Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-content/themes/vienna/header.php:2) in /wp-content/themes/vienna/inc/functions/scripts.php on line 66
 

Rajza pełna niespodzianek


Dziś tylko jednemu było wiadomo, gdzie pojedziemy. Reszta nic nie wiedziała. Absolutnie. Trzeba było być czujnym, bo nawet skręty w leśnych duktach były słabo sygnalizowane 🙂

Pogoda rewelacja. No może nawet ktoś przesadził z tymi 30 stopniami, ale pojedziemy na tyle, żeby nas owiewało i nie grzało 🙂 Poniższe zdjęcie zrobione prawie w centrum miasta. Nieźle, co? 100 metrów od parku a tu taki singletrack 🙂 Cała czteroosobowa ekipa była zaskoczona. No dobra, trzyosobowa, bo ten, co prowadził, nie był 🙂01-20160820_140340

Mimo upału, który chciał przeszkadzać, dziś trochę wiało. Niekoniecznie w plecy, bo piaszczyste podjazdy pod wiatr męczyły po stokroć bardziej, niż podjazdy, które męczą mniej, niż po stokroć 😉 Nawet zjazd pod wiatr nie był już tym samym zjazdem, co zwykle. Nic już nie będzie takie samo jak kiedyś. Ale kawałek szlaku rowerowego z Popowic do Grębienia w tym czasie, kiedy są żniwa, robi nam miód na oczy. Warto te pagórki dla tych widoków porozjeżdżać.02-20160820_143957

Podjazd do Grębienia jest dość wymagający, jeśli chodzi o intensywne tempo, do tego doszedł jeszcze wiatr i już w ogóle można było oddawać wodę całą powierzchnią ciała. Lecz wracając do widoku, to zmartwiła nas jedna rzecz. Mianowicie po lewej stronie od drogi na łące pasły się krowy. Prawie wszystkie, bo jedna stała biedna w poprzek drogi, minęliśmy ją ostrożnie, była bardzo wystraszona, ale nie dość, że miała prawie zawał na nasz widok, to jeszcze jakiś mądry właściciel zamiast ją przypalikować, to związał jej przednie kończyny powrozem. Widok spłoszonej krowy był smutny, następnym razem jak spotkamy tego pomysłowego właściciela, zwiążemy mu nogi i siądziemy mu „na kole” pod górę. 03-20160820_144126

Mamy już ponad 20km wydeptane, w szeregach nieśmiało zapytania od samego Wielunia, gdzie pierwszy przystanek. Pada odpowiedź, że  miejscowości na D. Nikt jednak nie wie, gdzie jedziemy, więc padają różne przypuszczenia: Dzietrzniki, Działoszyn, Dania. A nie. Dziś do Danii nie  jedziemy, to nie jest przecież miasto 🙂
No to Dalachów. Niestety sklep jest monopolowy w sensie takim, że właścicielka ma monopol na okolicę i lodówki w sklepie służą do ogrzewania pomieszczenia. Nic zimnego przy upale 30 stopni nie dostaniemy. Nie ma opcji. Psychika siada, ryczeć się chce. Jedziemy dalej. Dziwią się potem, że markety w mieście wykańczają małe sklepiki na wsiach, bo nie ma konkurencji. No nie ma. Dobrze, że było chociaż otwarte, bo groźna kartka na drzwiach oznajmiająca, że dziś otwarte do 16 dopełniła całości.04-20160820_150226

Po nieudanym pitstopie czas pokazać zupełnie nową, asfaltową, lecz bardzo spokojną ścieżynkę z Dalachowa do Klusek. Było mówione, że będą niespodzianki, więc to pierwsza z nich. Mimo, że asfalt, to jednak tak fajny i mistyczny, że będziemy go włączać bezapelacyjnie do naszych wojaży w tamtych okolicach. Każdemu się podobało. Nawet Krzysiowi, który miał za wysoko siodełko i musiał jechać na ramie 😉05-20160820_153458

