągać, bo podejrzewam, że nie dokończyłbym tej relacji. Już się złośliwcy śmieją, że zostałem złapany w siatkę na emigrantów 😉
Wg hasła na mojej koszulce „Ride or die” wybrałem jednak ride. Jednak mały suwenir ze szlifu po asfalcie w postaci stempla pozostał 🙂

Ale żeby tak smutno nie kończyć tego wpisu, to jeszcze została mi do zrobienia kolacja. Chciałem zrobić małże, a wyszły krewetki 😉
Przygoda z rowerem we Włoszech należała do jednych z najprzyjemniejszych dla mnie. Wydeptane 900 km, wylane litry potu, wypite litry wody, co się zobaczyło, to się już nie odzobaczy, świetne doświadczenia, świetni ludzie, piękny kraj, cudne widoki, mnóstwo szosy! Arrivederci Italia i aj hołp soł, si ju soon as posibol 🙂 Bo tutaj często mieszałem angielski z włoskim, ale dogadać zawsze się dogadałem 🙂 Ciao tutti!

Menu

Facebook