Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Bieszczady. Dzień trzeci.


Wszystko co przynosi przyjemność niestety kończy się strasznie szybko. Po wczorajszym ujeżdżaniu byliśmy na wieczór tak pozytywnie zmęczeni, że spaliśmy na stojaka. Za to na dziś jest chyba najbardziej ambitny plan, bo co to za wyczyn jakaś tam stówka prawie samymi asfaltami, kiedy można poszaleć w naprawdę fajnym i wymagającym terenie? Dziś w planach okrążenie Zalewu Solińskiego.

Tutaj można zobaczyć trudność dzisiejszej trasy.
Jak ten czas szybko leci…  🙁 Sobota. Ostatni rowerowy dzień. Ale co za nami, to w naszych głowach, nogach, sercach i relacjach. Jest cudnie, chociaż zbliżamy się do końca wyprawy. Trzeci dzień jazdy miał być taki luźniejszy, przeznaczony na zwiedzanie i podziwianie różnych cerkwi i innych ciekawych miejsc. Jednak po wczorajszej wizycie w jednej cerkwi i małym zainteresowaniu takimi miejscami robimy dzisiaj mega pompę. Znaczy się to będzie niespodzianka od prezesa grupy za nowe ksywki dla niego wymyślone przez tę parę dni: mop, tytus, łajza, małpa 😉 Na pierwszym planie smok prezesa, na drugim przy Wołoszańskim oparty o żywopłot „Złoty Kieł” treneżerzuńcia, którym czasem kąsa nas na trasie, wykorzystując swoje cwaniactwo kolarskie z czasów młodości. Czasem się odgrywamy i pokazujemy nasze cwaniactwo w terenie 🙂
01-20160924_093726

Każdy jest ciekaw, co przyniesie kolejny dzień. Co wieczór posiadówka i loża szyderców taka, że niektóre kabarety mają słabszy program od naszych improwizacji  na żywo. Spójrzcie na przykład na poniższe zdjęcie. Treneżerzunio postanowił sobie  posłodzić i zmienił siodełko przed wyjazdem. Po dogłębnych analizach przez naszą grupę wyszło na jaw, że ten unikat pochodzi z karuzeli i jest to siodełko wykręcone z konika. Do tego złote wstawki z przetopionych zębów, których starczyło tylko na subtelne wykończenie rufy i dziobu 😉
02-20160924_093740

Prawie pełnym składem czekamy na honorowe odliczanie. 10, 9, itd. Oczywiście trzeba tutaj wspomnieć, że z nimi to gorzej jak z kobietami, bo codziennie rano nie wiedzieli w co się ubrać. Prezes mówił, podpowiadał: w tym praktycznie, w tym ładnie, ale jak to kobiety i tak wiedzieli najlepiej, a potem albo się gotowali, albo marznęli. 03-20160924_094346

Niby słoneczko, ciepełko, pokusiło się więc paru o krótki rękawek, ale paręset metrów zweryfikowało temat i szybka zmiana wystroju. Za chwilę mocny podjazd. Zaczyna się konkretna jazda. Kolega Kiczy ma nawet blaszany plecak.
04-20160924_100023

Podjazd pokonany. Różne techniki były tutaj dopuszczalne, ale większość wybrała podjazd, tylko Buri wolał sobie wprowadzić, bo co? Bo znowu skończyło się przełożenie. 05-20160924_100546

A… no i Romek. Musimy mieć jakiegoś hamulca, bo jak taką zgrają wjeżdżamy na górkę pełnym speedem, to potrafimy zmniejszyć ją o parę metrów 😉
06-20160924_100705

Wszyscy piękni i czyści (jeszcze) zjeżdżamy z dość stromego zjazdu. Gdzieś w połowie górki wyskakujemy zza zakrętu i przerażona turystka z kijkami stanęła jak wryta, wtulając się w najbliższe drzewo. Podobno stoi tam do tej pory 😉
07-20160924_101523

Prawie samo południe. Prawie, bo dopiero przed 11. To dopiero jakiś 5 kilometr. Dziś absolutnie nie lecimy na ilość. Dziś lecimy na jakość, tylko nikt o tym nie wie, oprócz autora trasy 😉
08-20160924_101925

Zjechaliśmy do asfaltów przed Bukowcem. Małe przeprojektowanie trasy, żeby skręcić na Terkę i nie jechać nudnymi asfaltami do Polańczyka, tylko powywijać troche w terenie.
09-20160924_103359