Pierwszy poważny postój mieliśmy dopiero w Załęczu Wielkim, gdzie bezskutecznie czekaliśmy na Krzysia Eliminatora, co za późno chyba wstał i próbował nas gonić. Niestety jak to stwierdził: noga dziś nie podaje, więc nie było mu spieszno. Ale skoro mieliśmy czekać na Krzysia, to nasz Hajdi wczuł się w rolę Eliminatora i to w pierwszej kolejności czekaliśmy właśnie na niego. Pięknie zapozowani Bogdan i Karol w oczekiwaniu na zgubę.06-20160820_160616

Od Załęcza bokiem w stronę Starej Wsi, gdzie parokrotnie przejeżdżaliśmy obok zachęcająco brzmiącej nazwy na kiosku „Carmnik”. Dziś jednak to kolejna niespodzianka na trasie i nie można było się nie zatrzymać. Nawet Krzyś do nas dotarł. Ale nie Eliminator, tylko Hajdi. Co prawda myśleliśmy z daleka, że jedzie w czerwonym krawacie, ale podjechał bliżej i to nie był krawat, tylko język. Mają tu pyszne pierogi, ale wzięliśmy żurek z kiełbasą, bo się pierogi w menu zawoalowały i niestety nie doczytaliśmy. Agnieszka! Mają tu 8 i 14 sztuk i z mięsem! 🙂07-20160820_162129

Dla leniwców nawet mają takie sprytne leżanki, z miejscem na wykopcenie fajora. Rowerzystom nie przystoi, więc Krzysiek schował, co by zdjęcia nie okopcić 😉 Eliminator tu się nie dodzwoni, ale skierowany na Załęcze Małe wiedział, że jedziemy przez Starą Wieś. Wkurzony trochę dojechał tutaj paręnaście minut po nas, od tubylców dowiedziawszy się, że byliśmy i cały żurek zjedliśmy. Gonił nas. Czuć było ten oddech na plecach.08-20160820_163547

Ze  Starej Wsi w stronę Tronin. Ale w międzyczasie zjeżdżamy z asfaltu, żeby zahaczyć o kolejną niespodziankę. Tym razem są to Granatowe Źródła. Dojazd prowadzi przez opuszczony i zrujnowany ośrodek firmy Komobex z Częstochowy. Kiedyś tam było naprawdę wyśmienicie, teraz to nawet duchom się tam straszyć nie chce. Oznakowanie na Granatowe Źródła rewelacyjne, jak wszystkie pomniki przyrody w naszym rejonie. Wszędzie mnóstwo tablic i strzałek, jednak wszystkie dzisiaj były oddane do renowacji, dlatego jedziemy na nawigacji. Fajny singieltrack i jesteśmy na miejscu.09-20160820_164540

A na miejscu kumulacja. Niespodzianka w niespodziance. Rodzina łabędzi. 6 młodych i rodzice. Stary coś tam syczał, ale dostał reprymendę i przestał kozaczyć 🙂 Nie syczy się na przewodnika grupy! 🙂10-20160820_164632

W końcu za przewodnikiem stoi silna grupa pod wezwaniem. W paprociach co prawda, ale jednak. Dobrze, że połowa grupy nażarta żurem, bo łabędziowi by nie uszło płazem takie znieważanie 🙂11-20160820_164710

Ze źródeł ruszyliśmy w stronę Bobrownik. Niestety, ale dzisiaj najbardziej przechlapane (słowo jak najbardziej nie na miejscu z racji piachów właśnie) miał Hajdi. Jego cienkie oponki i gruba opona wbijały się w piaski niczym ostrze noża w coś tam. Ale w końcu na kogoś trzeba czekać 🙂12-20160820_165551

