Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Wody po kostki, a nawet po kolana ;)


Od parunastu dni Warta strasznie przybiera na poziomie. Od paru dni zapuszczamy się w tereny Wielkiego Łuku Warty, z niedowierzaniem i troską patrząc, jak kolejne areały zostają zalane. Chciałoby się ruszyć np. na Leniszki, ale tam jest za sucho, więc jedziemy popływać na bocznych drogach przy korycie 🙂

Długi weekend się kończy, ale w sumie zaraz kolejny, bo tylko jutro poniedziałek i od razu piątek 😉  Tymczasem dzisiaj same dziki na starcie, więc może być mocno 🙂 Na zaproszenie z nowych tylko odpowiedział Buli, więc dobrze, że wpis na fejsie nie poszedł na marne 🙂

Wyruszyliśmy na Rudę, gdzie cały czas goniliśmy szosowców. Chcieliśmy ich zaprosić na gościnne występy po lasach, ale nie chcieli sobie pobrudzić butów 🙂 Dzisiaj było można nawet sobie przeprać i buty i skarpetki 🙂

No to w las! W końcu w swoim żywiole! 🙂 A w lesie widoki coraz piękniejsze: soczysta zieleń przebija się coraz mocniej przez zgniłą i zleżałą ściółkę.

Coś za sucho do tej pory, więc może trochę plasteliny? Da się zrobić 🙂 W końcu miękko pod oponą, to się można trochę poślizgać 🙂 Najgorzej niby ma Radek na trekkingu, ale tylko pozornie 🙂 Jeszcze na końcówce pokaże, że chęci czasem nad sprzętem biorą górę 🙂

Łaszew, Bieniec Mały już za nami, zbliżamy się do koryta Warty. Za chwilę większość z nas będzie w dużym szoku widząc, że koryto trochę poszerzone, czasami o jakieś 200%.

Za wąwozem królowej Bony mamy pierwszą przeprawę przez krnąbrną rzekę. Tu jest droga! Dzisiaj to my stawiamy warunki 🙂 Przynajmniej na razie 😉

Przejeżdżamy przez Kępowiznę i skrótem na ośrodek Warta. Wyskakuje na nas duży wilczur, a za nim w oddali bezskutecznie próbujący przywołać go właściciele. Po zwróceniu im uwagi, że pies powinien być na smyczy usłyszeliśmy, że rowerom do lasu nie wolno wjeżdżać 😀 Za luźno biegającego psa po lesie chyba jeszcze mandatu nie dostali 🙂 Dojeżdżamy do mostu w Załęczu – znaczy prezes dojeżdża, bo reszta została przed wodą i czekała na sygnał, co robimy. Doktorek rzucił propo, żebyśmy brzegiem (he he) rzeki dojechali do Bobrownik.

Jedziemy zatem aktualnym brzegiem Warty, który jest oddalony od głównego o jakieś 200 metrów. W międzyczasie napotykamy się na piękny widok: 5 pląsających po rozlewisku żurawi. Na nasz widok się obraziły i przeniosły się dalej, więc nie dało zrobić się ładnego zdjęcia komórczakiem.

Konnym szlakiem docieramy do Starej Wsi. Woda, piasek, to to, co lubimy, rowery już mniej 🙂 Wjechaliśmy do ośrodka od tyłu, większość z nas jest tutaj pierwszy raz i naprawdę miejsce zrobiło na nas ogromne wrażenie. Widać wysoki standard na każdym kroku, basen, jacuzzi, coś niesamowitego. No i Warta pod samo boisko do siatkówki plażowej. A obok Carmnik.

Carmnik to miejsce równie urokliwe, dobre na postój. Wcześniej Dusiu buty trochę przemoczył, to musiał sobie wykręcać skarpetki. Powiesił na jałowcu, który po paru sekundach od razu usechł. Ma tę moc w nogach! 😉

Dobra, czas na dalsze poszukiwanie drogi przy rzece, z którą jest dziś naprawdę ciężko. Zahaczamy o Granatowe Źródła, ale tutaj dzisiaj nie ma czego podziwiać. Wszystko zalane, nic do oglądania.

Można by tą drogą ominąć z lewej strony Troniny, ale jak widać tym razem się nie przebijemy. To znaczy chciałoby się spróbować, ale grupa nie poczekała i się wycofała na asfalt 😛

Z asfaltu w Troninach szukamy pierwszej w lewo, byleby znowu dojechać do rzeki. Zajarani jesteśmy widokami, jak głupi bateryjką. Za chwilę dojeżdżamy do lasu i mamy pierwszą przeszkodę wodną.

Puścili prezesa przodem, przejechał. Ale zaraz były jeszcze dwie takie przeprawy, trochę większe. Na tej ostatniej, jak się rower schował prawie pod wodę i kół nie było widać, trzeba było jednak przenieść dalej bokiem, co dużo wcześniej reszta uczyniła 🙂

Rower udało się odratować, szedł przez wodę jak amfibia 😀 Jednak 29 cali robią grubą robotę w terenie 🙂 Jak widać w każdym 🙂

Lecimy trochę wyżej, bo tam w dole znowu zalane, więc musimy wrócić na czerwony szlak.

Docieramy do Bobrownik, potem mała pokazówka Żabiego Stawu kolegom ze Stawu, żeby poczuli się jak w domu i ruszamy na Przywóz 🙂

Sprawdzamy, czy na Ogroblach coś się podniosło, na szczęście od wczoraj poziom taki sam.

Wjeżdżamy do baru, a tu proszę: dwa nasze miejsca zajęte przez kogoś innego! No nic tylko się cieszyć, że parking działa 🙂 Takie klasyki zrobiły dodatkowe wrażenie 🙂

Obniżyliśmy dzisiaj w parę osób poziom wody w rzece 🙂

Wykręcamy skarpetki i ruszamy w dalszą drogę, na Wieluń. Ale oczywiście nie asfaltami, tylko szukamy jeszcze ciekawych terenów 🙂

Nie jeżdżona przez nas jeszcze droga między trzema, którymi często kręcimy zdobyta! W sumie mocny podjazd, ale dziś mocna ekipa, to i mocne klimaty 🙂

Stąd widać kominy bełchatowskie, ale dzisiaj niestety zachmurzone, więc rzut okiem na doliny poniżej i ruszamy na Opatów.

Kraszkowicka kopalnia. Po tej stronie drogi na Działoszyn są chyba cztery.

Wbijamy w las, odkryty przez nas ostatnio singielek z przeszkodami zrobił wrażenie na chłopakach, Dusiu był taki uczynny, że podniósł sosenkę, ale zaraz za sobą upuścił, a Buri licząc na jego koleżeństwo, mało nie został zrzucony z roweru 😀

Ostatni przystanek na dzisiejszej trasie i wspólna fota, bo dzisiaj było grubo 🙂

Prawie ostatnia prosta i asfalt na Przycłapy.

Wszyscy myśleli, że już asfaltem do Rudy, ale wszyscy się już znamy 🙂 Skręcamy znowu w teren 🙂

Wyjeżdżamy z lasu. Znaczy tylko dwóch wyjechało, reszta wyprowadziła swoje rowerki 🙂 Za dużo dzisiaj wrażeń, to spacer na końcu wskazany 🙂

Film z dzisiejszej jazdy skręcimy i wieczorem wrzucimy na fejsa 🙂

Menu

Facebook