Nasz muzykant Romek dostając wcześniej ślad trasy stwierdził, że za chwilę będzie jeden z paru najtrudniejszych pojazdów. No podjazd będzie na pewno, bo jesteśmy na wysokości rzeczki Solinki. A przed chwilą zjeżdżaliśmy do Terki z prędkością światła.
10-20160924_103601

Zaczynamy drapać się pod górkę. Górkę? No jak to jest górka, to kraszkowicka golgota, czy syzyfowa górka za Kamionem to stolnica. Zrobiła się co niektórym zmarszczka w pewnych miejscach. Jakaś rekompensata? Widok. Przecudny.
11-20160924_104219

Ale to dopiero początek podjazdu. Startowaliśmy tam gdzieś z dołu. Cały czas pod górę. Niesamowity podjazd, niesamowite widoki. Niesamowici ludzie w grupie i niesamowity klimat. Romek oszczędzając siebie od samego początku stwierdził, że to będzie najtrudniejszy podjazd. Garmin go trochę oszukał, bo na górce sobie odpoczął a okazało się, że to jeszcze nie koniec.
12-20160924_104651

Dopiero wjeżdżając do lasu zaczął się jeszcze mocniejszy podjazd, że Janek starł o szczyt cały duży blat 😉 Czekamy na Romka, otrzepując buty, bo przed chwilą niektórzy na błotnistym podjeździe wprowadzali i nie potrafią wpiąć się w pedały.
13-20160924_110054

Przeprosić należy. Poprzedni podjazd nie był błotnisty. Był lekko śliski. Ten za to jest okrutnie fajnie trudny. Skoro nawet Sidiekszyn podprowadza, to znaczy, że reszta z tyłu też wybrała się na spacer. Chociaż… ktoś to chyba podjechał 😉
14-20160924_110652

Jest i reszta. W końcu to szlak pieszy. Jest super, jest super, więc o co ci chodzi.
15-20160924_110740

A tu Cichy naśladujący sowę, zapytany: kiedy ostatni raz podjeżdżałeś pod takie rozwolnienie? Odpowiedział: hu! hu! 😉
16-20160924_110814

Znowu otrzepywanie bloków z błota o pieńki i jazda dalej. Zjeżdżając w pięknej rzece błota mało co nie poucinaliśmy kończyn drwalom, którzy mieli wydłużoną chyba przerwę śniadaniową, bo żarcia nie było widać i roboty też nie 🙂
17-20160924_111532

Zjechaliśmy do Wołkowyi. Romek stwierdza, że on asfaltem ogarnie segment na strawie do Polańczyka, a my dalej pociągniemy w terenie. Asfaltem od Rajskiego do Polańczyka jest 15km. Naszą trasą wychodzi 35 🙂 Dołożone 20km w terenie. Po co? Żeby być szczęśliwym terenowcem, niż zlękanym szosowcem 😉
18-20160924_115426

Skończyły się asfalty, zaczęły się… schody? E, nie. Schody w tym miejscu byłyby łagodniejsze do podjechania. Złoty kieł wbija się w podjazd jak w masło.
19-20160924_121046

A z każdym metrem coraz bardziej stromo. Na szczycie poszło dużo picia.
20-20160924_121337

Zresztą… co tu dużo mówić: 5-10 minut temu jechaliśmy tamtym asfalcikiem, który wije się leniwie we wiosce, położonej w dolinie na zdjęciu.
21-20160924_121346

Co się dalej okazuje: kawałek wypłaszczenia, by znowu zaczął się podjazd. Tego nam dziś trzeba: terenów, podjazdów, adrenaliny i widoków. Zapewniamy to sobie z każdym metrem.
22-20160924_122511

Wjechaliśmy na sam szczyt, tam pracujący leśniczy przywitany szybkim „dobry” odrzucił w naszą stronę: „tylko nie zorajcie leśnych dróg”. Szyderca.
23-20160924_123205

Mistyczne klimaty i mnóstwo dróg nie nadających się za bardzo do jazdy. Ale to jest właśnie to, czego szukaliśmy. Zjazd. wiatr we włosach, wąskie przejazdy między drzewami i ugięte kolana.
24-20160924_123751

Dojeżdżamy do Polańczyka. Tu też są górki, tylko komercyjne, z asfaltu i kostki. No cóż. Chociaż sobie rowery otrzepiemy z błota. Romek dał znać smsem jakieś 10 minut wcześniej, że czeka na nas w Polańczyku. Jedziemy na spotkanie.
25-20160924_124725