Dojeżdżamy w końcu do Bobrownik. Most i kolejna niespodzianka. Grupa rowerzystów z Częstochowy, ale z Łodzi. Musieliśmy sobie to wszystko parę razy tłumaczyć po drodze, żeby zrozumieć. Jakiś pociąg, rowery, namioty. Łódź, Częstochowa. Dobra, nieważne. Jadą do Sieradza. No mega rajza. Do Sieradza 🙂 No ale dobra. Część z ich grupy próbowała spenetrować jaskinie na Górze Zelce, jednak nikt o nie nie dba, więc lepiej pozamykać na kłódkę, niż się opiekować. Szybko dołączyli do nas. Szukali gdzieś niedaleko noclegu, zaproponowaliśmy zaprzyjaźniony Bar w Przywozie. Chcieli jechać tą drogą, którą my właśnie do nich dołączyliśmy – na Załęcze, ale odradziliśmy. Zapraszamy z nami. Mamy wprawę w pilotowaniu zagubionych rowerzystów 🙂13-20160820_172229

No to jedziemy. Zamiast 3 godzin po Załęczańskim Parku Krajobrazowym zrobiliśmy im 24 minuty łukiem Warty, ale tylko cięciwą, czyli łuk Warty w pigułce 😀14-20160820_172918

Niepodzianek ciąg dalszy, bo pokazaliśmy naszym częstochowskim kolegom z Łodzi rezerwat przyrody „Żabi Staw”. Chcieli zrywać nenufary, jak Tolibowski z Nocy i Dni, ale odradziliśmy, ze względu na możliwą, dość kosztowną imprezę 😉15-20160820_173146

Dojechaliśmy do punktu rozstaju naszych grup. A wiecie, że od Przywozu do Ogrobli wylali asfalt? Trochę z niesmakiem to przyjęliśmy, ale cóż… wszędzie będzie świat z betonu za chwilę… Na szczęście mamy gdzie jeszcze jeździć, unikając szosy jak się tylko da, no chyba, że jeździmy szosą 😉 W Przywozie dojechał do nas w końcu Eliminator.16-20160820_180202

Część grupy zabraliśmy na pobliskie kurhany, gdzie jak to bywa z naszymi oznakowaniami, tylko jeden jest dobrze oznaczony, ten reprezentatywny, a ten drugi, który wygląda jak pagórek porośnięty brzozami i nie przedstawiający nic innego, bo nie mający informacyjnego kamiennego obeliska jest schowany i najlepiej o nim nie mówić 🙂 Tylko wprawieni wiedzą, gdzie jest i jak tam dojechać. Wracamy do grupy łódzkiej z Częstochowy i naszej, ale okazało się, że reszta naszych niecierpliwych już asfaltem pomknęła na Wieluń. 17-20160820_183410

Puszczając psa gończego przodem, który co chwila powtarzał: „noga nie podaje”, ale tempem prawie 40km/h gonimy uciekającą czołówkę.18-20160820_185031

Długo nie trzeba było gonić. Są w Mierzycach. Jednak to nam się bardziej spieszy, więc nawet nie zwalniamy, tylko straszymy i wyprzedzamy. Ktoś tam próbuje łapać się na kole, ale zaczynamy urywać. Nie ma uciekania, bo potem będzie kara. Nawet Bogdan jechał z nami kawałek powtarzając co chwila: „nikt mi nie uwierzy, że góralem jechałem na prostej 40km/h… nikt mi nie uwierzy, że góralem jechałem na prostej 40km/h… nikt mi nie uwierzy, że góralem jechałem na prostej 40km/h… „. Urwał jednak za trzy chwile.19-20160820_185345

Tylko Karol w bezwietrznym tunelu zdołał się utrzymać na kole. Ale to racja roweru i położenia. No i trochę kondycji. A może też mu się spieszyło. Ale czas niezły. Ze standardowych 35-40 minut z Przywozu do Wielunia skompresowaliśmy do 20. Aż strach pomyśleć, co by się działo na kolarzówkach. Dobrze, że Janek wstawia Krzyśkowi do szosy szprychę bardzo dokładnie, bo zawał murowany 🙂20-20160820_190522

Dzięki za dziś, jutro jedziemy tylko na godzinę, bo pada 🙂

Menu

Facebook