Na zjeździe bieszczadzkimi krupówkami stał po środku Romek i machał nam, żebyśmy się zatrzymali. Ciężko wyhamować przy prędkości ponad 60km/h. Musiał na podgonić. Znaleźlismy sklep, gdzie uzupełniliśmy cukry, sole, magnezy i inne potrzebne aminokwasy, by ruszyć na Solinę. Każdy ciekaw, ile jeszcze kilometrów do końca, bo przejechaliśmy 35, a powinniśmy 15, a do tego nie dotarliśmy jeszcze do zapory. Mały bajer na podniesienie morali w grupie i jedziemy na zaporę.
26-20160924_131821

Romek dał nam dziś odpust i wrócił asfaltami do Rajskiego na stancję. My ruchliwymi dość asfaltami dojechaliśmy do Soliny.
27-20160924_133513

Tu tez mają krupówki. Takie solińskie. Brakowało tylko misia z Zakopca.
28-20160924_133812

Niestety  połowa zapory w remoncie, jak to w Polsce bywa. Dobrze, że przejazd za darmo. Chociaż przejazd miał głównie Janek na swoim złotym kle, siedząc na kole u Wołoszka na całej długości zapory.
29-20160924_134218

Widoki z zapory zapierają dech w piersiach. Jest pięknie. Pogoda zaczyna się z lekka kurczyć.
30-20160924_134343

Przypadkowy przechodzeń poproszony o artystyczne zdjęcie naszej grupy nawet sobie z tematem poradził mimo, że wymagania postawione odnośnie zdjęcia były dość wysokie. Jesteśmy wszyscy.
31-20160924_134457

Czas na obiad. Ogarnęliśmy fajną ogórkową, jeszcze fajniejsze wieprzowe bitki, oprócz pierożków, których nazwę ktoś wziął sobie do serca i podał pierożki zamiast pierogów. Dobrze, że tak trasa jest ułożona, bo ten obiad będzie tylko wspomnieniem. Podjazd. Ale jaki. Zaczyna się niewinnie.
32-20160924_145010

Przez 4 kilometry ciągłego podjazdu wdrapaliśmy się z 420 metrów na 730 m.
33-20160924_145803

Jest co deptać, ale widoki co chwila rekompensują nam zmęczenie, mimo, że czasem tych widoków nie widać tak wyraźnie przez pot zalewający oczy.
34-20160924_145942

Jest prawie najwyższy punkt dzisiejszej trasy. Czas zjechać z nudnego asfaltu i poszaleć trochę na zjeździe w terenie. Bo wg mapy mamy duuużo zjazdu.
35-20160924_151749

Zaczynamy. Trochę błotniście, tylne koła chodzą driftem w niektórych momentach, co podnośni nam adrenalinę i zwiększa atrakcyjność trasy. Bosko!
36-20160924_152407

Wg mapy właśnie w tym miejscu jest rozjazd, ale czekamy na główno-dowodzącego, żeby potwierdził i prowadził grupę, jak dzieci we mgle.
37-20160924_152730

Kawałek zjazdu, który okazuje się raczej przepaścią z błotnistej rzeki, niż zjazdem. Śmierć w oczach, radość w sercu i próbujemy.
38-20160924_152934

Cały czas na hamulcach, rowerami rzuca, jak szatan zakonnicą, ale doświadczenie pozwala na opanowanie sprzętu i ostrożny zjazd.
39-20160924_153054

Zerknijcie: tam w dole jest fajnie. Zjazd pewnie z jakieś 50%, a Wołoszański stwierdził, że nawet 90, bo widział tył swojego kasku, jak zjeżdżał.
40-20160924_153232

Co jakiś czas trzeba było stanąć i uspokoić kolana, bo chodziły jak podczas dobrego mrozu.
41-20160924_153245

Techniki zjazdu były różne: nie obciążane czasowo podpórki nogą, czy drift.
42-20160924_153554

Zjechaliśmy wszyscy prawie, tylko treneżerzuńcio na swoim złotym kle sprowadzał. Ale i tak szacun, bo wszyscy na tarczówkach a on na v-breakach, które jak naszły błotem, to zdechły.
43-20160924_153829

Można śmiało stwierdzić: gdzieś tu są klocki. Trzeba je tylko odszukać.
44-20160924_154059

Odbłoceni na początku asfaltu ruszyliśmy dalej w konkret. Za chwilę znowu teren.
45-20160924_155319

Wielkim wydarzeniem w tej miejscowości były krowy przechodzące przez drogę. Trzeba było zrobić fotę bo: „jaaaaa!”, „aaaaleee”, „pacz krowa” i takie tam podobne.
46-20160924_155612

No i tak się zagadaliśmy, że przegapiliśmy skręt, a to właśnie było na wysokości krów przecinających nam szlak. Zawracamy? Nie. Koniu stwierdził, że skoro jest droga w prawo, to pewnie da się dojechać do właściwego śladu. Miał rację, chociaż nie do końca.
47-20160924_155948

Bo nie wszystkim było dane dojechać. Podjazd taki, że parę dosłownie osób pokonało tę górkę. Zmęczenie daje się we znaki.
48-20160924_160413

A to jeszcze nie koniec podjazdu. Wydłuża się i robi się bardziej stromy. Ale przecież o to w tym wszystkim chodzi. Jest prześwietnie. Wg mapy jeszcze mamy jakieś 18 km do przejechania.
49-20160924_160912

Prawie wszyscy pokonali podjazd, albo niektórych podjazd pokonał i nie był podjazdem, tylko najzwyczajniej w świecie podprowadzaczem.
50-20160924_161028

Do wjechania na prawidłowy ślad zostało nam paręset metrów, gdy nagle przez rozproszoną dość grupę przebiegł na pełnej mocy wielki, ogromny knur. Koniu zdążył tylko krzyknąć: „dzik!”, a w tym samym czasie prezes zażywał kąpieli w ogromnej koleinie zrobionej przez uciekający chyba z tego miejsca samochód leśniczych. Za chwilę przed czołem ekipy przeleciał drugi dzik. A miejsce dość mocno oddziałowujące na psychikę ludzką, a jak dodamy do tego widok olbrzymich dwóch dzików, to robi nam się klimat z filmów Hitchkocka. Trzeba wiać. Dojechaliśmy w końcu na ślad mapy. Uspokoiliśmy oddechy i ruszyliśmy dalej.
51-20160924_162615

Wycinka i wyciąganie drewna z lasu robią swoje, a przy zmiennej aurze i często padających tam deszczach to brakuje nam tylko łańcuchów na koła.
52-20160924_163259

Przypomina nam się dzień pierwszy. Zaczyna padać, a potem przechodzi. W ulewę. Janek nie zabrał deszczówki, ale prezes dał słowo, że mu odda swoją w razie opadów, których nie będzie co prawda, ale jednak. I stało się. Leje. Jedziemy, prowadzimy. Na szczęście gęsty las trochę nas ochrania. Wracając do dnia pierwszego doszliśmy do wniosku, że jak tylko Roman się od nas odłączył, to zaczęło padać. Dzisiaj też się Romek odłączył i znowu padało. Wczoraj był z nami całą trasę praktycznie i nie padało… od dziś ma ksywę Szeptucha, bo skoro on nie może z nami jechać, to czyni różne gusła i wróży z fusów kawy rozpuszczalnej, żeby zesłać na nas deszcz. Odbijemy się, a tym czasem mokniemy.
53-20160924_165137

Do asfaltów mamy jakieś parę kilometrów, ale kończy się las i zaczyna zjazd po łące.  Cały czas w deszczu.
54-20160924_170333

I pada, i leje, i na zmianę. Co tu zrobić? Moknąć tylko. A koleiny śliskie i trzeba jechać zachowawczo.
55-20160924_170539

Mimo, że chmury dość dynamicznie wyglądają, to raczej nie zanosi się na przerwanie opadu. A jechać trzeba.
56-20160924_170633

Ostatni kilometr do asfaltów i zjazd ekstremalny, bo opony w takich warunkach tracą przyczepność i można sobie zrobić kuku. Rowerem znowu rzuca, że jedziemy na minimum.
57-20160924_170804

Jest asfalt! Niby nie lubimy, ale w takich warunkach jest zbawienny. Lecimy. Wszyscy w kurtkach przeciwdeszczowych. Oprócz prezesa. Bo oddał swoją Jankowi. Co prawda dziecięca, ale jakoś wbił się Janek  i nie zmókł. Za to stwierdził na koniec, że oddychał w niej jak pies, cokolwiek to znaczy. Michał z radości i niedowierzania aż za kask się złapał.
58-20160924_171933

Pada, nie pada, pada, nie pada. Jeszcze jeden dość mocny podjazd, by za chwilę długim zjazdem napawać się końcówką trasy. Peleton rozciągnął się jak guma w majtkach, ale dojechaliśmy wszyscy cali i szczęśliwi. W takiej ekipie można zmoknąć!
59-20160924_173204

 

Menu

Facebook